na usilne (?) prośby, chociaż może trochę nie dopracowany - zamieszczam
Rozdział 11
David
Szósta po
południu.
David
wpatrywał się przez chwilę w ekran swojego telefonu na tę cholerną buźkę z
serduszkiem i uśmiechnął się do niej.
Ostatnie
dni były dobre.
Bardzo
dobre.
Miał
wrażenie, że wreszcie się przebił do Maggie.
Rozmowa
nadal nie była ich najmocniejszą stroną, ale komunikowali się na inne sposoby i
to też nie było do bani.
Te
SMS-y co chwilę dawały mu uczucie połączenia, przybliżały ją do niego nawet,
jeśli zaczęły się po prostu od informacji, że jest bezpieczna.
Już
przestały być tylko tym.
A
seks…
Seks
był fantastyczny i stawał się coraz lepszy.
Maggie
miała ochotę na uczenie się, a to, w jaki sposób to robiła, powodował, że David
miał ochotę cały czas ją pieprzyć.
Kurwa.
Taka
jak jest cholernie niedoświadczona, a kiedy wzięła do ręki jego kutasa, od razu
zechciała go spróbować.
Kiedy
poczuł jej język na nim, przestraszył się, że się spuści na jej twarz i ją
przestraszy.
Więc
uśmiechał się na widok pieprzonej emotikonki.
Uśmiechał
się.
Natychmiast
po tym, jak schował telefon do kieszeni, zabrzmiał spersonalizowany sygnał
alarmu, uruchomionego przez przycisk paniki Maggie.
Alarmu,
którego miało nie być.
Gówno.
Maggie
była w niebezpieczeństwie.
Właśnie
wyszedł z pracy, wyprzedzając wszystkich kumpli, bo spieszył się, żeby się z
nią spotkać i szedł na parking za remizą, do swojego Grand Cherokee, ale na ten
dźwięk rzucił się do niego biegiem i po drodze wyjął z powrotem telefon, by
zadzwonić.
Już
przy samochodzie wybrał kciukiem numer, wcisnął dzwoń i czekał na rozmowę jeden sygnał.
-
Mów - warknął do Filipa bez powitania.
-
Jadą 15 na północ - rzucił kumpel, który też odebrał sygnał, więc już był
zajęty namierzaniem sygnału z GPS’a Maggie.
Obaj
nie tracili czasu na przerzucanie się gównem.
Znali
swoją robotę.
Rozłączyli
się.
David
wsiadł, podłączył swój telefon przez bluetooth do komputera w swoim SUV’ie,
odpalił silnik i wyjechał z ich parkingu, by skierować się najkrótszą drogą na
autostradę nr 15.
Wiedział,
że ten sam pieprzony alarm odebrał Tracker.
Oczekiwał,
że podjął już cholerne działania.
Nie
mylił się.
Jego
telefon zabrzmiał przychodzącą rozmową, więc się połączył.
-
Mów - rzucił.
-
SWAT wie - rzucił Tracker przez głośnik SUV’a Davida - już się mobilizują.
Wiedzą gdzie.
-
Jadę - powiedział David.
-
Sam nic nie rób - powiedział Tracker.
-
Jasne - zakończył David i rozłączył się w cholerę, nie słuchając tego, co
zaczął mówić tamten.
Nie
potrzebował pieprzonej dyskusji o tym, jak prowadzić misję.
Nie
był amatorem.
Ale
to nie oznaczało, że zrobi coś, co mogłoby narazić Maggie.
Albo,
że cholernie nic nie zrobi.
Kurwa,
kurwa, kurwa.
Maggie.
Wystarczająco
dużo gówna już przeżyła.
Jechał
autostradą znacznie przekraczając pieprzony limit prędkości i zaklinając swoje
szczęście, żeby nie natknąć się na pieprzony patrol.
Musiałby
ich wymijać.
Niepotrzebna
cholerna strata czasu.
Zadzwonił
jego telefon, a ponieważ to był Filip, David odebrał.
-
Mów - rzucił.
-
Wjechał do North Salt Lake, zjechał na Orchard - meldował Filip - Jak daleko
jesteś?
-
Pięć minut - warknął David, chociaż pomyślał, że może być wcześniej.
-
Racja - mruknął Filip, cholernie sądząc tak samo.
-
Czekamy na pieprzony SWAT? - zapytał Filip, kiedy David się nie odzywał.
-
Zobaczy się - David cały czas warczał, wściekły, że to się stało.
-
Stary, przepraszam - niezwyczajnie zaczął Filip i David skupił się na tym, co
mówi - Pilnował jej Kid, zagapił się, nie zauważył, jak wyszła.
-
Racja - mruknął David, bo nie było nic więcej do powiedzenia.
Gówniarz
musiał się nauczyć, ale David wolałby, żeby nie uczył się cholernym kosztem
Maggie.
-
Nara - skończył Filip.
-
Tak - skończył David i rozłączyli się.
David
usłyszał szum i zauważył lecący w oddali pieprzony helikopter, więc wiedział,
że cholerny Tracker działa.
Miał
nadzieję, że nie spieprzy gówna, chociaż facet nie wyglądał na takiego, który
pieprzy rzeczy.
Ale
pieprzony SWAT czasami pieprzył.
Na
autostradzie był codzienny cholernie natężony ruch.
Musiał
się pospieszyć.
Więc
spieszył się w cholerę.
*****
Maggie
Ocknęłam
się zdezorientowana, w obcym miejscu, leżąc na wznak na czymś twardym.
Nie
wiedziałam ile czasu upłynęło.
Nie
mogłam się ruszać, ale nie dlatego, że byłam związana, ale po prostu moje
mięśnie nie pracowały.
I
strasznie mnie bolały.
Potraktował
mnie paralizatorem.
Czułam
więzy na nadgarstkach i kostkach u nóg, słyszałam ruch koło mnie, ale nie byłam
w stanie nawet drgnąć.
Było
mi przeraźliwie zimno.
Otworzyłam
oczy.
Zamrugałam.
Curt/Seamus
chodził niespiesznie po pokoju z nijakimi, zaniedbanymi i brudnymi ścianami i
przygotowywał coś, od czego serce zaczęło mi walić w piersi, a żołądek
podjechał mi do gardła.
Butelkę
z olejem lub ropą i pudełko zapałek.
Spojrzał
w moją stronę, odwracając do mnie lekko samą głowę i odstawiając gdzieś
trzymane w ręce rzeczy.
-
Obudziłaś się głupia dziwko - stwierdził tonem swobodnej konwersacji, od
którego ścierpła mi skóra.
Bawił
się.
Uważał,
że ma dużo czasu.
O
Panie!
Nagle
pomyślałam David mnie znajdzie.
Musiałam
dać mu czas, żeby mnie uratował, żeby do mnie dotarł.
Nawet,
jeśli przycisk paniki nie zadziałał, to nie wysłałam mu SMS’a o tym, że
dotarłam do domu, więc niedługo zacznie mnie szukać.
David!!! - krzyczałam w
myślach.
Curt
stanął za moją głową i wtedy pomyślałam, że leżę na stole, bo jego biodra były
na tej samej wysokości co ja.
Poczułam,
że rozczesuje palcami moje włosy, a potem zaczął je splatać w warkocz.
Ścierpła
mi skóra.
-
Nie wystarczyła ci jedna nauczka, więc dzisiaj czas na porządniejszą lekcję,
kretynko - mówił przy tym jakbyśmy odbywali przyjacielską pogawędkę na temat
ulubionych przypraw do kanapek - Dekolt mogłaś zasłaniać, ale spalonej głowy
nie schowasz tak łatwo.
O Panie!
-
Zrobię z ciebie świecę, albo może raczej pochodnię - opowiadał tym tonem, jakby
przedstawiał mi wizję artystyczną, która powinna mnie zachwycić - Ludzka
pochodnia. Jeszcze takiej nie robiłem. To będą świetne zdjęcia. Ty sama, na tym
stole, te włosy nad tobą płonące jasno.
Poczułam,
jak zaczyna mnie ogarniać panika.
Przełknęłam
ślinę.
Musiałam
się skupić.
-
Curt… - powiedziałam, starając się brzmieć ulegle i łagodnie - zrobiłam
wszystko co chciałeś.
Pociągnął
mocniej moje włosy.
-
Milcz, idiotko - warknął nagle - Nie jestem głupi. Nie ukrywaliście się aż tak
dobrze z tym twoim żydkiem.
Co?
-
Ja, nie… - zaczęłam, ale mi przerwał.
-
Nie kłam - uderzył mnie w twarz płaską dłonią - Zerżnął cię. Kiedy wychodziłaś wczoraj
od niego, śledziłem cię, więc widziałem to, bo poprzedniej nocy nie było cię
słychać.
Widział?
Od
tego uderzenia zakręciło mi się w głowie, chociaż nie było mocne.
Wiedziałam,
że może mocniej bić.
Odetchnęłam
kilka razy, żeby odgonić oszołomienie.
-
Co? Ale ja… - spróbowałam ponownie.
-
Powiedziałem morda w kubeł, głupia żydowska dziwko - Curt zaczął się
denerwować, a nie chciałam tego.
Zacisnęłam
zęby.
Więc
może nie powinnam nic mówić.
Może
moją jedyną szansą było milczenie.
Nie
wiedziałam, co mogłabym zrobić, czym odwrócić jego uwagę.
Potem
zdecydowałam się na coś jeszcze.
-
Barb… - zaczęłam i zatrzymałam się.
Może
to był błąd?
-
Tamta mała kurewka była tylko narzędziem do celu - powiedział pogardliwie -
Rżnięcie jej było przykrym obowiązkiem, chociaż ty też byłaś w tym
beznadziejna.
Cóż,
powiedzmy, że seks z Curt’em był dla mnie
przykrym obowiązkiem.
Robiłam
wtedy wszystko, co mogłam, by go zatrzymać.
Imponowało
mi to, że się mną zainteresował.
Więc
karmiłam go, płaciłam za niego, prałam mu i prasowałam i nigdy nie odezwałam
się słowem na temat bałaganu, jak czasem robił.
Sprzątałam
to bez słowa.
I
oddawałam mu się.
Po
seksie z Davidem, byciu z Davidem
miałam inne pojęcie dobrego, ale nigdy w życiu nie powiedziałabym tego Curt’owi.
Curt
dokończył zaplatanie moich włosów w warkocz, pociągnął je, poczułam, że ułożył
je płasko na stole za mną i przeszedł na bok, żeby spojrzeć mi w twarz.
Schylił
się i patrzył mi prosto w oczy.
Bałam
się coraz bardziej.
Chwycił
moje policzki jedną dłonią między kciukiem a palcem wskazującym, potrząsnął
moją głową, a potem klepnął mnie niezbyt mocno.
-
Dziwię się, że tamten skurwiel wyjebał cię, a potem wracał po więcej. Coś od
ciebie chciał, prawda. - wrócił do tego przerażającego tonu niby swobodnej konwersacji
- Ale jak zerżnę cię rozpalonym prętem, z nikim już się nie będziesz kurwiła,
chyba, że dupą.
Zemdliło
mnie.
Zamknęłam
oczy i wstrzymałam oddech.
Ale
potem otworzyłam oczy, bo wolałam go widzieć.
Zauważył
moją reakcję, zaśmiał się szyderczo wyginając usta, wyprostował się, odwrócił
ode mnie i poszedł w drugi koniec pokoju.
Nie
widziałam, co robił.
Usłyszałam
trzask zapalarki, charakterystyczny huk uruchamianej kuchenki gazowej i
poczułam zapach gazu.
O
Panie!
Jeśli
nikt mnie nie może uratować to…
Chciałam, marzyłam o tym, żeby ktoś mnie zabił,
zanim Curt zacznie swoją chorą zabawę.
Wiedziałam,
że mój ból, cierpienie innych, nie tylko moje, bawiło go, a może nawet podniecało.
Poprzednio
śmiał się przez cały czas, kiedy krzyczałam z bólu.
Czekałam,
żeby ktoś przyszedł.
Jednak
nikogo nie było.
Tylko
Curt chodził po pokoju.
Byłam
z nim sama.
Wtedy
podszedł do mnie i przed oczami przesunął mi metalowy pręt.
-
Popatrz… - powiedział prawie radośnie - tym cię wypieprzę, ale nie martw się,
nie zimnym - zaśmiał się - Najpierw się trochę rozgrzeje.
Znowu
odszedł, a ja z przerażenia zaczęłam dygotać i błagać w myślach David, proszę przyjdź, przyjdź, PRZYJDŹ.
Usłyszałam,
jak Curt wracał do mnie, kiedy poczułam, że mogę ruszać palcami u nóg i dłońmi.
Ból
mięśni się zmniejszył.
Nadal
byłam przywiązana i nie mogłabym uciec.
Zobaczyłam
go tuż nade mną, kiedy nagle coś rozbiło szybę w oknie, Curt’owi ironiczny
uśmiech zamarł na ustach, na czole pojawiła się plama, a z tyłu jego głowy
rozbryzg rozrzucił krew na ścianę za nim.
Nie
zdążyłam nawet krzyknąć.
A
natychmiast potem wszystko stało się jednocześnie.
Do
pokoju wpadło kilka osób, ktoś podszedł szybko do mnie i przeciął mi więzy,
kuchenka ucichła, a na koniec usłyszałam Misja
zakończona powodzeniem.
Przeniknęła
mnie porażająca ulga.
Nie
byłam sama.
*****
David
David
leżał na skałach pokrytych topniejącym śniegiem na brzuchu na obranej przez
siebie pozycji na niezbyt odległym od domu stoku, który był słabo porośnięty
roślinnością.
Filip
podał mu dokładne namiary jeszcze w czasie drogi.
A
potem kolejny raz połączył się, żeby poinformować go, że SWAT jest już na miejscu
akurat wtedy, kiedy David dojeżdżał.
Wyskoczył
z SUV’a wtedy, kiedy się wypakowywali ze swojego wozu.
Ktoś
chciał go zatrzymać z ręką na jego piersi, ale jedno spojrzenie Davida
wystarczyło, że by tamten się wycofał.
David
nawet nie zwolnił.
Byli
to ludzie, którzy rozpoznawali swoich.
Filip
podszedł do niego w tej samej chwili, co Tracker.
-
Lichtwitz, nie wtrącaj się - powiedział Tracker.
-
Mów - rzucił krótko David do Filipa, nie zwracając najmniejszej uwagi na ton
groźby w głosie tamtego.
Wtedy
zobaczył, kto dowodzi i punkt łączności, więc ominął Tracker’a i poszedł w
tamtym kierunku.
Filip
podążył za nim.
-
Mamy problem - David usłyszał te słowa i nie lubił ich.
Powiedział
to jeden z ekipy, która miała wykonać zadanie do ich oczywistego, łatwego do
identyfikacji dowódcy.
Gówno.
-
Czego? - zapytał Davida ktoś z boku.
-
Jaki problem? - zapytał jednocześnie David.
-
A ty to…? - zapytał dowódca.
Tracker
stanął przy Davidzie.
-
David Lichtwitz - przedstawił Tracker - Jest związany z kobietą, weteran, eks
Marines. Pomagał mi namierzyć Mcmalony razem z Filipem Lifer’em - Tracker
machnął ręką w stronę Filipa, a potem odwrócił się - David to major Daniel Taylor.
-
Racja - mruknął dowódca, ogarnął ich wzrokiem, ocenił szybko i był na tyle
inteligentny, że postanowił wprowadzić ich w misję - Mamy punkt, z którego
widać okna, ale nie mamy snajpera. Nasz miał… awarię. A tamten coś kombinuje.
Gówno.
Filip
zwrócił się przodem do Davida, podniósł brwi w wiele znaczącym geście, ale ten nie
był zdecydowany.
Nie
mógł tego znowu zrobić.
Zacisnął
zęby tak mocno, że zabolała go szczęka.
Wycofał
się z tego gówna wiele lat temu i miał ku temu bardzo dobre cholerne powody,
które Filip znał.
- Nie macie kogoś… - zaczął David.
-
Jest Młody, ale on jest młody - wyjaśnił dowódca - niedoświadczony. I musi
dotrzeć, a nie mamy czasu.
Kurwa.
Kolejny
niedoświadczony pieprzony gówniarz.
Mógł
się uczyć, ale nie musiał tego cholernie robić, kiedy to Maggie była w niebezpieczeństwie.
Była
tam sama z popierdolonym skurwielem.
Cholera.
Zdecydował
się, ale zrobił to zwracając się do Filipa.
Tylko
jemu ufał.
-
Zrobię to - mruknął i zobaczył błysk w oczach kumpla, a obok siebie poczuł
nadzwyczajne poruszenie i atmosfera stała się naelektryzowana.
Tracker
szepnął coś do Taylora.
-
Potrzebuję łączność - rzucił David do Filipa.
Filip
natychmiast podszedł do pieprzonego punktu, w którym był jeden z cholernych facetów
z oddziału ze sprzętem, którego mogli potrzebować.
-
Czego potrzebujesz? - spytał rzeczowo Davida major.
-
Macie MRAD? - spytał David, wiedząc, że mają.
Nawet,
jeśli nie, to on cholernie poradziłby sobie z pieprzonym M107 lub jakimkolwiek innym
gównem.
Taylor
skinął głową na kogoś za jego plecami i David poczuł, że ktoś tam się szybko
porusza.
-
Potrzebuję kombinezon zimowy - dodał David, chociaż cholernie uznał to za
oczywiste.
Ktoś
inny zaprowadził go do ich pieprzonego wozu bojowego i wręczył cholerny kombinezon.
Nie
było czasu na jakiekolwiek wahanie.
David
zdjął swoją kurtkę i spodnie.
Kiedy
przebierał się, sprawdzał pieprzony karabinek, a zwłaszcza cholerny celownik,
podszedł do niego Filip z pieprzonymi urządzeniami komunikacji i podłączył mu
słuchawkę do ucha i mini mikrofon do hełmu.
Pracowali
szybko, sprawnie i w milczeniu tak, jak robili to setki razy przez dwie tury
misji, które odbyli razem.
Zespół
przyglądał się, podawał sprzęt, pomagał i nie komentował.
Dobrze.
Cholerny
Tracker rozmawiał cicho z majorem.
-
…czytałem akta… - David i Filip usłyszeli fragment rozmowy i spojrzeli na
siebie - …razem… Syria…
Racja.
Oczywiście,
że sprawdził ich akta.
Nie
było zaskakujące nawet to, że przy jego cholernie długim śledztwie dotyczącym popieprzonego
terrorysty, które tak cholernie długo nie dawało efektów, miał dostęp do ich cholernych
akt, które normalnie, dla przeciętnego pieprzonego gliniarza były utajnione.
David
był kompletnie ubrany, uzbrojony i doposażony, ale nadal niezbyt pewien siebie.
Nie
lubił pracować z bronią, której nie wypróbował.
Cholerne
gówno.
Kiedy
go podwieźli swoim wozem na zbliżone do pozycji miejsce, z daleka wskazali mu,
który to był dom i powiedzieli którego okna miał szukać.
Wspiął
się na stok.
Sam
znalazł dogodną pozycję.
-
Sprawdzam - wymamrotał, by sprawdzić łączność.
-
Głośno i wyraźnie - odpowiedział Filip.
-
Głośno i wyraźnie - odpowiedział David.
-
Gotowi - zakończył Filip.
David
spojrzał przez celownik i znalazł
wskazane przez wprowadzających okno, które, cholerne dzięki Chrystusowi, nie
miało żadnych zasłon ani rolet.
Dom
wyglądał na niezamieszkany.
Pokój
był prawie pusty i obejmował otwartą kuchnię i jadalnię.
David
widział gołe ściany i niewiele więcej.
Nie
było widać nikogo poza popierdolcem.
Seamus
chodził po pokoju, mówił coś raczej spokojnie, nie gestykulował, ale
najwyraźniej coś szykował.
David
skupił się, przekalkulował i zobaczył, że ma tylko jedną szansę.
-
Na pozycji - mruknął do mikrofonu.
-
Strzelaj, kiedy tylko będziesz gotów - usłyszał Filipa.
David
nie widział Maggie.
Ale
Seamus pochylał się nad czymś, więc musiała tam leżeć.
Mówił
ze złością.
Gówno.
Zamachnął
się ręką i David zacisnął oczy.
Pierdolony
skurwiel uderzył ją.
Kiedy
zobaczył, że tamten podchodzi z metalowym prętem, David zaczął uspakajać swój
oddech, żeby oddać jeden czysty, celny strzał.
Nie
mógł chybić.
Wdech
i wydech.
Miał.
Tylko.
Jeden.
Strzał.
Jedną…
szansę.
Patrzył
przez celownik, jak tamten uśmiecha się, wykrzywiając usta w paskudny sposób,
kiedy nacisnął spust.
W
czole tamtego pocisk wybił dziurę, a za jego plecami było widać rozbryzg krwi.
David
nie patrzył dłużej.
Zerwał
się.
Zarzucił
karabinek na ramię, paskiem na skos przez pierś i zbiegał po stoku do
czekającego w dole wozu.
Skupił
się na dostaniu się do Maggie.
Już
w pojeździe usłyszał Misja zakończona
powodzeniem.
Dobrze.
*****
Maggie
Dwie godziny
później
Siedziałam
sama na stole do badań w szpitalu dla weteranów VAMC, gdzie przywiózł mnie agent
Tracker, który dał mi swoją wizytówkę i odjechał.
Byłam
zdezorientowana i zmęczona.
Lekarz
skończył mnie badać, ale stwierdził, że musi mi zrobić jeszcze jakiś test, więc
czekałam na pielęgniarkę, która miał mi pobrać krew.
Curt
uderzył mnie tak, że nawet nie miałam pękniętej wargi.
Efekt
potraktowania paralizatorem całkiem ustąpił.
Kiedy
byłam rozwiązana i siedziałam owinięta w koc na stole w tamtym pokoju, wpadł do
niego David i miałam wrażenie, że wszystko będzie dobrze, że wszystko toczy się
dokładnie tak, jak powinno.
Właściwie.
Uratował
mnie.
Więc
rozluźniłam się i zaczęłam uśmiechać.
David
spojrzał na pokój, obejrzał mnie z daleka, a potem… wyszedł.
Ktoś
mi powiedział, że musiał się przebrać.
Faktycznie
był w białym wojskowym kombinezonie i hełmie, a przez ramię miał przewieszoną
broń.
Zaczęłam
czekać.
Ale
David nie odezwał się do mnie i nie wrócił.
Ani
tam, ani w szpitalu.
Nie
przyszedł do mnie.
Musiałam
poradzić sobie sama.
Więc,
kiedy dostałam swój telefon, zadzwoniłam po Magnusa, a on powiedział, że
przyjedzie po mnie, żeby mnie odwieźć do domu.
Lekarz
oglądał mnie, spojrzał na moje blizny, zacisnął zęby, ale nic nie powiedział, a
potem podał mi jakiś środek uspokajający w zastrzyku, chociaż mówiłam mu, że
tego nie potrzebuję.
Stwierdził,
że reakcja, szok pourazowy, może przyjść później.
Pewnie
miał rację, ale ja już to przeżywałam, więc wiedziałam, jak reaguje mój
organizm, jak ja reaguję.
Tak.
Znałam
to.
Pielęgniarka
szybko weszła i pobierała mi krew, uśmiechając się przy tym delikatnie i
zapewniająco, a potem natychmiast wyszła, mówiąc mi tylko, że mogę się ubrać.
Więc
się ubrałam.
Curt
nie zniszczył moich ubrań.
Nic
mi nie podarł, nie spalił, nie poplamił olejem.
Inaczej
niż poprzednio.
Po
prostu, kiedy byłam nieprzytomna, zdjął mi kurtkę i buty, czapkę i szalik i
wszystko odłożył na krzesło przy drzwiach.
Nawet
nie poplamiły się krwią.
To
było coś, o co mnie wszyscy wypytywali.
Krew.
Jakby
martwili się o mnie.
Że
leżałam tam, kiedy Curt padł trupem z rozwaloną czaszką.
O
Panie!
Jakbym
mogła martwić się lub przejmować, że ten potwór został zabity.
Jedyną
rzeczą, którą czułam była ulga, nawet jeśli czyniło to mnie złą osobą, która
nie żałowała czyjegoś życia.
Według
mnie to nie był ktoś.
Przejmowałam
się tylko tym, że Davida nie było blisko mnie i nikt nie mówił mi, co się z nim
dzieje.
A
ja, przez to, że mieliśmy za sobą te wszystkie dni sekretów, naszego ukrywania
się, nie pytałam.
Wałkowałam
to tylko w mojej głowie.
Byłam
całkiem ubrana i siedziałam w pustawej szpitalnej poczekalni, bo kazali mi
zgłosić się po przepustkę do wyjścia, kiedy ktoś po mnie przyjedzie, kiedy
wbiegł tam Magnus.
Podbiegł
prosto do mnie, usiadł na sąsiednim wolnym krzesełku i objął mnie bardzo delikatnie,
jakbym była ze szkła.
Magnus.
Oddałam
mu uścisk.
-
Hej, piękna - szepnął.
-
Hej, Magnus - odparłam, starając się przepchnąć tę gulę, która zatykała mi
gardło - Zabierz mnie do domu.
-
Okej - powiedział i podniósł się, a ja wstałam razem z nim, żebyśmy mogli pójść
do recepcji po zgodę na moje wyjście.
Poszłam
za nim, zabierając po drodze swoje rzeczy, które miałam na innym krzesełku.
Założyłam
kurtkę, ale nie zapinałam jej, a czapkę i szalik wepchnęłam do kieszeni, kiedy
wyczułam nadal będący w niej GPS z przyciskiem paniki, który dostałam od
Davida.
Miałam
również nadal w torebce telefon od niego, a w moim domu była kamerka, przez
która mnie pilnowali.
Tak.
David
przyjdzie po to i wtedy porozmawiamy.
Powiem
mu, że mnie uratował, podziękuję mu, powiem mu, że chcę się z nim spotykać,
może umówimy się na pizzę.
Poczułam
przypływ nadziei.
Lekarz
pojawił się na chwilę, powiedział Magnusowi, że jestem okej, że mam się wyspać
i zgłosić, jeśli będę miała jakieś niepokojące objawy.
Nie
powiedział jakie.
Dał
mi również wizytówkę psychologa, do którego powinnam się zgłosić, by
porozmawiać o swoich przeżyciach.
Nie
wiedziałam po co.
Żyłam
z tym już tak długo.
Ale
przytaknęłam.
Poszliśmy
do złotego Tucson’a Magnusa, który był zaparkowany na parkingu niedaleko
szpitala, a Magnus, jak to Magnus, już po drodze zaczął się mnie dopytywać, co
się właściwie stało.
Nawet
jak nie chciałam, a bardzo nie
chciałam, musiałam mu trochę powiedzieć.
Był
moim przyjacielem już od bardzo dawna, a ja ukrywałam przed nim bardzo dużo i
ostatnio coraz więcej.
Tak.
Nie
byłam dobrą przyjaciółką.
Ale
znowu nie zamierzałam powiedzieć mu ani słowa o Davidzie.
Obszernie
opowiedziałam mu za to o Curcie, że wrócił i mnie prześladował.
O
mojej współpracy z FBI, nawet jeśli nie wspomniałam, że to nie ja
współpracowałam.
O
Barb, jej związku z Curt’em i sprzeniewierzeniu pieniędzy klienta.
I
o moich kłopotach w pracy, spowodowanych brakiem asystentki.
Magnus
poczuł wyrzuty sumienia (i powiedział mi o tym), że mnie zostawił samą z tym
wszystkim, a ja czułam wyrzuty sumienia, że nie mówię mu wszystkiego (i nie
powiedziałam mu nic na ten temat).
Ale
to bolało.
Podwójnie.
Bo
prawie skłamałam Magnusowi.
I…
Bo
nie wiedziałam, dlaczego David się do mnie nie odzywał, dlaczego nie przyszedł
po mnie i nie było go przy moim boku.
Nie
rozumiałam tego.
Nadal
miałam nadzieję, że miał wiele do wyjaśniania w sprawie Curt’a/Seamus’a FBI i
jeszcze komuś, bo przecież - potwór czy nie - tamten został zabity, a po
zabiciu kogoś zawsze trzeba składać wiele wyjaśnień.
Że
po prostu David potrzebuje jednego czy dwóch dni na poukładanie wszystkiego.
Że
potem przyjdzie i to wyjaśni.
Ale
bardzo, bardzo chciałam być w domu,
jeśli zechciałby się ze mną spotkać, więc, kiedy Magnus zaproponował mi, żebym
zatrzymała się u nich na kilka dni, odmówiłam i podziękowałam.
Nie
chciałam być piątym kołem u wozu dla nich.
Chciałam
być u siebie, dla mnie.
Więc
Magnus zawiózł mnie swoim Tucson’em do mojego mieszkania, wszedł ze mną po
schodach pod same drzwi, pożegnał mnie w progu mojego mieszkania, kiedy
otworzyłam je z klucza i odjechał.
A
ja zostałam sama.
Jesteś Najlepsza❤😍
OdpowiedzUsuńDziekuje❤
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń