Rozdział 16
Maggie
Następnego dnia
rano
Nie
spałam.
Tak
naprawdę nie spałam całą noc.
Kiedy
w poniedziałek późnym wieczorem dojechaliśmy do mojego kondominium jego Grand
Cherokee, David pomógł mi wysiąść, zanieść moje torby na górę, wszedł ze mną do
mieszkania, a potem odszedł.
Właściwie
nic nie mówiąc.
Zszedł
do swojego SUV’a po trzecią torbę, jego, podczas kiedy ja zaczęłam szykować dla
nas późną kolację i wstawiłam wodę w czajniku do gotowania, by zrobić nam kawę,
a kiedy wrócił, zostawił swoją torbę, stwierdził tylko Muszę jechać i … pojechał.
Kiedy
jechaliśmy z Denver, przez całą drogę między nami był dystans, którego nie
rozumiałam, ale, zajęta swoimi myślami nie próbowałam zmniejszyć.
Często
w czasie jazdy samochodem milczeliśmy.
To
nie było nic nowego, ani niespodziewanego.
Po
prostu tacy byliśmy.
Tym
razem jednak nie chodziło tylko o milczenie,
a bardziej o zamknięcie się Davida, jakby bronił mi dostępu do swoich myśli.
Do
siebie.
Prowadził
sam przez całą drogę i nie zatrzymaliśmy się nigdzie na dłużej, co było do
wyjaśnienia, skoro we wtorek miał być w pracy o szóstej rano.
Na
stacji benzynowej, kiedy David tankował paliwo, kupiłam dla nas kanapki i kawę,
ale nawet wtedy David nie rozmawiał ze mną.
Wszystkim,
co usłyszałam było krótkie Dzięki.
Właściwie
też nic dziwnego.
Jednak…
W
miarę dojeżdżania do domu zaczęłam czuć się niepewnie.
Jakbym
zrobiła coś złego.
Ale
pomyślałam jeszcze, że później, w domu porozmawiamy i to przezwyciężymy.
Przecież
mieliśmy rozmawiać.
Tak
się umawialiśmy.
Ale
potem David pojechał, po prostu pojechał
nic mi nie mówiąc, nie wyjaśniając mi, dokąd jedzie, ani kiedy wróci (nie, żeby
musiał).
Dlatego
właśnie to skąpe pożegnanie, obejmujące tylko muśnięcie ust i dwa słowa,
przeraziły mnie.
Dosłownie.
Przeraziły.
Schowałam
do lodówki, ułożone równo w wielorazowym pojemniku, już ukształtowane burgery z
wołowiny, które szykowałam dla nas na kolację.
Zrobiłam
sobie kawę z dużą ilością mleka, wyciągnęłam resztkę jakichś ciastek i usiadłam
na kanapie.
Czekałam,
że może wróci, może przyśle chociażby SMS’a, albo wiadomość przez Filipa lub
Jimmy’ego.
Cokolwiek.
Nie
dostałam nic.
Starałam
się nie świrować.
Zadzwoniłam
do Magnusa i starałam się jak najbardziej pogodnie opowiedzieć mu o Denver, o naszej
wycieczce, o rozwiązanej zagadce i o tym, co przywieźliśmy do domu.
Wspomniałam
o moim zdenerwowaniu listem babci i podejrzeniach, że to wszystko w jakiś
sposób było, a może nadal jest, związane z przestępstwem (nie chciałam przyjąć
do wiadomości, chociaż przeszło mi to przez głowę, że może z terroryzmem).
Pomartwił
się chwilę ze mną, nic nie ustaliliśmy i pożegnaliśmy się, mówiąc sobie, jak
jest późno i że następnego dnia trzeba iść do pracy.
Wiedziałam,
że mógł się zdziwić, że nie wspomniałam o Davidzie.
Ale
nie zapytał.
Zadzwoniłam
do Evy i zapytałam, czy jadą na swoje wakacje zimowe w środę rano czy później i
czy potrzebuje pomocy przy pielęgnowaniu kwiatów w domu (których miała mnóstwo
na parapetach).
Odparła,
że jadą rano, że dziękuje za propozycję pomocy, ale już umówiła się z Alice,
która miała z nas wszystkich najwięcej swobody, bo pracowała od niedawna w domu
(nawet jeśli nie mieszkała już blisko, nadal nie miała daleko, więc może to był
dobry wybór).
Pożegnałyśmy
się z mojej strony z życzeniami dla nich udanych wakacji.
Nie
powiedziałam jej o moich problemach, ani zmartwieniach.
Miała
dość swoich.
Rozpakowałam
torby z ubraniami, przebrałam się w t-shirt Davida, założyłam skarpety na stopy
i posegregowałam pranie.
Wstawiłam
pierwszą partię prania, przeszłam do sypialni i zaczęłam szykować ubrania dla
siebie na następny dzień do pracy.
Bałam
się nawet pomyśleć o tym, że miałabym się położyć sama do łóżka.
W
związku z tym szukałam sobie zajęcia.
Zaczęłam
od kuchni.
Wyjęłam
wszystko z lodówki, umyłam ją i ułożyłam prawie wszystko z powrotem na półkach,
starannie sprawdzając daty przydatności do spożycia.
Wyrzuciłam
jeden jogurt, czego nie lubiłam robić, ale minął mu termin.
Potem
umyłam podłogę, wytarłam kurz na meblach w salonie i ułożyłam równo koc i
poduszki na kanapie.
A
potem przeszłam do łazienki i zaczęłam ją myć, ale tam natknęłam się na
przybory Davida.
Jego
żel do kąpieli, maszynkę do włosów, które zostawił u mnie, bo miał wrócić na
nocleg.
Więc
stamtąd wyszłam.
Przez
ten czas skończyło się pranie, więc poszłam do pomieszczenia gospodarczego i
przełożyłam je do suszarki.
Tam
też były rzeczy Davida.
Poddałam
się i poszłam do sypialni, żeby położyć do łóżka i spędzić bezsennie kilka
godzin.
Po
pierwszej godzinie wstałam i wzięłam aparat, który zostawiłam przy telewizorze,
żeby zrobić zdjęcie tablicy z równaniem poprawionym przeze mnie, zanim zaczęłam
rozwiązywać zagadkę babci.
Kiedy
je zrobiłam, na ekranie z tyłu aparatu wyświetliłam ostatnio zrobione i
cofnęłam kilka, żeby je porównać.
I
znalazłam zdjęcie, które zrobiłam kiedyś Davidowi, jak spał w moim łóżku po
nocnej zmianie, a ja byłam obudzona i chodziłam cicho po domu, żeby mógł się
wyspać.
Zdjęcie
śpiącego Davida.
O
Panie!
Wyłączyłam
aparat i odłożyłam go koło telewizora, ale ból, jaki mnie ogarnął na jego
widok, palił moją klatkę piersiową jeszcze długo po tym.
Położyłam
się i wpatrzyłam w sufit.
I
tak leżałam.
Starając
się nie myśleć, nie wymyślać najgorszych możliwych scenariuszy.
Nie
mogłam.
Same
przychodziły mi do głowy.
Kiedy
nadszedł poranek, wstałam zanim jeszcze zadzwonił mój budzik i zaczęłam się
przygotowywać do pracy, jak automat.
Nie
rozumiałam, co się stało.
Wiedziałam,
że muszę znaleźć sposób, żeby porozmawiać z Davidem, bo nie zamierzałam się ot
tak poddawać i rezygnować z niego.
Ale
musiałam tego dnia pojechać do pracy, a on powinien być w swojej od szóstej
rano.
Mogliśmy
poczekać.
Jakoś
to rozwiążę.
Więc
założyłam spódnicę i bluzkę, spięłam włosy i włożyłam buty, zjadłam owsiankę i
posprzątałam.
Wszystko,
jak zwykle, ale nie czułam się, jak zwykle.
Wszystko
było źle.
Brakowało
mi obecności Davida o wiele bardziej
niż wtedy, kiedy sama szykowałam się do pracy, kiedy on już był w pracy.
Byłam
pusta w środku.
Wypalona.
I
brzegi nie miały zamiaru się zasklepić.
Zabliźnić.
A
potem wsiadłam do Wranglera i pojechałam.
*****
Dziewięć godzin
później
No
dobra, więc zaczynałam się martwić na poważnie.
Lub
poważniej.
Wróciłam
do domu z pracy, przebrałam się w dżinsy i koszulkę, ale nadal nie miałam nic.
Pustkę.
Nie
miałam ochoty nawet jeść, co po latach niedożywienia było dla mnie czymś nie do
pomyślenia.
Zawsze
miałam ochotę jeść.
Ale
martwiłam się.
Nie
miałam ani słowa od Davida przez całą noc i cały poranek, a potem również nie
odpowiedział mi na żadnego SMS’a z tych (jedenastu), które wysłałam mu w ciągu
dnia.
Wałkowałam
to w kółko w głowie.
I
znowu, i znowu.
Cały
czas jeszcze myślałam o tym, że David był moim mężczyzną, że był moim jedynym
tak, jak ja byłam jego kobietą i byłam jego jedyną.
Należeliśmy
do siebie.
Ale
do mojej świadomości zaczęła się przebijać niepewność.
A
co, jeśli on właśnie zrozumiał, że nie jestem tego warta, jeśli napotkał kogoś
mądrzejszego, ładniejszego, z kim zechciałby spędzić więcej czasu.
Kto
byłby bardziej jego.
Albo
może po prostu znudził się i uznał, że czas pójść dalej.
Resztkami
nadziei zapragnęłam walczyć.
Żyć
tym, co miałam.
Zaczęłam
od tego, że zadzwoniłam do agenta Tracker’a i opowiedziałam mu o „majątku”
odziedziczonym po dziadku.
Przeczytałam
mu fragmenty listu od babci i opowiedziałam, jakie obrazy mam w domu i jakiego
typu akcje i obligacje.
Problemem
było to, że nie wiedziałam, jak nazywał się mój dziadek, skoro babcia zmieniła
nazwisko na panieńskie i nie podała mi nazwiska dziadka w swoich listach.
Nie
miałam żadnej podpowiedzi.
I
nie miałam pomysłu jak je zdobyć.
Agent
Tracker powiedział mi, że to sprawdzi, poszpera w swoich źródłach, postara się dowiedzieć,
czy któraś z tych rzeczy (część lub całość) nie pochodzi z kradzieży lub nie jest powiązane z innym
przestępstwem.
Jakimkolwiek.
Potem
zadzwoniłam do Filipa na numer, który dał mi, kiedy zabierał ode mnie podsłuch,
ale nie odebrał.
Zostawiłam
mu krótką wiadomość z prośbą o kontakt ze mną, ale nie tłumaczyłam mu, o co mi chodzi.
Zawahałam
się z telefonowaniem do Jimmy’ego.
Nie
chciałam, żeby Eva się dowiedziała.
Nie
potrzebowała moich zmartwień.
A
potem, kiedy musiałam pojechać do hospicjum, moje zdenerwowanie osiągnęło
najwyższy poziom.
Ostatnio
nie musiałam tego robić sama.
Czułam
się nieosłonięta, podatna na zranienie.
Nie
chroniona.
*****
Godzinę później
Byłam
w hospicjum.
Właściwie
skończyłam, już umyłam ręce mydłem dezynfekującym, wycierałam je papierowym,
jednorazowych ręcznikiem i ostatecznie rozglądałam się po sali, sprawdzając,
czy wszystko jest w porządku, kiedy zadzwonił mój telefon.
Moja
mama znowu spała (na szczęście), a pani Lilly leżała na swoim łóżku z książką,
więc uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem, kiedy wyjęłam telefon z tylnej
kieszeni dżinsów, spojrzałam na ekran i ucieszyłam się.
Tak!
-
Przepraszam - mruknęłam do pani Lilly i wyszłam na korytarz.
-
Tak? - odebrałam krótko, bo zobaczyłam na wyświetlaczu, że po drugiej stronie
jest Filip.
Czekałam
na ten telefon, chociaż bardziej czekałam na inny.
-
Hej… Maggie… no, kurwa… - jąkał się dziwnie Filip, jak nie on - Przepraszam
cię, ale musisz tu przyjechać.
Całe
moje ciało natychmiast zamieniło się w kamień.
Napięłam
dosłownie każdy mięsień.
-
Filip - powiedziałam może trochę za głośno - …co się dzieje?
-
David jest…- znowu się zawahał, ale ja już byłam zaalarmowana.
Coś
złego przytrafiło się Davidowi.
-
Mów, gdzie mam jechać - powiedziałam natychmiast rozkazującym tonem, chyba
pierwszy raz w moim całym życiu.
Ale
to był David.
-
Maggie, ale… - zaczął na nowo Filip.
-
Filip, mów natychmiast, dokąd mam
pojechać - zawarczałam - Jeśli coś się stało Davidowi, muszę tam szybko być.
Przez
dwie sekundy nie słyszałam nic, kompletną ciszę, a potem Filip rzucił jakby z
ulgą:
-
Okej, przyjedź na Temple Street w okolice KOA Holiday. Jak będziesz na miejscu,
zadzwoń, to cię dalej pokieruję.
-
Dobrze, Filip - powiedziałam - postaram się być jak najszybciej.
Nie
miałam ani sekundy do stracenia.
Rozłączyłam
się.
Poszłam
do sali po torbę z rzeczami do prania i moją torebkę, wykrztusiłam moje pożegnanie
i zbiegłam na dół, żeby wsiąść do mojego Wranglera i pojechać do Davida.
Szybko!
*****
David
David
siedział na dupie, na pieprzonej kanapie w jebanym mieszkaniu cholernego Filipa
i miał ochotę coś rozpieprzyć.
Po
jaką cholerę dał się namówić na powrót do snajperstwa.
Kurwa!
Kiedy
odprowadził Maggie w poniedziałek wieczorem do jej mieszkania i zszedł po swoją
torbę na dół, do swojego cholernego Cherokee stojącego na jej parkingu,
zadzwonił pieprzony Taylor i powiedział, że go potrzebują.
Zdecydował
się natychmiast.
Pożegnał
się z Maggie krótko, nie chcąc jej wciągać w pieprzoną akcję, ale czuł, że nie
był w porządku wobec niej przez całą drogę i Denver.
Obiecał
jej!
Obiecał,
że będzie z nią rozmawiał.
Chciał
jej dać czas na zastanowienie się nad tym, co powinna zrobić z tym popieprzonym
problemem, jaki zrzuciła na nią babcia, która podobno ją kochała.
Za
słabo, żeby chronić ją przed brudem jej dziadka.
Ale
dał jej za dużo czasu.
Zabrakło
mu go później.
Teraz
to nie było ważne.
David
ochroni Maggie, osłoni ją przed tym brudem, jaki wlókł się za nim przez te pieprzone misje.
Wsiadł
do Cherokee, pojechał zgodnie z otrzymanymi wskazówkami i po drodze zadzwonił
do Filipa, żeby mieć pewność, że będzie na miejscu.
Na
szczęście, Filip już wiedział.
David
zajechał na miejsce spotkania i wysłuchał wprowadzenia.
A
potem słuchał przez kilka godzin, jak pertraktują w kółko i w kółko ze pojebanym świrem, który pieprzonego
własnego niespełna rocznego syna
zawinął w nasączoną benzyną pieluszkę i chciał podpalić, żeby dać pojebaną nauczkę
żonie, która go podobno zdradzała.
David
wytrzymał to całe gówno i czekał, żeby załatwili to zgodnie z innymi zasadami i
bez zabijania skurwysyna.
Był
cierpliwy.
Ale
aż gotował się w środku na samą myśl o tym, że ktoś taki w ogóle chodził po tym
Świecie.
Kiedy
wreszcie Taylor dał mu znak, że negocjacje mogą się nie powieść, ubrał się w kombinezon
ochronny, wziął przygotowany karabinek, który już przestrzelał, Filip go
podłączył i ruszył na pozycję.
Kiedy
po półgodzinie leżenia i wyczekiwania usłyszał przez słuchawkę, że ma zielone
światło, strzelił.
I
nie chybił.
Jak
powiedziała mu Maggie.
Zabił
potwora, żeby kogoś uratować.
Dziecko
i jego matkę.
A
potem dotarł z powrotem na miejsce zbiórki SWAT, rozbierał się i zdawał broń,
kiedy usłyszał kobietę.
Wyjącą
z rozpaczy, że zabili jej ukochanego
męża.
Kurwa.
Filip
również usłyszał co się dzieje, więc go szybko odizolował, a po przebraniu się i
zdaniu broni, odesłał w cholerę do pracy (bo była już piąta rano), zbył gównianą
obietnicą poinformowania i wsadził jego dupę do jego Grand Cherokee.
W
środę Jimmy miał lecieć na ferie z Evą i chłopakami (Mattem i Bertem) na plażę do
Santa Cruz, więc David cholernie musiał
być w remizie, żeby przejąć wszystko i dać znać Olivierowi, że jest gotów do
pracy.
Pojechał,
pracował, spiął się i dał radę.
Dał…
…kurwa…
…radę.
Ale
po pracy pojechał do prosto szpitala tylko po to, żeby się dowiedzieć, co z
dzieciakiem i wtedy dowiedział się, że ta kobieta, której pierdolonym mężem był tamten sukinsyn, ma żal do Davida.
Że
oskarża go o morderstwo.
Gówno.
To
mu popieprzyło w głowie.
David
nie pozwolił sobie na jakikolwiek kontakt z Maggie przez cały dzień, żeby nie
musieć odpowiadać na jej pytania, żeby ustalić najpierw ile może, a ile powinien jej powiedzieć, a po tym, co usłyszał, prawie się z tego ucieszył.
Uchroni
ją przed tym szambem, jakim było jego zajęcie.
Przed
tym popieprzeniem.
Przed
sobą samym.
Więc
przyjechał do Filipa, żeby się przed nią schronić.
I
wypić kilka głębszych.
Miał
ochotę się urżnąć.
Ale
Filip coś kombinował.
Wychodził
kilka razy przed dom, dzwonił do kogoś, a potem poszedł po kogoś na ulicę.
Dom
Filipa był w gęsto zamieszkałej dzielnicy małych, tanich domków.
Nie
było łatwo do niego dojechać i Filip nigdy nikogo (oprócz kilku kumpli z
wojska) do siebie nie zapraszał.
Zwoził
tylko sobie do niego puste cipki do wypieprzenia i odwoził je potem do baru, w
którym je zarwał.
Myśli
Davida całkowicie spowijał mrok świadomości, że zabił i głos kobiety, która
krzyczała Morderca.
Schował
twarz w dłoniach i siedział całkowicie wyłączony, kiedy usłyszał, że Filip
wraca.
Nie
był sam.
Sukinsyn!
David
chciał wstać i wypierdolić tylnym wejściem, żeby uniknąć tego, ktokolwiek Filip
ściągnął jako kawalerię na odsiecz, kiedy ją poczuł.
Maggie.
Jego
słodka Maggie w tym brudnym, pieprzonym domu Filipa, z nic niewartym Davidem,
przed którym należało ją chronić.
Weszła
prawie biegiem.
Zaskoczyła
go.
Znowu.
Była
błyskawicznie blisko niego, więc nawet nie zdążył wstać.
Spojrzał
na nią i jęknął.
Chryste.
Była
taka piękna i drobna.
Kruszynka.
Jej
słodka twarzyczka wyrażała ból i zmartwienie.
-
Proszę, odejdź - powiedział głucho.
Zatrzymała
się trzy kroki od niego.
-
Nie! - powiedziała tak zdecydowanie, jak nie ona.
Nigdy
nie słyszał tego tonu w jej głosie.
-
Wyjdź - mruknął jeszcze raz, nadal nie podnosząc głowy.
-
David - szepnęła - opowiedz mi.
-
Nie… - opuścił ręce, ale odwrócił głowę, żeby nie patrzyła na niego - Nie
powinnaś się w to wplątywać. To jest…
-
Filip mi powiedział - przyznała mu się.
-
Zabiję sukinsyna - stwierdził ponuro David i to nie była czcza groźba.
-
David - powiedziała znowu cicho i to było takie delikatne, że David poczuł
ścisk żołądka - Może powinniśmy się czegoś dowiedzieć o tym, którego
zlikwidowałeś.
Więc
nie wiedziała.
Filip
nie powiedział jej, co czuła tamta kobieta.
David
znowu jęknął i schylił głowę, chowając ją w dłonie.
Wtedy
Maggie ruszyła naprzód.
Przypadła
do niego całym ciałem, wsunęła się nogami między jego kolana, objęła jego ramiona
swoimi ramionami i przyciągnęła jego głowę dłonią do swojego brzucha.
Przyciskała
go tak długo, aż poddał się.
Westchnął,
wyprostował plecy i objął jej biodra rękoma, wtulając się w nią jeszcze
bardziej.
Przyciskając
swoją twarz między jej piersi, policzkiem do jej serca.
Marzył
o tym.
Tęsknił do niej.
Trzymała
go tak.
-
Jesteś zmęczony - szeptała w jego włosy - Prowadziłeś całą drogę z Denver, nie
spałeś całą noc, a potem byłeś w pracy. Jedź ze mną do domu. Prześpisz się, a
jutro dowiemy się co się stało.
-
Maggie - wymamrotał - Nie mogę z tobą być. Jestem…
-
David - przerwała mu - Wiem kim jesteś i jaki jesteś. Znam cię lepiej niż ty
sam. I wiem, że chcesz powiedzieć coś, czego nie będę lubiła słuchać.
Milczał
przez chwilę, ale poczuł się taki strasznie
zmęczony.
Wręcz
wyczerpany.
Dlatego
się poddał.
-
Dobrze - nadal mamrotał w jej brzuch - Pojadę z tobą do domu.
Odsunęła
się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy.
-
Okej, chodźmy - powiedziała w końcu, chociaż wyglądała, jakby nie podobało jej
się to, co zobaczyła.
Wstał
ciężko i niechętnie poszedł za nią.
Nadal
sądził, że nie powinien.
Po
drodze do samochodu pożegnali się krótko z Filipem, który nie wyglądał na super
szczęśliwego, ale przestał wyglądać, jak ktoś, kto zamartwia się na śmierć.
Pojechali
jego Grand Cherokee, a przy krawężniku zostawili jej Wranglera, którego Filip
obiecał dostarczyć do Maggie.
Powiedział,
że da radę.
Oczywiście,
że da.
David
nadal miał ochotę mu wpieprzyć.
Ale
pojechał z Maggie do jej mieszkania.
*****
Maggie
Pół godziny
później
Było
kilka rzeczy, które musiałam zrobić i nie wiedziałam, co było najważniejsze.
Musieliśmy
porozmawiać we dwoje o kilku sprawach.
Osobiście
bardzo chciałam dorwać tamtą sukę,
która sprawiła, że David się obwiniał.
Nie
powiedziałam tego Davidowi, ale Filip powiedział mi o jej krzykach.
Potrzebowałam
też informacji od Tracker’a, o co chodzi z tymi rzeczami, które przywieźliśmy z
Denver.
Ale
najbardziej potrzebowałam chwili spokoju dla Davida.
Dla
Davida.
Kiedy
dojechaliśmy do mojego mieszkania, ustaliłam sobie w głowie priorytety i
zdecydowałam się zacząć od bardzo spóźnionej kolacji.
Było
już po ósmej wieczorem, ale mój mężczyzna przez cały dzień się denerwował i
mało jadł.
Albo
w ogóle nie jadł.
Musiałam
o niego zadbać.
Miałam
w lodówce naszykowane dzień wcześniej burgery z wołowiny i ser, a w szafce bułki
do burgerów, co wymyśliłam, zanim pojechałam do hospicjum, więc podgrzanie
wszystkiego na patelni i połączenie w całość z zapiekanym serem było kwestią zaledwie
kilku minut.
David
był bardzo cichy i łatwo (za łatwo) poddawał
się wszystkim moim sugestiom, więc przez ten czas wziął prysznic i przebrał się
w czystą koszulkę i spodnie dresowe.
Ale
kiedy usiedliśmy przy stole, jadł bez apetytu i był ponury.
Nie
lubiłam tej jego bierności, apatii.
Starałam
się rozluźnić atmosferę, opowiadałam o wydarzeniach mojego dnia i wspomniałam
mu o rozmowie telefonicznej z agentem Tracker’em.
David
się zainteresował.
Nareszcie.
Pomyślałam,
że może jego dystans i zamknięcie się w sobie podczas naszej podróży wynikały z
mojego zamknięcia się w sobie.
I
dlatego obszernie opowiedziałam mu o swoich obawach związanych z tymi rzeczami,
które wyjęliśmy ze skrytek bankowych.
David
przyznał mi rację.
Ulżyło
mi, bo rozmawiał ze mną.
Nie
wracałam już tego wieczoru do sprawy akcji, a której brał udział David.
Oboje
mieliśmy nadmiar emocji.
Namówiłam
Davida, żebyśmy się położyli do łóżka.
Sprzątnęliśmy
po kolacji, umyliśmy zęby, umyłam i nakremowałam twarz.
I,
wbrew swojemu dotychczasowemu zwyczajowi, położyłam się z nim do łóżka w jego
koszulce, a nie nago.
Przytulił
mnie bardzo blisko, ciasno obejmując mnie ramionami, kiedy położyłam się całym
przodem na jego boku.
Trzymałam
go za szyję dłonią, głaszcząc kciukiem jego brodę, a potem nie ruszałam się i
nie puściłam, dopóki nie poczułam, że jego ciało się rozluźnia i oddech
uspokaja, kiedy zasypiał.
Leżałam
jeszcze przez kilka minut, zanim dołączyłam do niego.
*****
Pięć godzin
później
Obudziłam
się gwałtownie z uczuciem zagrożenia.
Całe
łóżko podskakiwało.
Poderwałam
się i oparłam na przedramieniu natychmiast czujna, bo poczułam, że to David
rzuca się nerwowo po łóżku, usłyszałam, że coś mamrocze.
Zawisłam
nad nim i zaczęłam gładzić jego brodaty policzek.
Mocno
spał.
-
David, obudź się… - szeptałam - to ja. Jesteś ze mną. Tu Maggie.
Zobaczyłam,
że otworzył oczy i zamrugał.
-
To ja, kochanie - szepnęłam jeszcze raz.
Obudził
się i gwałtownie wciągnął powietrze, a potem spojrzał na mnie przytomnie i
natychmiast wciągnął mnie tak mocno w swoje ramiona, na siebie, że aż
pomyślałam, że połamie mi żebra.
-
David - wydusiłam z trudem, a kiedy to usłyszał, rozluźnił ramiona, ale mnie
nie puścił.
Przyłożyłam
obie dłonie do jego twarzy.
Spojrzałam
na nią i zobaczyłam, że ma na skroniach kropelki potu, które świadczyły o
intensywności przeżywanego przez niego snu.
Ciężko
dyszał przez rozchylone wargi.
Pomyślałam,
że cierpi.
Chciałam
to od niego zabrać.
Ale
nie pytać.
Zmienić
tor jego myśli.
Zająć
go czymś.
Żeby
zapomniał.
Pochyliłam
się i go pocałowałam, delikatnie muskając jego wargi.
Myślałam
o jednej z naszych aktywności, która mogła
mu pomóc się zrelaksować.
-
David… - szepnęłam centymetr od nich - co mam zrobić.
-
Nic, kochanie - odszepnął - po prostu przy mnie poleż.
-
Dobrze - szepnęłam znowu, bo nie chciałam naciskać.
Czułam
się taka bezradna.
Ale
z drugiej strony…
Wiedział,
że jestem z nim, wspieram go, a jeśli nie chciał seksu, uważał, że to nie jest
dobra pora, to nie powinnam nalegać.
Może
ten sen był tak zły, że nie chciał go mieszać z dobrem, jakim były nasze
zbliżenia.
Pomyślałam
o tym, co mówiła mi Eva, o tym, że powinnam się bardziej postarać, dowiedzieć
się więcej o PTSD.
Porozmawiać
z Timem.
Położyłam
się na jego piersi tak, jak zawsze się kładłam i gładziłam jego włosy na
klatce, wodząc opuszkami palców po liniach w jakie się układały.
Czułam
jego dłoń na moim nagim biodrze pod koszulką, drugą rękę Davida widziałam w
górze, nad jego czołem i było mi źle.
Ale
w inny sposób niż poprzedniego dnia rano.
Pomyślałam
absurdalnie, a może nie tak głupio, że mój żołnierz jest ranny, a ja muszę mu
pomóc wyzdrowieć.
Nie
wiedziałam, dlaczego Eva mówiła, że ja jestem jedyną, która to może zrobić, ale
wiedziałam, że go kochałam.
Kochałam
dobrego, dzielnego, zdolnego do poświęceń żołnierza, który chciał mnie bronić
przed wszelkim złem.
A
przecież tyle słyszałam o tym, że miłość może uleczyć.
Nawet,
jeśli nie miałam w swoim życiu zbyt wiele dobrych przykładów, to wciąż w to
wierzyłam.
Kiedy
myślałam o tym, a właściwie moje myśli już trochę dryfowały przed snem,
usłyszałam, że oddech Davida się uspokaja, opuścił rękę z czoła i położył ją na
mojej na jego piersi i jego mięsnie rozluźniły się.
Leżałam
jeszcze przez chwilę i poczułam, że powoli zasypiam.
-
Kocham cię, Kruszynko - szepnął nagle David, a mnie oddech urwał się i nie miał
zamiaru wrócić.
Obudziłam
się.
Leżałam
obok niego i nie wiedziałam, czy mi się to nie przyśniło.
Mijały
minuty, David się stopniowo odprężał, a ja leżałam nieruchomo.
Kocham cię,
Kruszynko.
Najpiękniejsze,
co mogłam usłyszeć.
Kocham cię,
Kruszynko.
Zapatrzyłam
się w tablicę na ścianie naprzeciwko mnie i jednocześnie chciałam zapamiętać tę
chwilę na zawsze, jak i zapomnieć całe zło ostatnich trzydziestu godzin.
Kocham cię,
Kruszynko.
Kocham cię, David - powiedziałam w
myślach, ale moich ust nie opuścił nawet szept.
Mój
mężczyzna spał.
Ja
wkrótce potem też zasnęłam.
*****
David
Trzy godziny później
David
obudził się, kiedy budzik Maggie zaczął grać.
Podniosła
się i sięgnęła nad nim, żeby go wyłączyć, a potem położyła się z powrotem.
To
było dziwne o tyle, że zwykle budził się przed nią, ale nie było w tym nic
dziwnego, zważywszy na ilość bezsennych godzin poprzedniego dnia.
Nie
powinien sobie pozwalać na tę słabość, na przebywanie z Maggie, ale nie mógł
się opanować.
Uzależnił
się od niej.
Przypomniał
sobie nocną pobudkę.
Powiedział
to.
Czy
usłyszała?
Kiedy
przechylił głowę na poduszce w jej stronę, ona przekręciła swoją na jego klatce
piersiowej i ich oczy spotkały się.
-
Dzień dobry, mała - wymruczał.
-
Dzień dobry, kochanie - powiedziała cicho.
A
potem uniosła się na łokciu, przysunęła bliżej jego twarzy swoje słodkie usta i
pocałowała go lekko w brodę.
-
Głodny? - zapytała.
Zamierzała
zacząć dzień.
Zaopiekować
się nim tak, jak on nie umiał zaopiekować się nią.
Jak
zaopiekowała się nim poprzedniego wieczoru.
-
Za chwilę - wymamrotał, porażony tym, jak bardzo była niesamowita.
Pragnął
jej, pożądał jej ciała, ale chciał jej całej, jak ona mu się już oddawała z
uczuciem, chociaż nigdy nie powiedziała tego.
Zrobiła
to.
Wspięła
się tak, że leżała prawie całkiem na nim i przysunęła swoje wargi, by pieścić
jego wargi, a potem rozchyliła je, on rozchylił swoje i wsunęła język do jego
ust.
Jeśli
zamierzała to wziąć od niego, to on nie zamierzał się bronić.
Zamierzał
jej to dać i wziąć, co jego.
Zadziwiała
go jej odwaga, chęć poznawania.
Przerzuciła
nogę nad jego udami, odkryła jego pierś i zaczęła go całować, dotykać i lizać
po piersi, a potem coraz niżej do pępka, a następnie w dół do kutasa.
Siedziała
na nim okrakiem i poznawała jego skórę.
Kiedy
dotarła na sam dół już od dawna był twardy i niecierpliwie drgający w
oczekiwaniu na pieszczotę jej języka.
Dłonie
Davida nie próżnowały.
Gładził
jej ramiona i plecy, trącał jej piersi i muskał opuszkami szyję w miarę, jak
schodziła coraz niżej.
A
potem zwinął jej włosy w jedną rękę, żeby widzieć jej postępy.
Pozwolił
jej robić to, na co miała ochotę i nawet nią nie kierował.
A
ona brała.
Zdecydowanie,
śmiało dążyła do wypełnienia nim swoich ust i zrobiła to zaraz po tym, jak
otoczyła go raz i drugi językiem.
Kurwa,
jak wspaniale.
Nie
mógł jej pozwolić na zbyt wiele, bo za szybko by skończył i byłaby rozczarowana.
Dał
jej o tym znać, delikatnie ciągnąc jej głowę za włosy do góry, a potem całe jej
ciało w górę swojego.
Nie
zeszła z niego.
Ciągle
go okraczała swoimi cudownymi, szczupłymi udami.
Podczas
poznawania zsunęła jego spodnie od piżamy, więc miała go nagiego pod sobą, przy
swojej niczym nie osłoniętej cipce.
Podniosła
się i wsunęła rękę między nich.
A
potem David poczuł, jak jego czubek wchodzi w jej ciepłą, wilgotną i gościnną
ciasnotę.
Jednocześnie
patrzył, jak rozchyliła usta w niemym zachwycie.
Cieszył
się, że nie ma nic pomiędzy nimi.
I
miał to, co ona brała.
Pieściła
go nie tylko cipką.
Dotykała
go, gładziła, pieściła dłońmi i językiem.
A
potem rozpaliła się i przyspieszyła.
Wtedy
David przejął dowodzenie ich ruchami, ale najpierw podniósł się z nią na sobie
i ich odwrócił.
Przejął
kontrolę.
I
zaczął pompować.
Nie
przestał, ani nie zwolnił, kiedy wspięła się na swój pierwszy szczyt i krzykiem
oznajmiła swoją rozkosz.
Kiedy
on doszedł, ona doszła drugi raz i nie było to ani krócej, ani słabiej niż za
pierwszym razem.
Ściskała
go mocniej.
Jak
zawsze wspaniale.
Spektakularne.
Miał
ochotę powtarzać jej Kocham cię,
Kruszynko, ale stwierdził, że może poczekać i dać jej to jeszcze wiele
razy.
Kochał
ją i to się nie miało zmienić.
*****
Maggie
Tego dnia w
południe
Miałam
wyjść z biura, więc wysłałam do Davida SMS’a:
Wychodzę, kochanie
I
natychmiast dostałam odpowiedź:
Czekam, mała
Czekał.
Jak
dobrze.
Martwiłam
się, bo w czasie lunchu mieliśmy pojechać do szpitala, żeby zobaczyć, jak się
miewa ten chłopczyk, którego uratował David.
Wcześniej
był u mnie agent Tracker i zabrał torbę z rzeczami, które przywieźliśmy z
Denver.
Nie
chciałam teraz rozmawiać o tym z Davidem.
Umówiliśmy
się, ale miałam obawy, czy David nie znajdzie jakiejś wymówki, żeby nie
przyjechać.
Przyjechał.
Wyszłam
z biura, mówiąc panu D’angelo, że postaram się zdążyć po lunchu, ale żeby się
nie martwił, jeślibym miała się spóźnić.
Dotarliśmy,
David zaparkował, wysiadłam z Cherokee wprost w jego ramiona po tym, jak
otworzył dla mnie drzwi, weszliśmy i znaleźliśmy numer pokoju (z pomocą miłej
pani w recepcji).
Wjechaliśmy
windą i…
Nie
przewidziałam tego, że w szpitalu natkniemy się na tamtą sukę, matkę dziecka, a
ona znowu rzuci się na Davida.
David
chyba się tego obawiał, bo, jak później sobie uświadomiłam, jechał tam spięty,
chociaż nie opierał się, kiedy to zaproponowałam.
Filip
wcześniej dostarczył mi do pracy, na moją prośbę, akta tamtego zabitego faceta,
bym wiedziała wszystko, czego potrzebowałam, żeby porozmawiać z Davidem.
Kiedy
przeczytałam ile razy składała skargi na swojego „ukochanego” męża i ile razy
je wycofywała, nie mogłam uwierzyć w jej głupotę.
Idiotka.
Więc,
kiedy stanęłam naprzeciwko niej, od pierwszego rzutu okiem, byłam wściekła,
jeszcze zanim się odezwała.
Dosłownie
wściekła.
Kipiałam
z furii.
Ale
też od razu dowiedzieliśmy się, że ktoś „uprzejmy” ją poinformował, kto
strzelał.
-
Co tu robisz, ty morderco? - natychmiast
rzuciła się z wrzaskiem na Davida, a on natychmiast zamarł z takim wyrazem
twarzy, od którego zrobiło mi się słabo.
Tamta
suka miotała się ze słowami Wynoś się,
a David złapał mnie za rękę, jakby faktycznie chciał wyjść.
Zaparłam
się.
-
Pozbawiłeś mojego synka kochającego taty! - wrzeszczała na cały korytarz -
Miałby może trochę oparzeń, ale nadal miałby tatusia…
O,
nie!
Nie
robi tego!
Nie
wytrzymałam tych bzdur.
Krew
uderzyła mi do głowy.
Zrobiłam
krok i pochyliłam się w jej stronę.
Mięśnie
mi się napięły, a dłonie zacisnęłam w pięści.
-
Zamknij się - głośno warknęłam do
niej.
Nie
zwracałam uwagi na obecność innych osób na szpitalnym korytarzu, gdzie się
znajdowaliśmy.
-
Nie wtrącaj się, głupia szmato - odpaliła do mnie i widziałam, jak David spina
się, by coś jej odpowiedzieć.
Nie
pozwoliłam mu.
-
Jak głupia jesteś, żeby wygadywać coś
takiego? - zapytałam retorycznie, bo nie zamierzałam czekać na odpowiedź.
-
On uratował i ciebie, i twojego syna… - machnęłam przy tym dłonią w stronę
Davida - przed losem gorszym niż samotność.
-
Nie wtrącaj się! - wrzasnęła ponownie
i dodała - Nie wiesz o czym mówisz.
Wiedziałam,
więc podzieliłam się z nią tym.
Poczułam,
że David staje bardzo blisko mnie i delikatnie obejmuje jednym ramieniem moje
żebra pod piersiami.
Wiedział
i wspierał mnie.
-
O, wiem. Zapewniam cię, że ja wiem -
oznajmiłam - Miałam takiego ojca, że lepiej by było, gdybym go nie miała. Było wielką ulgą dla mnie, kiedy
wreszcie postanowił opuścić mnie i mamę. Zostałam również poparzona, więc
zapewniam cię, że twój syn będzie szczęśliwy, jeśli nie będzie znał tego bólu.
-
C-co? - zająknęła się - al-le.. ale przecież… Powiedzieli, że to się da
wyleczyć. A mój mąż obiecał…
-
Co obiecał? - przerwałam jej - Ile razy obiecał?
-
J-ja, nie… - znowu się jąkała.
-
Sześć razy wzywałaś do niego policję
- wytknęłam jej, wskazując jednocześnie palcem wskazującym na jej nos.
Skrzywiła
się i cofnęła głowę.
-
Wybił ci ząb - wyliczałam - …połamał żebra, złamał żuchwę, rękę, zgwałcił cię
na spółkę z kolegami. A ty za każdym razem wierzyłaś, że się poprawi i
wycofywałaś zarzuty?
Zamilkła
i było widać, że nie spodziewała się, że tyle o niej wiem.
David
też się nie spodziewał i widziałam po tym, jak zesztywniał, że nie wiedział
tego o nim.
Mówiłam
mu, że powinien się dowiedzieć.
-
A na koniec - kontynuowałam - kiedy rzucił waszym miesięcznym synem o ścianę, policję wezwał szpital
i wylądował na sześć miesięcy w więzieniu.
-
Ale wrócił i obiecał… - szepnęła złamanym głosem.
- A ty mu uwierzyłaś?
- spytałam z sarkazmem w głosie - Znowu?
I co, dotrzymał tego?
Kobieta
usiadła na krzesełku, które było obok niej i oparła głowę na rękach wspartych o
kolana.
Wysunęłam
się z objęć Davida.
Podeszłam
bliżej do kobiety, ukucnęłam przy niej i zacisnęłam opuszki palców na jej ramieniu.
-
Bez niego macie szansę na życie, nie
tylko na lepsze życie - powiedziałam
do niej cicho, patrząc w jej twarz, szukając jej oczu - Potwór nie żyje. Zacznij żyć dla siebie i swojego syna.
Podniosła
do mnie głowę i spojrzała na mnie.
-
Ale ja nie potrafię bez niego żyć - szepnęła do mnie.
-
Potrafisz - odszepnęłam - Dla twojego
synka. Poszukaj pomocy i spróbuj.
Kobieta
popatrzyła na mnie z otwartymi ustami, a potem ponownie opuściła głowę w
dłonie.
Podeszła
do nas jedna z pielęgniarek, jakie zebrały się zaniepokojone awanturą, którą
robiłyśmy.
Wyprostowałam
się i cofnęłam o krok, a wtedy pielęgniarka niespodziewanie uśmiechnęła się do
mnie i uścisnęła mi przedramię.
-
Dziękuję - mruknęła do mnie - Mieliśmy z nią kłopoty.
Zamrugałam
gwałtownie i dopiero wtedy rozejrzałam się po korytarzu.
Stało
tam kilkanaście osób z zadowolonymi minami, które wskazywały, że mają ochotę
bić brawo.
David
był bardzo zadowolony, a wręcz… dumny.
Ze
mnie?
Miałam
straszną ochotę się gdzieś schować, ale jedynym miejscem, jakie przyszło mi do
głowy była koszulka Davida.
Więc
wpadłam na niego i zakopałam się w jego ciele.
Dosłownie.
Poleciałam
głową w jego stronę, schowałam twarz w jego klatce piersiowej i trzymałam
garściami jego koszulkę na bokach.
-
Mała - zawołał David.
-
Co? - wypchnęłam z siebie i odchyliłam głowę, żeby na niego spojrzeć.
-
Byłaś zajebista - oznajmił.
Ale
jego oczy mówiły to, co usłyszałam w nocy Kocham
cię, Kruszynko.
-
David - szepnęłam z zadowoleniem, ale jednocześnie z jeszcze większym wstydem,
bo spodobał mi się ten komplement.
Ale
najważniejsze dla mnie było to, że mój mężczyzna najwyraźniej przez mój wybryk
poczuł się lepiej.
Przypomniałam
sobie wtedy, że mieliśmy zapytać o zdrowie malucha.
Więc
zapytaliśmy.
Okazało
się, że „da się wyleczyć” dotyczyło tego, że dziecko zostało wcześniej przez
„kochającego tatusia” przypalone gorącym żelazkiem.
Biedne
maleństwo.
Nie
wiedziałam, bo nie zwróciłam na to uwagi, ale znajdowaliśmy się na oddziale,
który zajmował się Chirurgią Rekonstrukcyjną i Leczeniem Oparzeń.
Rozejrzałam
się.
Nie
mieliśmy za dużo czasu, bo musiałam wrócić do pracy po lunchu (na który
ostatecznie David kupił mi przy szpitalu kanapkę, którą zjadłam w samochodzie w
drodze powrotnej do pracy), więc tylko popatrzyłam co tam robią z bliznami po
oparzeniach.
Nigdy
się tym nie zainteresowałam.
Nie
sądziłam, że można naprawić nawet starą bliznę po oparzeniu.
Widziałam,
że David rozglądał się po tym oddziale z równym zainteresowaniem, co ja.
Myśleliśmy
o tym samym.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziekuje😍
OdpowiedzUsuńCzy piszesz następną książkę?🤔❤
OdpowiedzUsuńMam pomysł 😁
UsuńCzekam ❤
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuńWow☺️
OdpowiedzUsuń