poniedziałek, 14 marca 2022

16 - Kocham cię

 

Rozdział 16

Kocham cię

Maggie

 

 

 

Następnego dnia rano

Nie spałam.

Tak naprawdę nie spałam całą noc.

Kiedy w poniedziałek późnym wieczorem dojechaliśmy do mojego kondominium jego Grand Cherokee, David pomógł mi wysiąść, zanieść moje torby na górę, wszedł ze mną do mieszkania, a potem odszedł.

Właściwie nic nie mówiąc.

Zszedł do swojego SUV’a po trzecią torbę, jego, podczas kiedy ja zaczęłam szykować dla nas późną kolację i wstawiłam wodę w czajniku do gotowania, by zrobić nam kawę, a kiedy wrócił, zostawił swoją torbę, stwierdził tylko Muszę jechać i … pojechał.

Kiedy jechaliśmy z Denver, przez całą drogę między nami był dystans, którego nie rozumiałam, ale, zajęta swoimi myślami nie próbowałam zmniejszyć.

Często w czasie jazdy samochodem milczeliśmy.

To nie było nic nowego, ani niespodziewanego.

Po prostu tacy byliśmy.

Tym razem jednak nie chodziło tylko o milczenie, a bardziej o zamknięcie się Davida, jakby bronił mi dostępu do swoich myśli.

Do siebie.

Prowadził sam przez całą drogę i nie zatrzymaliśmy się nigdzie na dłużej, co było do wyjaśnienia, skoro we wtorek miał być w pracy o szóstej rano.

Na stacji benzynowej, kiedy David tankował paliwo, kupiłam dla nas kanapki i kawę, ale nawet wtedy David nie rozmawiał ze mną.

Wszystkim, co usłyszałam było krótkie Dzięki.

Właściwie też nic dziwnego.

Jednak…

W miarę dojeżdżania do domu zaczęłam czuć się niepewnie.

Jakbym zrobiła coś złego.

Ale pomyślałam jeszcze, że później, w domu porozmawiamy i to przezwyciężymy.

Przecież mieliśmy rozmawiać.

Tak się umawialiśmy.

Ale potem David pojechał, po prostu pojechał nic mi nie mówiąc, nie wyjaśniając mi, dokąd jedzie, ani kiedy wróci (nie, żeby musiał).

Dlatego właśnie to skąpe pożegnanie, obejmujące tylko muśnięcie ust i dwa słowa, przeraziły mnie.

Dosłownie.

Przeraziły.

Schowałam do lodówki, ułożone równo w wielorazowym pojemniku, już ukształtowane burgery z wołowiny, które szykowałam dla nas na kolację.

Zrobiłam sobie kawę z dużą ilością mleka, wyciągnęłam resztkę jakichś ciastek i usiadłam na kanapie.

Czekałam, że może wróci, może przyśle chociażby SMS’a, albo wiadomość przez Filipa lub Jimmy’ego.

Cokolwiek.

Nie dostałam nic.

Starałam się nie świrować.

Zadzwoniłam do Magnusa i starałam się jak najbardziej pogodnie opowiedzieć mu o Denver, o naszej wycieczce, o rozwiązanej zagadce i o tym, co przywieźliśmy do domu.

Wspomniałam o moim zdenerwowaniu listem babci i podejrzeniach, że to wszystko w jakiś sposób było, a może nadal jest, związane z przestępstwem (nie chciałam przyjąć do wiadomości, chociaż przeszło mi to przez głowę, że może z terroryzmem).

Pomartwił się chwilę ze mną, nic nie ustaliliśmy i pożegnaliśmy się, mówiąc sobie, jak jest późno i że następnego dnia trzeba iść do pracy.

Wiedziałam, że mógł się zdziwić, że nie wspomniałam o Davidzie.

Ale nie zapytał.

Zadzwoniłam do Evy i zapytałam, czy jadą na swoje wakacje zimowe w środę rano czy później i czy potrzebuje pomocy przy pielęgnowaniu kwiatów w domu (których miała mnóstwo na parapetach).

Odparła, że jadą rano, że dziękuje za propozycję pomocy, ale już umówiła się z Alice, która miała z nas wszystkich najwięcej swobody, bo pracowała od niedawna w domu (nawet jeśli nie mieszkała już blisko, nadal nie miała daleko, więc może to był dobry wybór).

Pożegnałyśmy się z mojej strony z życzeniami dla nich udanych wakacji.

Nie powiedziałam jej o moich problemach, ani zmartwieniach.

Miała dość swoich.

Rozpakowałam torby z ubraniami, przebrałam się w t-shirt Davida, założyłam skarpety na stopy i posegregowałam pranie.

Wstawiłam pierwszą partię prania, przeszłam do sypialni i zaczęłam szykować ubrania dla siebie na następny dzień do pracy.

Bałam się nawet pomyśleć o tym, że miałabym się położyć sama do łóżka.

W związku z tym szukałam sobie zajęcia.

Zaczęłam od kuchni.

Wyjęłam wszystko z lodówki, umyłam ją i ułożyłam prawie wszystko z powrotem na półkach, starannie sprawdzając daty przydatności do spożycia.

Wyrzuciłam jeden jogurt, czego nie lubiłam robić, ale minął mu termin.

Potem umyłam podłogę, wytarłam kurz na meblach w salonie i ułożyłam równo koc i poduszki na kanapie.

A potem przeszłam do łazienki i zaczęłam ją myć, ale tam natknęłam się na przybory Davida.

Jego żel do kąpieli, maszynkę do włosów, które zostawił u mnie, bo miał wrócić na nocleg.

Więc stamtąd wyszłam.

Przez ten czas skończyło się pranie, więc poszłam do pomieszczenia gospodarczego i przełożyłam je do suszarki.

Tam też były rzeczy Davida.

Poddałam się i poszłam do sypialni, żeby położyć do łóżka i spędzić bezsennie kilka godzin.

Po pierwszej godzinie wstałam i wzięłam aparat, który zostawiłam przy telewizorze, żeby zrobić zdjęcie tablicy z równaniem poprawionym przeze mnie, zanim zaczęłam rozwiązywać zagadkę babci.

Kiedy je zrobiłam, na ekranie z tyłu aparatu wyświetliłam ostatnio zrobione i cofnęłam kilka, żeby je porównać.

I znalazłam zdjęcie, które zrobiłam kiedyś Davidowi, jak spał w moim łóżku po nocnej zmianie, a ja byłam obudzona i chodziłam cicho po domu, żeby mógł się wyspać.

Zdjęcie śpiącego Davida.

O Panie!

Wyłączyłam aparat i odłożyłam go koło telewizora, ale ból, jaki mnie ogarnął na jego widok, palił moją klatkę piersiową jeszcze długo po tym.

Położyłam się i wpatrzyłam w sufit.

I tak leżałam.

Starając się nie myśleć, nie wymyślać najgorszych możliwych scenariuszy.

Nie mogłam.

Same przychodziły mi do głowy.

Kiedy nadszedł poranek, wstałam zanim jeszcze zadzwonił mój budzik i zaczęłam się przygotowywać do pracy, jak automat.

Nie rozumiałam, co się stało.

Wiedziałam, że muszę znaleźć sposób, żeby porozmawiać z Davidem, bo nie zamierzałam się ot tak poddawać i rezygnować z niego.

Ale musiałam tego dnia pojechać do pracy, a on powinien być w swojej od szóstej rano.

Mogliśmy poczekać.

Jakoś to rozwiążę.

Więc założyłam spódnicę i bluzkę, spięłam włosy i włożyłam buty, zjadłam owsiankę i posprzątałam.

Wszystko, jak zwykle, ale nie czułam się, jak zwykle.

Wszystko było źle.

Brakowało mi obecności Davida o wiele bardziej niż wtedy, kiedy sama szykowałam się do pracy, kiedy on już był w pracy.

Byłam pusta w środku.

Wypalona.

I brzegi nie miały zamiaru się zasklepić.

Zabliźnić.

A potem wsiadłam do Wranglera i pojechałam.

*****

Dziewięć godzin później

No dobra, więc zaczynałam się martwić na poważnie.

Lub poważniej.

Wróciłam do domu z pracy, przebrałam się w dżinsy i koszulkę, ale nadal nie miałam nic.

Pustkę.

Nie miałam ochoty nawet jeść, co po latach niedożywienia było dla mnie czymś nie do pomyślenia.

Zawsze miałam ochotę jeść.

Ale martwiłam się.

Nie miałam ani słowa od Davida przez całą noc i cały poranek, a potem również nie odpowiedział mi na żadnego SMS’a z tych (jedenastu), które wysłałam mu w ciągu dnia.

Wałkowałam to w kółko w głowie.

I znowu, i znowu.

Cały czas jeszcze myślałam o tym, że David był moim mężczyzną, że był moim jedynym tak, jak ja byłam jego kobietą i byłam jego jedyną.

Należeliśmy do siebie.

Ale do mojej świadomości zaczęła się przebijać niepewność.

A co, jeśli on właśnie zrozumiał, że nie jestem tego warta, jeśli napotkał kogoś mądrzejszego, ładniejszego, z kim zechciałby spędzić więcej czasu.

Kto byłby bardziej jego.

Albo może po prostu znudził się i uznał, że czas pójść dalej.

Resztkami nadziei zapragnęłam walczyć.

Żyć tym, co miałam.

Zaczęłam od tego, że zadzwoniłam do agenta Tracker’a i opowiedziałam mu o „majątku” odziedziczonym po dziadku.

Przeczytałam mu fragmenty listu od babci i opowiedziałam, jakie obrazy mam w domu i jakiego typu akcje i obligacje.

Problemem było to, że nie wiedziałam, jak nazywał się mój dziadek, skoro babcia zmieniła nazwisko na panieńskie i nie podała mi nazwiska dziadka w swoich listach.

Nie miałam żadnej podpowiedzi.

I nie miałam pomysłu jak je zdobyć.

Agent Tracker powiedział mi, że to sprawdzi, poszpera w swoich źródłach, postara się dowiedzieć, czy któraś z tych rzeczy (część lub całość) nie pochodzi  z kradzieży lub nie jest powiązane z innym przestępstwem.

Jakimkolwiek.

Potem zadzwoniłam do Filipa na numer, który dał mi, kiedy zabierał ode mnie podsłuch, ale nie odebrał.

Zostawiłam mu krótką wiadomość z prośbą o kontakt ze mną, ale nie tłumaczyłam mu, o co mi chodzi.

Zawahałam się z telefonowaniem do Jimmy’ego.

Nie chciałam, żeby Eva się dowiedziała.

Nie potrzebowała moich zmartwień.

A potem, kiedy musiałam pojechać do hospicjum, moje zdenerwowanie osiągnęło najwyższy poziom.

Ostatnio nie musiałam tego robić sama.

Czułam się nieosłonięta, podatna na zranienie.

Nie chroniona.

*****

Godzinę później

Byłam w hospicjum.

Właściwie skończyłam, już umyłam ręce mydłem dezynfekującym, wycierałam je papierowym, jednorazowych ręcznikiem i ostatecznie rozglądałam się po sali, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku, kiedy zadzwonił mój telefon.

Moja mama znowu spała (na szczęście), a pani Lilly leżała na swoim łóżku z książką, więc uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem, kiedy wyjęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów, spojrzałam na ekran i ucieszyłam się.

Tak!

- Przepraszam - mruknęłam do pani Lilly i wyszłam na korytarz.

- Tak? - odebrałam krótko, bo zobaczyłam na wyświetlaczu, że po drugiej stronie jest Filip.

Czekałam na ten telefon, chociaż bardziej czekałam na inny.

- Hej… Maggie… no, kurwa… - jąkał się dziwnie Filip, jak nie on - Przepraszam cię, ale musisz tu przyjechać.

Całe moje ciało natychmiast zamieniło się w kamień.

Napięłam dosłownie każdy mięsień.

- Filip - powiedziałam może trochę za głośno - …co się dzieje?

- David jest…- znowu się zawahał, ale ja już byłam zaalarmowana.

Coś złego przytrafiło się Davidowi.

- Mów, gdzie mam jechać - powiedziałam natychmiast rozkazującym tonem, chyba pierwszy raz w moim całym życiu.

Ale to był David.

- Maggie, ale… - zaczął na nowo Filip.

- Filip, mów natychmiast, dokąd mam pojechać - zawarczałam - Jeśli coś się stało Davidowi, muszę tam szybko być.

Przez dwie sekundy nie słyszałam nic, kompletną ciszę, a potem Filip rzucił jakby z ulgą:

- Okej, przyjedź na Temple Street w okolice KOA Holiday. Jak będziesz na miejscu, zadzwoń, to cię dalej pokieruję.

- Dobrze, Filip - powiedziałam - postaram się być jak najszybciej.

Nie miałam ani sekundy do stracenia.

Rozłączyłam się.

Poszłam do sali po torbę z rzeczami do prania i moją torebkę, wykrztusiłam moje pożegnanie i zbiegłam na dół, żeby wsiąść do mojego Wranglera i pojechać do Davida.

Szybko!

*****

David

David siedział na dupie, na pieprzonej kanapie w jebanym mieszkaniu cholernego Filipa i miał ochotę coś rozpieprzyć.

Po jaką cholerę dał się namówić na powrót do snajperstwa.

Kurwa!

Kiedy odprowadził Maggie w poniedziałek wieczorem do jej mieszkania i zszedł po swoją torbę na dół, do swojego cholernego Cherokee stojącego na jej parkingu, zadzwonił pieprzony Taylor i powiedział, że go potrzebują.

Zdecydował się natychmiast.

Pożegnał się z Maggie krótko, nie chcąc jej wciągać w pieprzoną akcję, ale czuł, że nie był w porządku wobec niej przez całą drogę i Denver.

Obiecał jej!

Obiecał, że będzie z nią rozmawiał.

Chciał jej dać czas na zastanowienie się nad tym, co powinna zrobić z tym popieprzonym problemem, jaki zrzuciła na nią babcia, która podobno ją kochała.

Za słabo, żeby chronić ją przed brudem jej dziadka.

Ale dał jej za dużo czasu.

Zabrakło mu go później.

Teraz to nie było ważne.

David ochroni Maggie, osłoni ją przed tym brudem, jaki wlókł się za nim przez te pieprzone misje.

Wsiadł do Cherokee, pojechał zgodnie z otrzymanymi wskazówkami i po drodze zadzwonił do Filipa, żeby mieć pewność, że będzie na miejscu.

Na szczęście, Filip już wiedział.

David zajechał na miejsce spotkania i wysłuchał wprowadzenia.

A potem słuchał przez kilka godzin, jak pertraktują w kółko i w kółko ze pojebanym świrem, który pieprzonego własnego niespełna rocznego syna zawinął w nasączoną benzyną pieluszkę i chciał podpalić, żeby dać pojebaną nauczkę żonie, która go podobno zdradzała.

David wytrzymał to całe gówno i czekał, żeby załatwili to zgodnie z innymi zasadami i bez zabijania skurwysyna.

Był cierpliwy.

Ale aż gotował się w środku na samą myśl o tym, że ktoś taki w ogóle chodził po tym Świecie.

Kiedy wreszcie Taylor dał mu znak, że negocjacje mogą się nie powieść, ubrał się w kombinezon ochronny, wziął przygotowany karabinek, który już przestrzelał, Filip go podłączył i ruszył na pozycję.

Kiedy po półgodzinie leżenia i wyczekiwania usłyszał przez słuchawkę, że ma zielone światło, strzelił.

I nie chybił.

Jak powiedziała mu Maggie.

Zabił potwora, żeby kogoś uratować.

Dziecko i jego matkę.

A potem dotarł z powrotem na miejsce zbiórki SWAT, rozbierał się i zdawał broń, kiedy usłyszał kobietę.

Wyjącą z rozpaczy, że zabili jej ukochanego męża.

Kurwa.

Filip również usłyszał co się dzieje, więc go szybko odizolował, a po przebraniu się i zdaniu broni, odesłał w cholerę do pracy (bo była już piąta rano), zbył gównianą obietnicą poinformowania i wsadził jego dupę do jego Grand Cherokee.

W środę Jimmy miał lecieć na ferie z Evą i chłopakami (Mattem i Bertem) na plażę do Santa Cruz, więc David cholernie musiał być w remizie, żeby przejąć wszystko i dać znać Olivierowi, że jest gotów do pracy.

Pojechał, pracował, spiął się i dał radę.

Dał…

…kurwa…

…radę.

Ale po pracy pojechał do prosto szpitala tylko po to, żeby się dowiedzieć, co z dzieciakiem i wtedy dowiedział się, że ta kobieta, której pierdolonym mężem był tamten sukinsyn, ma żal do Davida.

Że oskarża go o morderstwo.

Gówno.

To mu popieprzyło w głowie.

David nie pozwolił sobie na jakikolwiek kontakt z Maggie przez cały dzień, żeby nie musieć odpowiadać na jej pytania, żeby ustalić najpierw ile może, a ile powinien jej powiedzieć, a po tym, co usłyszał, prawie się z tego ucieszył.

Uchroni ją przed tym szambem, jakim było jego zajęcie.

Przed tym popieprzeniem.

Przed sobą samym.

Więc przyjechał do Filipa, żeby się przed nią schronić.

I wypić kilka głębszych.

Miał ochotę się urżnąć.

Ale Filip coś kombinował.

Wychodził kilka razy przed dom, dzwonił do kogoś, a potem poszedł po kogoś na ulicę.

Dom Filipa był w gęsto zamieszkałej dzielnicy małych, tanich domków.

Nie było łatwo do niego dojechać i Filip nigdy nikogo (oprócz kilku kumpli z wojska) do siebie nie zapraszał.

Zwoził tylko sobie do niego puste cipki do wypieprzenia i odwoził je potem do baru, w którym je zarwał.

Myśli Davida całkowicie spowijał mrok świadomości, że zabił i głos kobiety, która krzyczała Morderca.

Schował twarz w dłoniach i siedział całkowicie wyłączony, kiedy usłyszał, że Filip wraca.

Nie był sam.

Sukinsyn!

David chciał wstać i wypierdolić tylnym wejściem, żeby uniknąć tego, ktokolwiek Filip ściągnął jako kawalerię na odsiecz, kiedy ją poczuł.

Maggie.

Jego słodka Maggie w tym brudnym, pieprzonym domu Filipa, z nic niewartym Davidem, przed którym należało ją chronić.

Weszła prawie biegiem.

Zaskoczyła go.

Znowu.

Była błyskawicznie blisko niego, więc nawet nie zdążył wstać.

Spojrzał na nią i jęknął.

Chryste.

Była taka piękna i drobna.

Kruszynka.

Jej słodka twarzyczka wyrażała ból i zmartwienie.

- Proszę, odejdź - powiedział głucho.

Zatrzymała się trzy kroki od niego.

- Nie! - powiedziała tak zdecydowanie, jak nie ona.

Nigdy nie słyszał tego tonu w jej głosie.

- Wyjdź - mruknął jeszcze raz, nadal nie podnosząc głowy.

- David - szepnęła - opowiedz mi.

- Nie… - opuścił ręce, ale odwrócił głowę, żeby nie patrzyła na niego - Nie powinnaś się w to wplątywać. To jest…

- Filip mi powiedział - przyznała mu się.

- Zabiję sukinsyna - stwierdził ponuro David i to nie była czcza groźba.

- David - powiedziała znowu cicho i to było takie delikatne, że David poczuł ścisk żołądka - Może powinniśmy się czegoś dowiedzieć o tym, którego zlikwidowałeś.

Więc nie wiedziała.

Filip nie powiedział jej, co czuła tamta kobieta.

David znowu jęknął i schylił głowę, chowając ją w dłonie.

Wtedy Maggie ruszyła naprzód.

Przypadła do niego całym ciałem, wsunęła się nogami między jego kolana, objęła jego ramiona swoimi ramionami i przyciągnęła jego głowę dłonią do swojego brzucha.

Przyciskała go tak długo, aż poddał się.

Westchnął, wyprostował plecy i objął jej biodra rękoma, wtulając się w nią jeszcze bardziej.

Przyciskając swoją twarz między jej piersi, policzkiem do jej serca.

Marzył o tym.

Tęsknił do niej.

Trzymała go tak.

- Jesteś zmęczony - szeptała w jego włosy - Prowadziłeś całą drogę z Denver, nie spałeś całą noc, a potem byłeś w pracy. Jedź ze mną do domu. Prześpisz się, a jutro dowiemy się co się stało.

- Maggie - wymamrotał - Nie mogę z tobą być. Jestem…

- David - przerwała mu - Wiem kim jesteś i jaki jesteś. Znam cię lepiej niż ty sam. I wiem, że chcesz powiedzieć coś, czego nie będę lubiła słuchać.

Milczał przez chwilę, ale poczuł się taki strasznie zmęczony.

Wręcz wyczerpany.

Dlatego się poddał.

- Dobrze - nadal mamrotał w jej brzuch - Pojadę z tobą do domu.

Odsunęła się na tyle, żeby spojrzeć mu w oczy.

- Okej, chodźmy - powiedziała w końcu, chociaż wyglądała, jakby nie podobało jej się to, co zobaczyła.

Wstał ciężko i niechętnie poszedł za nią.

Nadal sądził, że nie powinien.

Po drodze do samochodu pożegnali się krótko z Filipem, który nie wyglądał na super szczęśliwego, ale przestał wyglądać, jak ktoś, kto zamartwia się na śmierć.

Pojechali jego Grand Cherokee, a przy krawężniku zostawili jej Wranglera, którego Filip obiecał dostarczyć do Maggie.

Powiedział, że da radę.

Oczywiście, że da.

David nadal miał ochotę mu wpieprzyć.

Ale pojechał z Maggie do jej mieszkania.

*****

Maggie

Pół godziny później

Było kilka rzeczy, które musiałam zrobić i nie wiedziałam, co było najważniejsze.

Musieliśmy porozmawiać we dwoje o kilku sprawach.

Osobiście bardzo chciałam dorwać tamtą sukę, która sprawiła, że David się obwiniał.

Nie powiedziałam tego Davidowi, ale Filip powiedział mi o jej krzykach.

Potrzebowałam też informacji od Tracker’a, o co chodzi z tymi rzeczami, które przywieźliśmy z Denver.

Ale najbardziej potrzebowałam chwili spokoju dla Davida.

Dla Davida.

Kiedy dojechaliśmy do mojego mieszkania, ustaliłam sobie w głowie priorytety i zdecydowałam się zacząć od bardzo spóźnionej kolacji.

Było już po ósmej wieczorem, ale mój mężczyzna przez cały dzień się denerwował i mało jadł.

Albo w ogóle nie jadł.

Musiałam o niego zadbać.

Miałam w lodówce naszykowane dzień wcześniej burgery z wołowiny i ser, a w szafce bułki do burgerów, co wymyśliłam, zanim pojechałam do hospicjum, więc podgrzanie wszystkiego na patelni i połączenie w całość z zapiekanym serem było kwestią zaledwie kilku minut.

David był bardzo cichy i łatwo (za łatwo) poddawał się wszystkim moim sugestiom, więc przez ten czas wziął prysznic i przebrał się w czystą koszulkę i spodnie dresowe.

Ale kiedy usiedliśmy przy stole, jadł bez apetytu i był ponury.

Nie lubiłam tej jego bierności, apatii.

Starałam się rozluźnić atmosferę, opowiadałam o wydarzeniach mojego dnia i wspomniałam mu o rozmowie telefonicznej z agentem Tracker’em.

David się zainteresował.

Nareszcie.

Pomyślałam, że może jego dystans i zamknięcie się w sobie podczas naszej podróży wynikały z mojego zamknięcia się w sobie.

I dlatego obszernie opowiedziałam mu o swoich obawach związanych z tymi rzeczami, które wyjęliśmy ze skrytek bankowych.

David przyznał mi rację.

Ulżyło mi, bo rozmawiał ze mną.

Nie wracałam już tego wieczoru do sprawy akcji, a której brał udział David.

Oboje mieliśmy nadmiar emocji.

Namówiłam Davida, żebyśmy się położyli do łóżka.

Sprzątnęliśmy po kolacji, umyliśmy zęby, umyłam i nakremowałam twarz.

I, wbrew swojemu dotychczasowemu zwyczajowi, położyłam się z nim do łóżka w jego koszulce, a nie nago.

Przytulił mnie bardzo blisko, ciasno obejmując mnie ramionami, kiedy położyłam się całym przodem na jego boku.

Trzymałam go za szyję dłonią, głaszcząc kciukiem jego brodę, a potem nie ruszałam się i nie puściłam, dopóki nie poczułam, że jego ciało się rozluźnia i oddech uspokaja, kiedy zasypiał.

Leżałam jeszcze przez kilka minut, zanim dołączyłam do niego.

*****

Pięć godzin później

Obudziłam się gwałtownie z uczuciem zagrożenia.

Całe łóżko podskakiwało.

Poderwałam się i oparłam na przedramieniu natychmiast czujna, bo poczułam, że to David rzuca się nerwowo po łóżku, usłyszałam, że coś mamrocze.

Zawisłam nad nim i zaczęłam gładzić jego brodaty policzek.

Mocno spał.

- David, obudź się… - szeptałam - to ja. Jesteś ze mną. Tu Maggie.

Zobaczyłam, że otworzył oczy i zamrugał.

- To ja, kochanie - szepnęłam jeszcze raz.

Obudził się i gwałtownie wciągnął powietrze, a potem spojrzał na mnie przytomnie i natychmiast wciągnął mnie tak mocno w swoje ramiona, na siebie, że aż pomyślałam, że połamie mi żebra.

- David - wydusiłam z trudem, a kiedy to usłyszał, rozluźnił ramiona, ale mnie nie puścił.

Przyłożyłam obie dłonie do jego twarzy.

Spojrzałam na nią i zobaczyłam, że ma na skroniach kropelki potu, które świadczyły o intensywności przeżywanego przez niego snu.

Ciężko dyszał przez rozchylone wargi.

Pomyślałam, że cierpi.

Chciałam to od niego zabrać.

Ale nie pytać.

Zmienić tor jego myśli.

Zająć go czymś.

Żeby zapomniał.

Pochyliłam się i go pocałowałam, delikatnie muskając jego wargi.

Myślałam o jednej z naszych aktywności, która mogła mu pomóc się zrelaksować.

- David… - szepnęłam centymetr od nich - co mam zrobić.

- Nic, kochanie - odszepnął - po prostu przy mnie poleż.

- Dobrze - szepnęłam znowu, bo nie chciałam naciskać.

Czułam się taka bezradna.

Ale z drugiej strony…

Wiedział, że jestem z nim, wspieram go, a jeśli nie chciał seksu, uważał, że to nie jest dobra pora, to nie powinnam nalegać.

Może ten sen był tak zły, że nie chciał go mieszać z dobrem, jakim były nasze zbliżenia.

Pomyślałam o tym, co mówiła mi Eva, o tym, że powinnam się bardziej postarać, dowiedzieć się więcej o PTSD.

Porozmawiać z Timem.

Położyłam się na jego piersi tak, jak zawsze się kładłam i gładziłam jego włosy na klatce, wodząc opuszkami palców po liniach w jakie się układały.

Czułam jego dłoń na moim nagim biodrze pod koszulką, drugą rękę Davida widziałam w górze, nad jego czołem i było mi źle.

Ale w inny sposób niż poprzedniego dnia rano.

Pomyślałam absurdalnie, a może nie tak głupio, że mój żołnierz jest ranny, a ja muszę mu pomóc wyzdrowieć.

Nie wiedziałam, dlaczego Eva mówiła, że ja jestem jedyną, która to może zrobić, ale wiedziałam, że go kochałam.

Kochałam dobrego, dzielnego, zdolnego do poświęceń żołnierza, który chciał mnie bronić przed wszelkim złem.

A przecież tyle słyszałam o tym, że miłość może uleczyć.

Nawet, jeśli nie miałam w swoim życiu zbyt wiele dobrych przykładów, to wciąż w to wierzyłam.

Kiedy myślałam o tym, a właściwie moje myśli już trochę dryfowały przed snem, usłyszałam, że oddech Davida się uspokaja, opuścił rękę z czoła i położył ją na mojej na jego piersi i jego mięsnie rozluźniły się.

Leżałam jeszcze przez chwilę i poczułam, że powoli zasypiam.

- Kocham cię, Kruszynko - szepnął nagle David, a mnie oddech urwał się i nie miał zamiaru wrócić.

Obudziłam się.

Leżałam obok niego i nie wiedziałam, czy mi się to nie przyśniło.

Mijały minuty, David się stopniowo odprężał, a ja leżałam nieruchomo.

Kocham cię, Kruszynko.

Najpiękniejsze, co mogłam usłyszeć.

Kocham cię, Kruszynko.

Zapatrzyłam się w tablicę na ścianie naprzeciwko mnie i jednocześnie chciałam zapamiętać tę chwilę na zawsze, jak i zapomnieć całe zło ostatnich trzydziestu godzin.

Kocham cię, Kruszynko.

Kocham cię, David - powiedziałam w myślach, ale moich ust nie opuścił nawet szept.

Mój mężczyzna spał.

Ja wkrótce potem też zasnęłam.

*****

David

Trzy godziny później

David obudził się, kiedy budzik Maggie zaczął grać.

Podniosła się i sięgnęła nad nim, żeby go wyłączyć, a potem położyła się z powrotem.

To było dziwne o tyle, że zwykle budził się przed nią, ale nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na ilość bezsennych godzin poprzedniego dnia.

Nie powinien sobie pozwalać na tę słabość, na przebywanie z Maggie, ale nie mógł się opanować.

Uzależnił się od niej.

Przypomniał sobie nocną pobudkę.

Powiedział to.

Czy usłyszała?

Kiedy przechylił głowę na poduszce w jej stronę, ona przekręciła swoją na jego klatce piersiowej i ich oczy spotkały się.

- Dzień dobry, mała - wymruczał.

- Dzień dobry, kochanie - powiedziała cicho.

A potem uniosła się na łokciu, przysunęła bliżej jego twarzy swoje słodkie usta i pocałowała go lekko w brodę.

- Głodny? - zapytała.

Zamierzała zacząć dzień.

Zaopiekować się nim tak, jak on nie umiał zaopiekować się nią.

Jak zaopiekowała się nim poprzedniego wieczoru.

- Za chwilę - wymamrotał, porażony tym, jak bardzo była niesamowita.

Pragnął jej, pożądał jej ciała, ale chciał jej całej, jak ona mu się już oddawała z uczuciem, chociaż nigdy nie powiedziała tego.

Zrobiła to.

Wspięła się tak, że leżała prawie całkiem na nim i przysunęła swoje wargi, by pieścić jego wargi, a potem rozchyliła je, on rozchylił swoje i wsunęła język do jego ust.

Jeśli zamierzała to wziąć od niego, to on nie zamierzał się bronić.

Zamierzał jej to dać i wziąć, co jego.

Zadziwiała go jej odwaga, chęć poznawania.

Przerzuciła nogę nad jego udami, odkryła jego pierś i zaczęła go całować, dotykać i lizać po piersi, a potem coraz niżej do pępka, a następnie w dół do kutasa.

Siedziała na nim okrakiem i poznawała jego skórę.

Kiedy dotarła na sam dół już od dawna był twardy i niecierpliwie drgający w oczekiwaniu na pieszczotę jej języka.

Dłonie Davida nie próżnowały.

Gładził jej ramiona i plecy, trącał jej piersi i muskał opuszkami szyję w miarę, jak schodziła coraz niżej.

A potem zwinął jej włosy w jedną rękę, żeby widzieć jej postępy.

Pozwolił jej robić to, na co miała ochotę i nawet nią nie kierował.

A ona brała.

Zdecydowanie, śmiało dążyła do wypełnienia nim swoich ust i zrobiła to zaraz po tym, jak otoczyła go raz i drugi językiem.

Kurwa, jak wspaniale.

Nie mógł jej pozwolić na zbyt wiele, bo za szybko by skończył i byłaby rozczarowana.

Dał jej o tym znać, delikatnie ciągnąc jej głowę za włosy do góry, a potem całe jej ciało w górę swojego.

Nie zeszła z niego.

Ciągle go okraczała swoimi cudownymi, szczupłymi udami.

Podczas poznawania zsunęła jego spodnie od piżamy, więc miała go nagiego pod sobą, przy swojej niczym nie osłoniętej cipce.

Podniosła się i wsunęła rękę między nich.

A potem David poczuł, jak jego czubek wchodzi w jej ciepłą, wilgotną i gościnną ciasnotę.

Jednocześnie patrzył, jak rozchyliła usta w niemym zachwycie.

Cieszył się, że nie ma nic pomiędzy nimi.

I miał to, co ona brała.

Pieściła go nie tylko cipką.

Dotykała go, gładziła, pieściła dłońmi i językiem.

A potem rozpaliła się i przyspieszyła.

Wtedy David przejął dowodzenie ich ruchami, ale najpierw podniósł się z nią na sobie i ich odwrócił.

Przejął kontrolę.

I zaczął pompować.

Nie przestał, ani nie zwolnił, kiedy wspięła się na swój pierwszy szczyt i krzykiem oznajmiła swoją rozkosz.

Kiedy on doszedł, ona doszła drugi raz i nie było to ani krócej, ani słabiej niż za pierwszym razem.

Ściskała go mocniej.

Jak zawsze wspaniale.

Spektakularne.

Miał ochotę powtarzać jej Kocham cię, Kruszynko, ale stwierdził, że może poczekać i dać jej to jeszcze wiele razy.

Kochał ją i to się nie miało zmienić.

*****

Maggie

Tego dnia w południe

Miałam wyjść z biura, więc wysłałam do Davida SMS’a:

Wychodzę, kochanie

I natychmiast dostałam odpowiedź:

Czekam, mała

Czekał.

Jak dobrze.

Martwiłam się, bo w czasie lunchu mieliśmy pojechać do szpitala, żeby zobaczyć, jak się miewa ten chłopczyk, którego uratował David.

Wcześniej był u mnie agent Tracker i zabrał torbę z rzeczami, które przywieźliśmy z Denver.

Nie chciałam teraz rozmawiać o tym z Davidem.

Umówiliśmy się, ale miałam obawy, czy David nie znajdzie jakiejś wymówki, żeby nie przyjechać.

Przyjechał.

Wyszłam z biura, mówiąc panu D’angelo, że postaram się zdążyć po lunchu, ale żeby się nie martwił, jeślibym miała się spóźnić.

Dotarliśmy, David zaparkował, wysiadłam z Cherokee wprost w jego ramiona po tym, jak otworzył dla mnie drzwi, weszliśmy i znaleźliśmy numer pokoju (z pomocą miłej pani w recepcji).

Wjechaliśmy windą i…

Nie przewidziałam tego, że w szpitalu natkniemy się na tamtą sukę, matkę dziecka, a ona znowu rzuci się na Davida.

David chyba się tego obawiał, bo, jak później sobie uświadomiłam, jechał tam spięty, chociaż nie opierał się, kiedy to zaproponowałam.

Filip wcześniej dostarczył mi do pracy, na moją prośbę, akta tamtego zabitego faceta, bym wiedziała wszystko, czego potrzebowałam, żeby porozmawiać z Davidem.

Kiedy przeczytałam ile razy składała skargi na swojego „ukochanego” męża i ile razy je wycofywała, nie mogłam uwierzyć w jej głupotę.

Idiotka.

Więc, kiedy stanęłam naprzeciwko niej, od pierwszego rzutu okiem, byłam wściekła, jeszcze zanim się odezwała.

Dosłownie wściekła.

Kipiałam z furii.

Ale też od razu dowiedzieliśmy się, że ktoś „uprzejmy” ją poinformował, kto strzelał.

- Co tu robisz, ty morderco? - natychmiast rzuciła się z wrzaskiem na Davida, a on natychmiast zamarł z takim wyrazem twarzy, od którego zrobiło mi się słabo.

Tamta suka miotała się ze słowami Wynoś się, a David złapał mnie za rękę, jakby faktycznie chciał wyjść.

Zaparłam się.

- Pozbawiłeś mojego synka kochającego taty! - wrzeszczała na cały korytarz - Miałby może trochę oparzeń, ale nadal miałby tatusia…

O, nie!

Nie robi tego!

Nie wytrzymałam tych bzdur.

Krew uderzyła mi do głowy.

Zrobiłam krok i pochyliłam się w jej stronę.

Mięśnie mi się napięły, a dłonie zacisnęłam w pięści.

- Zamknij się - głośno warknęłam do niej.

Nie zwracałam uwagi na obecność innych osób na szpitalnym korytarzu, gdzie się znajdowaliśmy.

- Nie wtrącaj się, głupia szmato - odpaliła do mnie i widziałam, jak David spina się, by coś jej odpowiedzieć.

Nie pozwoliłam mu.

- Jak głupia jesteś, żeby wygadywać coś takiego? - zapytałam retorycznie, bo nie zamierzałam czekać na odpowiedź.

- On uratował i ciebie, i twojego syna… - machnęłam przy tym dłonią w stronę Davida - przed losem gorszym niż samotność.

- Nie wtrącaj się! - wrzasnęła ponownie i dodała - Nie wiesz o czym mówisz.

Wiedziałam, więc podzieliłam się z nią tym.

Poczułam, że David staje bardzo blisko mnie i delikatnie obejmuje jednym ramieniem moje żebra pod piersiami.

Wiedział i wspierał mnie.

- O, wiem. Zapewniam cię, że ja wiem - oznajmiłam - Miałam takiego ojca, że lepiej by było, gdybym go nie miała. Było wielką ulgą dla mnie, kiedy wreszcie postanowił opuścić mnie i mamę. Zostałam również poparzona, więc zapewniam cię, że twój syn będzie szczęśliwy, jeśli nie będzie znał tego bólu.

- C-co? - zająknęła się - al-le.. ale przecież… Powiedzieli, że to się da wyleczyć. A mój mąż obiecał…

- Co obiecał? - przerwałam jej - Ile razy obiecał?

- J-ja, nie… - znowu się jąkała.

- Sześć razy wzywałaś do niego policję - wytknęłam jej, wskazując jednocześnie palcem wskazującym na jej nos.

Skrzywiła się i cofnęła głowę.

- Wybił ci ząb - wyliczałam - …połamał żebra, złamał żuchwę, rękę, zgwałcił cię na spółkę z kolegami. A ty za każdym razem wierzyłaś, że się poprawi i wycofywałaś zarzuty?

Zamilkła i było widać, że nie spodziewała się, że tyle o niej wiem.

David też się nie spodziewał i widziałam po tym, jak zesztywniał, że nie wiedział tego o nim.

Mówiłam mu, że powinien się dowiedzieć.

- A na koniec - kontynuowałam - kiedy rzucił waszym miesięcznym synem o ścianę, policję wezwał szpital i wylądował na sześć miesięcy w więzieniu.

- Ale wrócił i obiecał… - szepnęła złamanym głosem.

 - A ty mu uwierzyłaś? - spytałam z sarkazmem w głosie - Znowu? I co, dotrzymał tego?

Kobieta usiadła na krzesełku, które było obok niej i oparła głowę na rękach wspartych o kolana.

Wysunęłam się z objęć Davida.

Podeszłam bliżej do kobiety, ukucnęłam przy niej i zacisnęłam opuszki palców na jej ramieniu.

- Bez niego macie szansę na życie, nie tylko na lepsze życie - powiedziałam do niej cicho, patrząc w jej twarz, szukając jej oczu - Potwór nie żyje. Zacznij żyć dla siebie i swojego syna.

Podniosła do mnie głowę i spojrzała na mnie.

- Ale ja nie potrafię bez niego żyć - szepnęła do mnie.

- Potrafisz - odszepnęłam - Dla twojego synka. Poszukaj pomocy i spróbuj.

Kobieta popatrzyła na mnie z otwartymi ustami, a potem ponownie opuściła głowę w dłonie.

Podeszła do nas jedna z pielęgniarek, jakie zebrały się zaniepokojone awanturą, którą robiłyśmy.

Wyprostowałam się i cofnęłam o krok, a wtedy pielęgniarka niespodziewanie uśmiechnęła się do mnie i uścisnęła mi przedramię.

- Dziękuję - mruknęła do mnie - Mieliśmy z nią kłopoty.

Zamrugałam gwałtownie i dopiero wtedy rozejrzałam się po korytarzu.

Stało tam kilkanaście osób z zadowolonymi minami, które wskazywały, że mają ochotę bić brawo.

David był bardzo zadowolony, a wręcz… dumny.

Ze mnie?

Miałam straszną ochotę się gdzieś schować, ale jedynym miejscem, jakie przyszło mi do głowy była koszulka Davida.

Więc wpadłam na niego i zakopałam się w jego ciele.

Dosłownie.

Poleciałam głową w jego stronę, schowałam twarz w jego klatce piersiowej i trzymałam garściami jego koszulkę na bokach.

- Mała - zawołał David.

- Co? - wypchnęłam z siebie i odchyliłam głowę, żeby na niego spojrzeć.

- Byłaś zajebista - oznajmił.

Ale jego oczy mówiły to, co usłyszałam w nocy Kocham cię, Kruszynko.

- David - szepnęłam z zadowoleniem, ale jednocześnie z jeszcze większym wstydem, bo spodobał mi się ten komplement.

Ale najważniejsze dla mnie było to, że mój mężczyzna najwyraźniej przez mój wybryk poczuł się lepiej.

Przypomniałam sobie wtedy, że mieliśmy zapytać o zdrowie malucha.

Więc zapytaliśmy.

Okazało się, że „da się wyleczyć” dotyczyło tego, że dziecko zostało wcześniej przez „kochającego tatusia” przypalone gorącym żelazkiem.

Biedne maleństwo.

Nie wiedziałam, bo nie zwróciłam na to uwagi, ale znajdowaliśmy się na oddziale, który zajmował się Chirurgią Rekonstrukcyjną i Leczeniem Oparzeń.

Rozejrzałam się.

Nie mieliśmy za dużo czasu, bo musiałam wrócić do pracy po lunchu (na który ostatecznie David kupił mi przy szpitalu kanapkę, którą zjadłam w samochodzie w drodze powrotnej do pracy), więc tylko popatrzyłam co tam robią z bliznami po oparzeniach.

Nigdy się tym nie zainteresowałam.

Nie sądziłam, że można naprawić nawet starą bliznę po oparzeniu.

Widziałam, że David rozglądał się po tym oddziale z równym zainteresowaniem, co ja.

Myśleliśmy o tym samym.

 

8 komentarzy: