niedziela, 6 marca 2022

6 - Dziękuję za…

 

Rozdział 6

Dziękuję za

David

 

 

 

Dwa tygodnie później

David wszedł do niezbyt obszernego, ale jasnego hallu recepcyjnego w Moniker Hospice i pewnym, ale niezbyt spiesznym krokiem skierował się wprost do uśmiechniętej szczupłej kobiety za ladą recepcyjną.

Ostatnie piętnaście minut spędził kręcąc się pozornie bez celu po najbliższej okolicy i obserwując.

Rozmawiał przez telefon z Filipem, zostawił pożyczonego SUV’a przecznicę dalej, ale nadal zachowywał czujność.

Nie mieli ni chuja na pieprzonego Curt’a Murphy’ego.

Cholerny facet był duchem.

Po tamtej akcji, którą David nagrał u Maggie, Benji (który był reporterem - wolnym strzelcem, co David wiedział od niedawna) przyznał mu się do zamontowania kamerki na galerii, która był skierowana na drzwi do mieszkania Evy, ale obejmowała górą schodów i framugę drzwi Maggie.

Miał podobno śledzić Evę, bo chciał napisać o niej reportaż, bo zamarzył mu się materiał na miarę Pulitzera.

Kiedy jednak Benji, z upływem czasu i w miarę zdobywania nowych informacji, poznawał coraz lepiej Evę i jej losy, dowiedział się prawdy o niej z rzetelnych źródeł, a nie z brukowców, zrezygnował.

Dowiedział się, że nie była naciągaczką, jak to przeczytał w pierwszych artykułach, że nie wykorzystała śmierci swoich bliskich do zdobycia fortuny, ale naprawdę bardzo cierpiała, a cholerny szum medialny zniszczył ją i jej życie.

Kamerka została.

Zostało również nagrywanie z niej na twardy dysk komputera Benji’ego.

Davidowi nie podobało się to, że Benji zauważył, że on i Maggie znikali w drzwiach Jimmy’ego, kiedy jego i Evy nie było w domu (co Benji mu powiedział tylko po to, żeby David wiedział, że nie było to całkiem niezauważalne).

Gówno.

Ale Benji, na szczęście, podał ten fakt, ostrzegł Davida, ale tego nie skomentował i dodał wasza sprawa.

I Benji, fartem, miał nagranie faceta włamującego się do Maggie.

Ponieważ nie obserwował kamerki na co dzień, bo nie zbierał już materiałów, więc popieprzone włamanie zauważył niedawno.

Więc, kiedy David prosił o pomoc (a Davidowi w ogóle wcześniej nie przyszło do głowy prosić Benji’ego) i po tym, jak weszli do mieszkania Maggie i Benji zauważył, że David szuka pluskiew z miernikiem fal, Benji pokazał mu nagranie.

I teraz mieli zdjęcie Curt’a.

Kiepskiej jakości, ale prawie od przodu.

Mogli więc zacząć szukać.

Maggie dała mu również kopertę, do której przyrzekł nie zaglądać, więc nie zajrzał, tylko przekazał ją kumplom do zdjęcia odcisków palców.

Mieli i to.

Ale Filip ostatnio przekazał Davidowi, że szukał we wszystkich dostępnych źródłach i nie miał nic.

Mogło to oznaczać, że tamten był tajnym.

Lub gorzej.

Tym bardziej musieli być ostrożni.

Ale Filip nie przestał szukać, bo też był coraz bardziej zdeterminowany i sfrustrowany tą nie rozwiązaną sprawą.

Po rozmowie z Benji’m David zdecydował się na wykorzystanie jego pomocy, co oznaczało, że oprócz tamtej kamerki Benji miał teraz podłączone do swojego komputera jeszcze dwie.

Jedną na parkingu dla gości (ten dla mieszkańców był obserwowane przez wiele osób) i w salonie Maggie (z tej David nie był zbytnio zadowolony, ale zgodził się z jej potrzebą).

Tę w salonie Evy założył znajomy Filipa, który się do niej włamał, więc jeszcze bardziej wkurzył Davida.

I przekaz z kamerek szedł na żywo do furgonetki, którą ustawiali na noc na parkingu obok sąsiadującego kompleksu.

Więc Maggie miała ochronę.

Ale nie widział jej, nie dotykał już dwa tygodnie.

Dwa pieprzone tygodnie.

Musiał ją zobaczyć, zabrać do swojego domu chociaż na godzinę, potrzymać na kolanach, poczuć jej zapach, usłyszeć jej głos.

Magdalene O’shea.

Nawet nazwisko miała delikatne.

Po prostu musiał.

Sympatyczna pani w recepcji hospicjum nie miała nic przeciwko temu, by wzszedł na piętro, a nawet podała mu numer sali.

Hospicjum opierało się w swojej pracy na wolontariuszach i siostrach zakonnych, więc było otwarte dla wchodzących.

Zwłaszcza, jeśli znałeś zasady wolontariatu.

David wszedł na piętro, znalazł odpowiedni kierunek i szedł powoli w kierunku sali, w której leżała mama Maggie.

Ciągle rozglądał się, udając, że szuka kogoś, bo sprawdzał, czy nie ma nikogo niepokojącego w zasięgu wzroku, ale nadal nie mógł być pewien, czy dobrze robi.

Podchodząc do drzwi właściwej sali usłyszał gderliwy, jazgotliwy głos kobiety, która, sądząc po tekście, była pieprzoną suką.

- Ruszaj się ty, głupia niezdaro, bo mi zimno. Co za ślamazarna idiotka. Zostaw tę pieprzoną staruchę i zajmij się własną cholerną matką.

- Maggie… - David aż szarpnął się i stanął jak wryty, kiedy usłyszał to imię wypowiedziane cichym, delikatnym, drżącym z wysiłku głosem - …kochanie, idź do niej. Ja sobie poradzę.

- Zaraz, pani Smith - Maggie przemówiła łagodnym głosem - tylko zabiorę tę brudną poszewkę.

David usłyszał westchnienie pełne bólu, drugie pełne wysiłku i ponownie tamten pierwszy głos.

- Zostaw, kretynko, tamtą głupią staruchę. Kurwa, jesteś taka głupia, że nie widzisz, że zdycha?

Jezu Chryste!

To była jej matka?

David zawahał się, po czym cofnął się od drzwi ze ściśniętym żołądkiem.

Maggie nie chciałaby, żeby wiedział, żeby słyszał to popieprzenie, że dowiedział się, jak bardzo porąbana była jej matka.

Niezależnie od tego, jak bardzo chciał ją przed tym chronić, przed jej własną matką, nie powinien tego robić, nie powinna wiedzieć, że on wiedział.

To mogłoby ją upokorzyć.

Zasmucić.

Postanowił odsunąć się od drzwi i poczekać.

Dać jej czas.

David przeszedł do fotela stojącego w korytarzu i sięgnął po leżącą tam gazetę.

Starszy pan, siedzący na drugim fotelu, obok tego, na którym usiadł David, spojrzał na niego i uśmiechnął się delikatnie.

- Czy mógłby pan mi to przeczytać? - zapytał podając drżącą ręką wycinek z gazety, który był pożółkły i przetarty.

David to znał.

Widział to już.

Prawdopodobnie starszy pan znał ten wycinek na pamięć.

I tak zaczął mu go czytać wolno, cichym głosem, starannie i wyraźnie wymawiając każde słowo.

Kiedy skończył poczuł ją za swoimi plecami.

Jej zapach i ciepło.

Podał wycinek staruszkowi, uśmiechając się delikatnie, przyjął wdzięczny wzrok tamtego, wstał i odwrócił się.

- Hej, David - szepnęła ciepło i odchyliła głowę, by patrzeć na niego.

- Hej, Maggie - odszepnął, patrząc wprost w jej jasno niebieskie oczy.

Chryste, jakie piękne.

Skinął głową w bok i zabrał ich na koniec korytarza, gdzie było nieco ciemniej, było już po zmierzchu.

- Coś się stało? - spytała go, ale bez paniki w głosie.

- Nie - przyznał się do swojej słabości - po prostu chciałem cię zobaczyć.

- Och - szepnęła i ciepło jej spojrzenia było prawie wyczuwalne.

- Co tam masz? - zapytał kiwając głową w kierunku torby, którą trzymała w prawej ręce.

- Brudną pościel do prania - odpowiedziała i spojrzała na dół.

- Zanieś ją do swojego Jeepa - rozkazał - …i włóż tam swój telefon. Potem wróć do hospicjum.

- David - zobaczył, że zamrugała szybko z zaskoczenia - ale…

- Pojedziemy do mnie - mruknął ją i, cholera, tak bardzo chciał ją dotknąć, objąć przynajmniej za szyję.

Uspokoić.

Ale nie potrzebowała tego.

Wyprostowała się, skinęła głową i zobaczył jej jasny, promienny uśmiech.

Kurwa, chciała tego.

Tak!

Odwróciła się i prawie pobiegła do schodów.

Przed chwilą znosiła gówno od swojej matki, prawdopodobnie znosiła takie gówno od swojej cholernej matki codziennie, kiedy tu bywała, a potem uśmiechnęła się do niego.

Poszedł powoli za nią do schodów, a potem na dół, stanął w kącie prawie pustym, niewielkim hallu recepcji i poczekał.

Kiedy wracała, pokazał jej się, skinął na nią głową i poszedł w stronę, wypatrzonego przez niego wcześniej, korytarzyka, który prowadził do wyjścia ewakuacyjnego.

Poszła za nim.

Przeszli na tyły hospicjum, do drugiego wyjścia, które było otwarte, bo wychodziło na mieszkania sióstr zakonnych.

Tuż za progiem narzucił na nią starą, wojskową pelerynę, którą miał cały czas zwiniętą pod pachą, objął ją ramieniem i poprowadził do pożyczonego od kumpli starego SUV’a.

Pojechali na zatłoczony parking przy niezbyt odległym Wallmarcie, przesiedli się do jego Grand Cherokee i pojechali wprost do jego domu, z Maggie na siedzeniu pasażera.

Wjechał do garażu prawie się nie zatrzymując, skoro znał co do sekundy czas otwierania się automatycznej bramy garażowej.

Nie pozwolił Maggie wysiąść, kiedy brama się zamykała.

Wysiadł pierwszy, przeszedł do jej drzwi i wyciągnął ją z SUV’a.

Nareszcie.

Maggie w jego domu.

W jego objęciach.

Wypełniony tym szybko schylił się i bez ostrzeżenia podciął jedną ręką jej kolana, jednocześnie drugą owijając jej plecy.

Pisnęła cicho, ale radośnie, kiedy wylądowała w jego ramionach.

Podniósł ją i popatrzył w jej śmiejące się oczy.

Tak.

Miał ją znowu blisko, taką ciepłą, uśmiechającą się do niego, w jego ramionach, w jego domu, więc zaniósł ją na swoją kanapę, usiadł i ułożył na swoich kolanach.

Przez chwilę po prostu tak byli.

Przyciskał nos do jej włosów.

Opierała głowę na jego piersi, kiedy mruknął cicho, bo zmartwił się, że właśnie wyszła od swojej mamy.

- Kawy? Głodna?

Przesunęła głowę na jego piersi tak, że wiedział, że patrzyła na niego, więc opuścił brodę i spojrzał na nią przez sekundę.

- Czegoś potrzebujesz? - dodał.

Zagryzła wargi, jakby nie chciała czegoś powiedzieć i, pieprzyć go, David miał cholerną nadzieję, że było to tylko ciebie.

Ale nic nie powiedziała.

Jej odpowiedź była taka, jaką lubił, ale niewerbalna.

Po prostu przycisnęła ucho z powrotem do jego piersi.

Obejmował jednym ramieniem jej ramiona i dłoń trzymał na jej udzie, a drugą ręką gładził jaj włosy, odsuwając je od jej policzka i przytulając jej głowę bardziej do swojej piersi.

Nie chciał tego przerywać, ale musiał.

Musiał jej powiedzieć.

- Przykro mi Maggie - zaczął.

Spięła się na jego kolanach.

- Nie mamy go - kontynuował cichym głosem, bo, nawet jeśli chciał tak trwać, musieli omówić te sprawy - Jego odciski nas nie doprowadziły do niego i nie wiemy dlaczego.

- Ale… - zaczęła i poczuł, że znowu patrzy na niego i że spięła się nawet bardziej niż poprzednio.

Uścisnął ją lekko.

- Nie martw się - zapewnił ją - …po prostu nadal musimy być ostrożni.

- Dobrze - westchnęła i przyłożyła głowę do jego klatki.

David miał coś jeszcze, czego chciał od Maggie, a nie był pewien, jak ona na to zareaguje.

- Kruszynko… - zaczął niepewnie i sięgnął do tylnej kieszeni swoich dżinsów - mam coś dla ciebie.

- Co? - szepnęła Maggie z niepokojem, który mógł być reakcją na jego niepewność.

- Chcę, żebyś to nosiła przy sobie - powiedział i pokazał jej małe urządzenie, które pożyczył od Filipa - Zawsze miej to w kieszeni. Najlepiej w ręce, ale przynajmniej przy sobie.

- Co to? - Maggie podniosła się lekko i wyprostowała, by sięgnąć to spomiędzy jego palców.

- To przenośny mini lokalizator GPS z funkcją przycisku paniki - wyjaśnił pokazując jej okrągły przycisk na prostokątnym pudełeczku, które mieściło jej się w dłoni jak duży brelok.

Było czarne, nie rzucało się w oczy, a jego funkcja dla niezorientowanych nie była oczywista.

- Przez 30 dni może działać bez ładowania, a ładuje się z komputera lub przez ten zasilacz z sieci - pokazywał i dał jej zasilacz i kabel - Będę cię mógł namierzał i będziesz mogła nacisnąć ten przycisk w razie zagrożenia, żebym mógł szybko ci przyjść z pomocą.

- Och - szepnęła.

Urocza.

- Chciałbym, żeby to się dla ciebie skończyło - mruknął znowu po chwili - Żebyś mogła żyć swoim życiem bez tego dupka zagrażającego ci na co dzień.

Podniosła głowę, ale tym razem wsunęła również dłoń na jego szczękę, pogłaskała jego brodę, a potem ujęła ją i nacisnęła tak, że domyślił się czego chciała.

Więc dał jej to.

Z radością.

Pochylił się i pocałował ją.

Pierwszy raz ją całował i było to delikatne; początkowo jak muskanie warg skrzydłami motyla, aż czuł łaskotanie.

Potem jednak nie wytrzymał presji, jęknął i przyciągnął jej głowę ręką pod jej włosami do swojej twarzy, by wziąć jej usta w mocniejszym pocałunku, a ona, po pierwszym napięciu mięśni, dała mu to.

Kurwa, musiał to przerwać.

Kurwa.

Musiał przestać, bo chciał więcej, a nie chciał jej przestraszyć.

Poza tym nie mieli czasu.

Na to, co chciał z nią robić potrzebowaliby czasu na rozmowę, pieszczoty, a potem długie przebywanie w łóżku, gdzie miałby ją znowu i znowu.

Więc zaczął się delikatnie odsuwać.

Przycisnęła czoło do jego szczęki, dłoń do jego policzka i poczuł, że drży, ciężko oddycha i, pieprzyć go, tak, ona też chciała więcej.

- Kruszynko… - szepnął, ale nie dodał nic więcej.

- Wiem - odszepnęła.

Wciągnęła powietrze tak długo i urywanie, że myślał, że się rozpadnie, jak wtedy, kiedy dowiedziała się o Evie.

A potem uspokoiła się, przytuliła głowę z powrotem do jego piersi i odprężyła się.

Jego Maggie.

Jego dzielna dziewczynka.

Potem tak siedzieli.

W milczeniu chłonąc swoją obecność.

David to lubił.

Nie lubił dużo mówić i cieszył się, że Maggie też, nawet jak wiedział, że powinien jej więcej wyjaśnić.

Będzie na to czas.

Kiedy niedługo później musieli jechać z powrotem do hospicjum była już całkowicie spokojna, skupiona i wstała z jego kolan bez wahania.

Spakowała zasilacz do torebki, a przycisk włożyła do kieszeni kurtki.

Podszedł do niej.

- Dziękuję, David - szepnęła, odchylając głowę, żeby spojrzeć w jego twarz.

Objął ją ramieniem i zaprowadził ich oboje do drzwi do garażu.

- Moja przyjemność - powiedział, patrząc w jej jasno niebieskie oczy, i dokładnie tak myślał.

Wiedział, że było to egoistyczne, że ją mógł narazić, ale po prostu musiał ją zobaczyć i przytulić.

Wsiedli do jego SUV’a, zawiózł ich na parking koło Walmartu, przesiedli się do pożyczonego samochodu, pojechali na tyły hospicjum i przez cały czas milczeli.

Ale tym razem David wyciągnął rękę w jej stronę, a ona natychmiast dała mu swoją, więc trzymał ją w swoich zaciśniętych palcach, jak długo mógł.

A potem musieli się rozstać.

Kiedy dochodzili do drzwi ewakuacyjnych hospicjum David zatrzymał się i zatrzymał ją z sobą, pociągając ją lekko za przedramię w kierunku małej, ciemnej wnęki, która tam była.

Pochylił się i musnął jej usta, a kiedy się odsunął, Maggie pozostała przez chwilę z odchyloną głową, patrząc na niego w taki sposób, że miał ochotę zostać z nią, albo przynajmniej zabutelkować tę chwilę jak najlepsze wino, na wiele lat.

Albo wsunąć ją między kartki notesu, by wyjmować, kiedy będzie za nią tak tęsknił, jak przez ostatnie dwa tygodnie.

Niestety, musiał jej pozwolić odejść.

*****

Maggie

Siedziałam na mojej kanapie przed telewizorem i przewijałam SMS-y od Davida na moim bezpiecznym telefonie.

Mam dzisiaj dyżur przy tobie

Kiedy David napisał mi dwa tygodnie temu, że, nie pytając mnie, założył kamerkę w moim salonie i obserwuje mnie, kiedy siedzę na kanapie, najpierw się zdenerwowałam.

Potem jednak mi się to spodobało.

Zawsze pisał mi, kiedy to on miał dyżur w furgonetce obserwującej podgląd z kamer, więc siadałam wtedy na kanapie, włączałam film i udawałam przed sobą, że jestem z Davidem, przytulając do policzka poduszkę.

Ja:

Przytulam się do ciebie

Tak, tak mu kiedyś napisałam, więc teraz wiedział.

On:

Moja klatka jest taka miękka?

Nie była i dobrze o tym wiedział, więc nie musiałam odpowiadać.

Uśmiechnęłam się do tego.

On:

Lubię twój uśmiech

Spojrzałam, nieco świrując, w stronę telewizora, gdzie gdzieś-tam była kamerka i czułam, jak mój uśmiech umiera.

On:

Mała

O, Panie!

Prawie usłyszałam jego łagodny głos, więc uśmiechnęłam się łagodnie i przechyliłam głowę, jakby pogłaskał mnie właśnie po szyi.

On:

Tak właśnie

Ja:

Muszę iść spać

On:

Dobranoc, Kruszynko

To było takie słodkie.

Ja:

Dobranoc

Kiedy David pojawił się tego dnia w hospicjum, najpierw nieco się zdenerwowałam, że mógł usłyszeć ten koncert, jaki dawała moja mama.

Tego dnia pokazywała swoje humorki jeszcze bardziej brudno, niż zwykle.

Myślałam, że to może przez to, że się gorzej czuła, ale pani Smith była coraz słabsza, a przez to wymiotowała i załatwiała się do łóżka bez nikogo bliskiego, kto by się nią zajął.

Musiałam zmienić jej pościel.

A mama szalała ze złości i pokazywała to bardzo głośno i wulgarnie.

Na szczęście David został zajęty przez Johna, który każdemu już kazał przeczytać ten wycinek o jego synu, który zginął ratując turystów spod lawiny.

Kiedy podchodząc słyszałam głos Davida, czytającego tak starannie i powoli wytarty i pożółkły, jak wiedziałam, wycinek, dając starszemu panu to, co było dla niego najcenniejsze na świecie w sposób, dzięki któremu sądził, że dla Davida też jest to najcenniejsze na świecie…

Och!

Wiedziałam, że David jest najwspanialszy, ale właśnie mi udowodnił, jak bardzo.

Więc kiedy zabrał mnie do swojego domu, byłam gotowa dać mu wszystko, o co by poprosił.

I czułam się trochę rozczarowana, że poprosił o tak mało.

Tym bardziej, że to było nawet bardziej dobre dla mnie, niż mogłoby kiedykolwiek być dla niego.

Ten pocałunek, to przytulenie, to jak mnie niósł niczym najcenniejszą, najbardziej kruchą rzecz w jego życiu, było czymś, czego nigdy nie zapomnę.

Kiedy o tym myślałam, mój bezpieczny telefon zawarczał nową wiadomością:

Dzisiaj ja cię pilnuję

Podniosłam oczy na kamerkę przy telewizorze (nawet jeśli nadal nie byłam pewna, gdzie ona jest) i uśmiechnęłam się.

Mój stary telefon zawarczał wiadomością i sięgnęłam po niego niechętnie:

Jesteś moja

Pamiętaj

Podniosłam oczy na telewizor z przerażeniem, z trudem przełykając ślinę, po czym na bezpieczny telefon dostałam:

Co?

Odpisałam

To on

Natychmiast dostałam:

Jestem tutaj

On nie wejdzie

Nie bój się

Odpisałam:

Dobrze, David

Ale nie czułam się dobrze.

Dostałam:

Maggie, jestem tutaj

A zaraz potem:

Czy mam do ciebie pójść?

Przestraszyłam się tak bardzo, że wręcz czułam przerażenie.

Nie mogłam pozwolić na to, żeby David się ujawnił, żeby naraził się na niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że ja głupio i nieracjonalnie bałam się SMS’a.

Zaczęłam oddychać miarowo, powtarzając w pamięci tabliczkę mnożenia i patrzyłam wprost w telewizor.

Potem napisałam

Nie, dzięki

Już dobrze

A potem dodałam, by wiedział, że naprawdę jest dobrze

Zamierzam obejrzeć po raz 100

Buntownika Z Wyboru

Dostałam niedługo potem:

Klasyka zawsze dobra

Ale może masz coś nowszego?

Pomyślałam i odpisałam:

Właściwie to mam

Człowieka, Który Poznał Nieskończoność

A potem dodałam:

To oglądałam zaledwie trzy razy

Odpisał mi:

To dobrze, może jeszcze nie znasz na pamięć

Więc mu odpisałam

Może znam, ale najwyżej zasnę przy nim

Dostałam od niego

Może lepiej

Będziesz spała na kanapie,

To będę cię widział

Uśmiech, który mi po tym wypłynął na usta był łagodny i ciepły, bo nie pomyślałam o tym nigdy dotąd.

Napisałam więc

Okej, więc idę po kołdrę i poduszkę

Poszłam do sypialni, przebrałam się w moją flanelową piżamę (i natychmiast pożałowałam, że nie mam czegoś ładniejszego), zabrałam stamtąd kołdrę i poduszkę i wróciłam do salonu.

Umościłam się na kanapie i włączyłam film.

Dostałam jeszcze

Dobranoc mała

I odpisałam

Dobranoc David

A potem, niedługo po napisach początkowych, zasnęłam pilnowana przez mojego bardzo prywatnego ochroniarza.

*****

David

Po północy David wpuścił tylnymi drzwiami do furgonetki jednego z kumpli Filipa, który przyszedł go zmienić, przekazał mu informacje (czyli nic) i wyszedł przednimi drzwiami od strony kierowcy, które były przy ścianie budynku.

Poszedł do, stojącego ulicę dalej, swojego Grand Cherokee, wsiadł i pojechał do domu, cały czas będąc czujnym i sprawdzając czy nikt go nie śledzi.

Położył się do łóżka, myśląc o tym, że Maggie zasnęła na kanapie przed telewizorem, bo była uspokojona tym, że on pilnował jej bezpieczeństwa.

I to było dobre.

Następnego dnia miał dyżur w remizie od rana, więc był zajęty aż do szóstej po południu.

Po siódmej rano dostał od Maggie:

Dzień dobry

Więc odpowiedział:

Dzień dobry

Jestem w pracy

Na co odpowiedziała dopiero po chwili

Och

Och?

Jaka słodka.

Uśmiechnął się, schował telefon i wrócił do pracy.

Przed piątą po południu dostał SMS’a od Filipa z zakodowaną wiadomością o spotkaniu po siódmej w ich umówionym miejscu.

Nie podobało mu się to głównie dlatego, że wiadomość była tak zakodowana, że wskazywała na obecność trzeciej osoby i pieprzoną konieczność spotkania w drugim stopniu utajnienia (żeby nie ujawniać pierwszego).

Gówno.

Coś się działo i David nie wiedział, czy to dobrze.

Chociaż tak cholernie długo nic się nie działo, że cokolwiek mogło być lepsze, niż nic.

O siódmej, po przebraniu się i kolacji, zostawił SUV’a kilka przecznic dalej, kluczył po ulicach, żeby zgubić ewentualny ogon i przechodził kolejnymi przepustami do ich kryjówki.

Wszedł, zobaczył Filipa i drugiego faceta, który wyglądał niepozornie, ale Davidowi po jednym spojrzeniu na niego od razu ścierpła skóra.

Kurwa.

Poczuł dokładnie to samo swędzenie karku, które zawsze ostrzegało go przed niebezpieczeństwem.

Facet był niezbyt wysoki, ciemnowłosy, ciemnooki, wyluzowany, ale patrzył na wchodzącego Davida czujnie i inteligentnie.

Wyglądał, jak czający się kot.

David nigdy, ani za cholerę, nie był skłonny do pochopnego, przedwczesnego niedoceniania przeciwnika.

Podskórnie czuł, że tego nie mógłby nigdy przecenić.

David skinął głową na powitanie.

- Yo - mruknął Filip - to agent specjalny Wiliam Tracker. Jest zaineresowany Curt’em Murphy’m.

Kurwa.

FBI.

Facet skinął z daleka głową w kierunku Davida, a, ponieważ Filip nie powiedział nic więcej, David wiedział, że Filip przedstawił go wcześniej.

Gówno.

Mógł zaufać kumplowi, zawsze kryli się wzajemnie, więc i tym razem nie ujawnił swoich obaw co do obcego.

- Wprowadzenie - powiedział cicho tamten, podchodząc powoli do zakurzonego stołu, który stał po środku pomieszczenia.

David spostrzegł na nim kilka teczek z papierami, których bez wątpienia wcześniej tam nie było.

- Filip szukał faceta po odciskach palców i zdjęciach - powiedział agent coś, co David i Filip doskonale wiedzieli - Zainteresował nas, bo my też się interesujemy tym popierdolcem.

Tracker wziął do ręki jedną z teczek i rzucił na stół przed Davidem wyjęte z niej zdjęcia.

Ze stołu wzbił się kurz, ale David i tak podszedł bliżej, bo to właśnie chcieli wiedzieć od tygodni.

Dokładnie tego szukali.

Zdjęcia przedstawiały Curt’a Murphy’ego w różnych sytuacjach, ubraniach i fryzurach.

Czasem trudnego do rozpoznania.

- Znany wam jako Curt Murphy - rzeczowo kontynuował tamten - Jego prawdziwe nazwisko to Seamus Mcmalony, jest terrorystą z IRA. Po powstaniu Irlandii Północnej i rozbrojeniu Real IRA w 2005, jak wielu jej działaczy ukrył się na terenie Stanów. Problemem jest to, że jest szaleńcem. Sprytnym rodzajem szaleńca.

Kurwa.

Davidowi ścierpła skóra.

Maggie!

Tracker wziął do ręki drugą, dużo grubszą, teczkę.

- Znany jest pod ksywką Burner, bo lubi przypalać swoje ofiary - ciągnął, wyjmując drugi plik zdjęć i rzucając je przed Davidem - Bierze na cel młode, nieśmiałe kobiety i uwodzi je, mieszka u nich, a potem traktuje je, jak domniemanych wrogów politycznych.

David wiele widział na swoich misjach, wiele słyszał od ofiar, ale to było coś odrażającego.

Najbardziej dlatego, że nie były to ofiary wojny.

Kobiety, wiele kobiet, i mężczyźni.

Żywi i martwi.

W różnym wieku.

W domach, szpitalach, barach…

Dziesiątki.

- Chcemy go dopaść - zakończył Tracker.

- David - odezwał się Filip.

David podniósł głowę i zobaczył, że kumpel stoi blisko, trzymając w dłoni białą kopertę od Maggie, którą David dał mu kilka tygodni temu.

- Wiem, że ją lubisz - zaczął cichym, poważnym głosem i Davidowi skóra już nie cierpła, ale piekła go, jakby to on był przypalany - Wiem, że jej obiecałeś, że nie będziesz tego oglądał, ale musisz, stary. Po prostu musisz.

Filip tak powiedział, ale nie dał Davidowi koperty.

- Obiecaj… - Filip zawahał się, a David miał ochotę coś rozwalić, bo to było po raz pierwszy, odkąd go znał - Obiecaj, że będziesz się trzymał.

Kurwa!!!

Nawet nie oglądając tego, David miał ochotę kogoś zabić.

Wziął jednak z rąk kumpla kopertę i wyjął z niej zdjęcia.

Duże, wywołane w formacie A4, nawet czarno białe, nadal powodowały oparzenia gardła i ból w piersiach.

Nie drgnął.

Jego mała, krucha Maggie pobita tak, że jej twarz była spuchnięta i czerwona, a jej oczy zamienione w wąskie szparki.

Ręce miała związane nad głową, leżała na łóżku, a jej piersi były obnażone.

Na kolejnym zdjęciu…

Chryste Wszechmogący…

Chryste Wszechmogący!

David usłyszał własny oddech, zamieniony w chrapliwe rzężenie.

Rzucił zdjęcia na stół i zatoczył się do okna.

- David! - warknął Filip.

David przez dwie sekundy słyszał dzwonienie w uszach, ale wiedział, że musi się pozbierać.

- Już dobrze - wypchnął zbierając swoje gówno do kupy.

Uspokajał oddech, wyprostował się i spojrzał ponuro na Tracker’a.

- Chcę go dopaść - powiedział niskim głosem.

- Okej - mruknął tamten.

Obserwował Davida przez kilka uderzeń serca, a potem zgarnął papiery i odczekał, aż David i Filip przybliżą się do stołu, żeby ustalić plan działania.

*****

Maggie

Trzy tygodnie później

Siedziałam w swoim salonie skulona na swojej kanapie z kolanami ściśniętymi przy piersiach i pięty opierając o siedzenie.

Przeglądałam SMS-y od Davida.

Stare, bo nowych prawie nie miałam.

Spojrzałam w stronę telewizora, nie znalazłam wzrokiem kamerki, która gdzieś tam była, więc wstałam i poszłam do sypialni.

Sama.

Jak zwykle.

W ostatnią sobotę byłam u Evy na kawie i ciastkach, żeby poplotkować z dziewczynami, ale nie przyniosło mi to ulgi.

Tyle, że dowiedziałam się, że Jimmy ma dzisiejszą noc wolną, co oznaczało, że David też nie pracuje.

Ponieważ już dawno przestał mi przesyłać informacji typu „w pracy” lub „jadę do domu”, więc ja jemu też nic nie wysyłałam.

Wiedziałam, o co chodziło, co się stało.

A przynajmniej domyślałam się tego.

Miał dosyć czekania i, jako człowiek czynu, ruszył robić coś innego.

Ratować kogoś innego.

Albo.

W końcu zobaczył te zdjęcia i już wiedział, czego może się spodziewać.

Więc dał sobie spokój.

To było o wiele lepiej, niż gdyby stracił opanowanie i dał się ponieść żądzy zemsty spowodowanej tym, że nie mógł mnie obronić.

Bo wtedy mógłby wylądować w niemiłym miejscu, a ja nie byłam tego warta, więc tak było naprawdę lepiej.

Ale po tych kilku dniach, czułam, że Pan, który, jak kiedyś mi powiedziała babcia, był podobno gdzieś tam na wysokościach, był nieco złośliwy.

Magnus miał bowiem nowego partnera, Gabriela, i był szczęśliwy, co mnie cieszyło, ale przez to nie miał dla mnie czasu.

Dzwonił tylko sporadycznie i rozmawialiśmy bardzo krótko.

Pani Smith zmarła, a pan D’angelo najpierw obiecał mi wolne godziny, bym mogła jechać na pogrzeb, a potem przekazał mi ważnego klienta, który wymagał rozliczeń finansowych na ten właśnie dzień.

Więc nie pojechałam.

Nie mówiąc o tym, że bardzo ją polubiłam i było mi smutno z jej powodu.

Alice się wyprowadziła z Eddiem i Bertem do nowego domu, który był niby tylko kilka kwartałów dalej, ale ja nie miałam czasu, by ją widywać, a jej mieszkanie stało puste.

Eva z Jimmy’m wyprowadziła się do większego apartamentu niby tylko do sąsiedniego kondominium, ale była ciągle zajęta, bo mieszkał z nimi Matt, wnuk Jimmy’ego i woziła go na treningi, wycieczki i zajęcia w szkole.

W naszym kompleksie mieszkało kilka nowych osób, których nie miałam czasu ani ochoty poznawać.

A David zniknął.

Więc posmakowałam czegoś dobrego, czego chociaż trochę mogłabym mieć w życiu, a teraz była znowu sama.

Czułam to dużo mocniej niż wcześniej.

Sama.

Położyłam się skulona na łóżku, przycisnęła poduszkę do brzucha i leżałam bezsennie wpatrzona w tablicę z niedokończonym równaniem.

Od kilku dni nie sypiałam.

Równania mnie nie uspokajały.

Zdjęcia, które ciągle pojawiały się w mojej poczcie lub pod drzwiami, oczywiście nie poprawiały mojego samopoczucia.

Chociaż na nie zobojętniałam.

Tak jakby.

Kiedy dziewczyny gadały podczas naszego spotkania, właściwie się wyłączyłam, bo rozmawiały o Thanksgiving, a ja nie chciałam o tym myśleć.

Nigdy nie obchodziliśmy tego święta.

Nigdy nie obchodziliśmy żadnego święta w moim domu, a Curt był Irlandczykiem i nie uznawał, jak to nazywał, „nowomodnych wymysłów”.

Więc siedziałam z nimi, niby słuchałam o metodach uzyskania najbardziej soczystego indyka z najbardziej chrupiącą skórką, ale nie myślałam o niczym.

Jak zawsze nie myślałam o niczym.

Nie było mnie.

Byłam niewidzialna.

Ale to już nie było dobre.

*****

Następnego dnia rano

Wstałam jak zwykle, ubrałam się ponownie w moją czarną spódnicę i szarą bluzkę w duże, białe kropki, z długimi rękawami i wiązaną w luźną kokardę pod szyją.

Była druga połowa listopada i było naprawdę zimno, więc chodziłam do pracy w botkach do kostek i rajstopach, a na bluzki wkładałam swetry.

Założyłam długi, puchaty płaszcz (w którego kieszeni, jak upewniłam się, miałam przycisk paniki), czapkę i szalik, wzięłam torebkę i rękawiczki do ręki i poszłam do drzwi.

Stałam na galerii i zamykałam je na klucz, kiedy najpierw usłyszałam, a potem zobaczyłam wchodzącego po schodach Benji’ego.

Przez ostatnie dwa tygodnie nie widziałam go ani razu i pomyślałam, że wyjechał.

Uśmiechnął się do mnie delikatnie, ale popatrzył na mnie takim uważnym wzrokiem, że się speszyłam.

Pamiętałam, że to on wygrzebał te informacje o Evie i nie chciałam, żeby wiedział zbyt wiele o mnie.

- Hej, Maggie - przywitał się.

- Hej, Benji - odpowiedziałam cicho i poszłam w kierunku schodów.

Czułam, że patrzył za mną, ale nie powiedział ani słowa i nie zatrzymał mnie, więc poszłam do mojego Jeepa.

Jeździłam do pracy nawet dłużej niż wcześniej, bo nie byłam pewna opon w moim samochodzie, a na drodze bywało ślisko z ciągle padającym śniegiem.

Tego dnia jednak zdarzyło się coś dziwnego.

Na zjeździe z autostrady zajechał mi drogę jakiś pickup.

Zahamowałam ostro, nie myśląc o konsekwencjach.

A mój stary, zdezelowany, na zdartych oponach, Wrangler zareagował, jakby odmłodniał o dziesięć lat.

Z werwą i posłusznie.

Oszołomiona i roztrzęsiona dojechałam na parking przy pracy, wysiadłam, obeszłam mojego staruszka i, ze zdziwieniem, zobaczyłam na jego oponach wyraźne bieżniki.

O Panie!

A to skąd się tam wzięło?

Wiosną, jak pamiętałam wyraźnie, opony mojego Jeepa były gładkie, jak przysłowiowa pupcia niemowlęcia.

Przez jakiś czas zbierałam pieniądze na kupno nowych i ich wymianę, ale potem przyszła choroba mamy i to minęło.

Nie miałam pomysłu skąd by to się mogło wziąć.

Może Eva?

Ale kiedy?

Zabrałam swoją torebkę z siedzenia pasażera, zamknęłam samochód i poszłam do swojego biura.

*****

Sześć godzin później

- Maggie, czy mogę cię prosić na parę minut? - powiedział pan D’angelo, stając w drzwiach mojego biura, co było o tyle dziwne, że mógł zadzwonić i natychmiast poszłabym do jego biura, gdyby mnie potrzebował.

- Oczywiście - odparłam, podnosząc się i poprawiając spódnicę na biodrach.

Okrążyłam swoje biurko i wyszłam z biura, a pan D’angelo poprzedzał mnie w drodze do schodów.

Dziwne.

Szłam za nim, nie zastanawiając się i nie zwracając uwagi na spojrzenia pracowników, którzy siedzieli przy swoich biurkach w boksach w głównym pomieszczeniu.

Poszliśmy w kierunku korytarza, a potem schodów awaryjnych i zeszliśmy na parter, gdzie było małe pomieszczenie gospodarcze.

Pan D’angelo przepuścił mnie pierwszą, dając mi do ręki jakąś teczkę z dokumentami, ale potem bez słowa cofnął się i zamknął za mną drzwi.

Odwróciłam się i zaparło mi dech w piersi.

Stał tam David.

Ubrany w czarną, skórzaną kurtkę, czarne spodnie i buty, z czarną czapką naciągniętą na czoło.

- Maggie… - zaczął.

Nie.

To się nie działo.

Nie mogłam znieść więcej.

Odwróciłam się, ruszyłam w kierunku drzwi i wyciągnęłam rękę, żeby złapać za klamkę.

Znalazł się tam przede mną i przytrzymał drzwi ręką.

Pozbierałam wszystkie kawałki siebie… znowu… i nie mogłam pozwolić mu wejść w moje życie … znowu… bo tym razem pogubiłabym się, gdyby się z niego wycofał.

Musiałam być silna.

Stałam przy drzwiach oddychając w miarę spokojnie, chociaż mogło to brzmieć, jak spazmatyczne dyszenie, oparta czołem o drzwi i czując jego ciepłe ciało za moimi placami.

- Kruszynko… - zaczął delikatnie, a ja zacisnęłam zęby, bo właśnie wtedy drugi raz w życiu poczułam łzy zbierające się w tyle moich oczu.

Nie, nie, nie.

- Spójrz na mnie - prosił - Proszę, Maggie.

Milczałam i nie ruszyłam się.

Zbierałam siły.

- Nie mogłem się z tobą spotykać, bo wiemy coś o Curcie.

Na tą nowinę szarpnęłam głową i odwróciłam się do Davida przodem.

O Panie!

Nie chodziło o mnie.

- Co wiesz? - zapytałam.

- Po pierwsze to jego fałszywe nazwisko - mówił David patrząc na mnie uważnie i kładąc dłoń na połączeniu mojej szyi z ramieniem.

Zachwiałam się w jego stronę.

- Jego prawdziwe nazwisko to Seamus Mcmalony -  kontynuował David, a jego palce przesunęły się na mój kark - jest terrorystą.

- Co? - westchnęłam bardziej zajęta czuciem dotyku dłoni Davida, niż przejęta wieściami, które mi przekazywał.

- Szuka go FBI. Szukają go od lat - powiedział David i skupiłam się - Jest bardzo niebezpieczny.

Wreszcie do mnie dotarło, co mówił.

- O, Panie! - szepnęłam - Coś ci grozi!

Jego oczy nagle zrobiły się takie ciepłe, że prawie mnie roztopiły.

- Nie, mała - mruknął - Mnie nic nie grozi. Tobie cały czas grozi niebezpieczeństwo, więc nie kontaktowałem się z tobą, żeby cię nie narazić.

- David - jęknęłam prawie zdruzgotana tym, jak źle o nim myślałam.

Opuściłam głowę, a on zareagował natychmiast.

Objął mnie ramionami i wciągnął w swoje ciało i to było takie dobre, takie bardzo dobre…

Tęskniłam za tym.

Nawet jeśli było to tylko przyjacielskie pocieszenie (jakie dawał mi przecież czasem Magnus), to nadal potrzebowałam tego i tęskniłam za tym.

Więc się poddałam i wtuliłam w niego.

- Maggie … - mruczał mi nad głową David - przyszedłem, bo chcę spędzić z tobą Thanksgiving.

Szarpnęłam się do tyłu, ale mocno mnie trzymał w swoich objęciach.

- Musimy to zrobić w tajemnicy i w ukryciu bardziej ścisłym niż przedtem - tłumaczył mi cicho, cały czas mrucząc w moje włosy - Nie mogę do ciebie pisać, ani przychodzić. Musisz wytrzymać sama przez jeszcze kilka dni lub tygodni.

- Ale… - zaczęłam - to byłoby niebezpieczne dla ciebie, lepiej…

- Jimmy i Eva wyjeżdżają na Thanksgiving do San Jose, do syna Evy - mówił David z zapałem, jakąś taką zaciętością, determinacją w głosie, która (według mnie) świadczyła o tym, że nie jest co do tego przekonany, więc tym bardziej się bałam -  Ich mieszkanie będzie stało puste i Jimmy da mi klucze, żebym się nim opiekował. Gdybyś się tam zakradła od tyłu, ja mogę wejść od przodu, zrobię zakupy i moglibyśmy spędzić razem kilka godzin.

- David - powiedziałam cicho i wsunęłam dłoń na jego szyję, żeby skupić jego uwagę - Jestem przyzwyczajona do bycia sama. Nie musisz tego dla mnie robić.

- Kruszynko - spojrzał na mnie jeszcze cieplej - Ja też jestem sam.

O Panie!

Czemu ja o tym nie pomyślałam.

Mogłam to zrobić dla niego.

- Dobrze - powiedziałam natychmiast cichym głosem - Mogę to zrobić.

W jego oczach błysnęła taka radość, że poczułam się dziwnie szczęśliwa.

Pochylił się do mnie, a ja objęłam go moją jedyną wolną ręką i dałam mu to, co, najwyraźniej, chciał wziąć.

Moje usta.

Całował mnie delikatnie, ale rozchylając wargi i ja swoje też rozchyliłam, i po raz pierwszy w życiu mój język odważnie, chociaż z wahaniem, wsunął się między męskie wargi, by badać nieznany teren.

Smakował niesamowicie.

Miętą i kawą.

Nie byłam dziewicą, ale nigdy nie czułam podniecenia na myśl o seksie, a na pewno nie podniecały mnie pocałunki.

Ten mnie podniecił, chociaż dopiero się zaczął.

Wspięłam się na palce i przycisnęłam swoje usta mocniej do niego.

Moje ciało zaczęło reagować dziwnie.

Piersi jakby mi spuchły i ocierały się sutkami o wnętrze stanika.

Między nogami czułam takie gorąco, że miałam ochotę je unieść i rozłożyć.

David odsunął się ode mnie na parę centymetrów.

Dysząc ciężko dysząc, patrzył z bliska prosto w moje oczy, a potem oparł czoło o moje i jęknął - Chryste, Maggie.

- Co? - westchnęłam, bo przestraszyłam się, że zrobiłam coś źle.

- Chryste - jęknął ponownie i pochylił się mocniej, przycisnął mnie do siebie, wtulając twarz w moją szyję - Jesteś taka cudowna.

Prawie otworzyłam usta, a na pewno otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, ale oparłam się o niego.

Cieszyłam się, że tak myślał.

- Muszę iść - mruknął, odsuwając się i wyglądało na to, że robi to niechętnie.

Wyprostowałam się i zagryzłam wargi.

- Przekażę ci przez Rico liścik, w którym wyjaśnię jak się spotkamy - dodał David, a ja przez chwilę zastanowiłam się kto to był Rico, a potem dotarło do mnie, że chodziło o Federico, mojego szefa.

Nazywał go po imieniu i to zdrobnieniem!

- Dobrze - westchnęłam.

- Musimy wracać do naszych zajęć - mruknął jeszcze David i, niestety, musieliśmy iść.

- Tak - mruknęłam bardzo niechętnie i poruszyłam się, by się odwrócić.

- Do widzenia, David - powiedziałam, patrząc mu ciągle jeszcze w oczy.

- Do widzenia, Maggie - odpowiedział łagodnie, pochylił się głęboko w moją stronę i musnął moje wargi swoimi.

Wyszłam stamtąd pierwsza, bo powiedział mi, że zaczeka dwie minuty, aż dojdę schodami na piętro.

Po drodze bardzo mocno postarałam się skupić na wejściu między ludzi w miarę spokojnym, zdecydowanym krokiem, żeby nikt nie wiedział, że David tam był i żebym bardziej go nie naraziła.

Jakimś cudem dotarłam do swojego biura.

*****

Cztery dni później

W moim salonie na telewizorze były napisy początkowe, odtwarzającego się tam Pi, filmu z 1998 roku, który widziałam już ponad 100 razy.

Sam film trwał półtorej godziny, ale miałam go ściągniętego w wersji z rozmową z odtwórcami głównych ról, co dodawało prawie godzinę więcej.

Stojąc cicho w swoim przedpokoju swój szary, miękki sweter z luźnym golfem wygładziłam na biodrach ubranych w nowe, obcisłe, niebieskie dżinsy.

Założyłam swoją długą prawie do ud, nieprzemakalną granatową kurtkę z kapturem i na miękkiej szarej podpince, białą czapkę i włóczkowe rękawiczki.

Do lewej rękawiczki wsunęłam mój mini GPS.

Na stopach miałam botki na niskim obcasie (moje jedyne).

Wciągnęłam głęboko powietrze, wyjrzałam ostrożnie przez wizjer i otworzyłam cicho drzwi.

Na galerii nikogo nie było.

Na szczęście.

Postępowałam dokładnie zgodnie z instrukcjami, które David napisał mi w liście przekazanym przez pana D’angelo.

Wolałabym, żeby tego nie robił.

Nie chciałam, że by również mój szef, który był naprawdę dobrym szefem, był w to zaplątany i narażony na niebezpieczeństwo.

Przeszłam niespiesznie do schodów, schodami w dół, za róg parkingu i do pomieszczenia, które stanowiło składzik na narzędzia ogrodnicze.

John, facet, który opiekował się terenem wokół naszego kompleksu i kondominium, w którym mieszkali teraz Eva i Jimmy, w czasie zimy odgarniał bardzo starannie wszystkie ciągi komunikacyjne i posypywał je piaskiem.

Wszystkie chodniki, parkingi, alejki były odśnieżone i dostępne.

W składziku David zostawił dla mnie płócienną, długą, szarą pelerynę z kapturem, którą narzuciłam na ramiona i głowę, a potem, schylona, zapatrzona pod własne nogi, poszłam dalej.

W innej sytuacji może miałabym ochotę z tego żartować, bo przypominało to film sensacyjny, ale tym razem po prostu się bałam.

Najbardziej tego, że narażę Davida na wykrycie.

Ale również tego, że Curt mnie złapie i zemści się, a David będzie miał wyrzuty sumienia, że mnie nie obronił i zrobi coś głupiego.

Mimo to wszystko, szłam.

Miałam dwa powody, żeby iść.

Pierwszym z nich były, dźwięczące mi ciągle w uszach słowa Davida Ja też jestem sam.

Dotknęły bardzo wrażliwej struny w mim sercu.

A drugim było to, co czułam przez ostatnie tygodnie.

Moja własna samotność.

I tęsknota.

Za Davidem.

Przeszłam ścieżką prowadzącą na tyły kondominium Evy i Jimmy’ego, znalazłam ich tylny taras i drzwi, które, jak wiedziałam prowadziły do ich pomieszczenia gospodarczego i zapukałam dwa razy.

David szybko, ale cicho otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka, po czym od razu zamknął drzwi na klucz.

A potem natychmiast znalazłam się w jego objęciach.

O Panie!

Jak dobrze.

- Cześć, Maggie - mruknął David, odsuwając się odrobinę.

Podniosłam głowę, żeby spojrzeć w jego ciepłe, czekoladowe oczy.

- Cześć, David - powiedziałam cicho i niespodziewanie poczułam to.

Jego imię było jak dom.

Bezpieczny.

Wygodny.

Ciepły.

Schronienie przed burzą.

Zdjęłam z jego pomocą pelerynę, rękawiczki, kurtkę i czapkę, które (wszystko odbierał ode mnie) wieszał przy drzwiach na metalowych wieszakach, na których były jakieś kurtki Evy, Jimmy’ego i Matta.

Nie miałam przy sobie torebki, bo miałam ją zostawić w domu.

Przeszliśmy do kuchni i wtedy przyszło mi do głowy, że zostawiam mokre ślady, więc usiadłam na stołku, by zdjąć buty.

- Co robisz? - zamruczał zdziwiony David.

- Nie chcę narobić śladów butów - odpowiedziałam, wskazując na podłogę.

- Mała - David ciągle mówił tym ściszonym głosem, który brzmiał jak pomruk - …potem umyję.

- Och - spojrzałam na niego do góry, ale już nie miałam na sobie butów, odstawiłam je na bok, więc kiedy wstałam i wyprostowałam się, byłam przy nim jeszcze mniejsza.

Zadarłam głowę, żeby spojrzeć na jego twarz.

- Jaka z ciebie Kruszynka - powiedział David i tym razem jego głos niższy, był przepełniony innym, głębszym znaczeniem.

Zaparło mi dech w piersiach piękno jego spojrzenia przy tych słowach.

Miało to dla niego naprawdę duże znaczenie, że byłam przy nim i byłam właśnie taka, jaka byłam.

Nie mogłam zrozumieć swoich uczuć.

Były całkowicie nowe.

- Więc, od czego mam zacząć? co robimy? - zapytałam, by ukryć swoje dziwne zmieszanie tym, jak się czułam.

David ciągle na mnie patrzył, kiedy odsunął się nieco w bok, więc mogłam zobaczyć naszykowane na blacie kuchennym talerze, sztućce i kieliszki do wina.

Otworzyłam szeroko oczy, bo byłam przekonana, że dopiero wszystko gotować i, z tego powodu, czekać na kolację.

Dopiero wtedy poczułam zapach jedzenia.

Wszystko miał gotowe.

Pociągnął mnie w kierunku jednego ze stołków, posadził tam, po czym podszedł do kuchenki i zdjął z palnika patelnię.

- Indyk w ziołach… - powiedział uśmiechając się lekko - …kupiony gotowy, ale niezły.

Patrzyłam z podziwem, jak z dużą wprawą nakłada na talerze porcje mięsa, a potem z garnka wyjmuje dużą łyżką już utłuczone ziemniaki.

Postawił przede mną talerz wyładowany tak czubato, że otworzyłam oczy i usta, a potem zaśmiałam się.

Głośno.

- David… - powiedziałam przez to - …w życiu tyle nie zjem.

- To ja dokończę - powiedział dziwnym tonem, patrząc z fascynacją na moje usta.

Jego spojrzenie sprawiło, że moje policzki się rozgrzały, a ja cała zrobiłam się dziwnie miękka.

- Taaa… - mruknął David i odwrócił się do blatu.

Jakby on też poczuł się dziwnie.

Hmmm.

- Tu mamy żurawinę z zapasów Evy - David pokazał mi jeden ze słoiczków, jakimi Eva częstowała przy każdej okazji.

- Chcesz? - zapytał, a ja zdziwiłam się, że w ogóle pytał, bo jeśli ktokolwiek chociaż raz spróbował wyrobów Evy, to zawsze chciał więcej.

Więc dałam mu o tym znać.

- Och, tak - zawołałam z radością - poproszę.

Wyprostowałam się i uśmiechnęłam do niego szeroko.

Uwielbiałam żurawinę robioną przez Evę.

David podał mi słoiczek, nalał do mojej szklanki colę i zrobił to wszystko z uśmiechem na ustach i w oczach.

Kochałam to.

Nałożyłam sobie żurawinę na indyka i miałam ochotę zabierać się do jedzenia, kiedy David, który usiadł na stołku obok mnie, odwrócił się do mnie przodem i wyciągnął obie ręce w moim kierunku.

- Najpierw podziękujemy - powiedział.

Zadrżałam, ale to był rozkoszny dreszcz.

Tak bardzo i tak dawno marzyłam o chociażby najmniejszej możliwości wyrażenia swojej wdzięczności na głos.

 Odwróciłam się do niego całkiem przodem i wsunęłam swoje obie ręce w jego dłonie.

- Najpierw ty - zachęcił ciepło, patrząc mi prosto w oczy i potrząsając lekko moimi dłońmi.

Skupiłam się, patrząc mu w oczy.

- Dziękuję za to, że mam tylu przyjaciół - zaczęłam cicho - Jestem bardzo wdzięczna za to, że się mną ciągle opiekujesz, że dbasz o mnie, że mam cię w pobliżu - ciągnęłam.

Nie przerwałam nawet, gdy w jego oczach mignęło coś, co chciałabym zbadać trochę lub nieco głębiej. 

- …za to, że mam przyjaźń Magnusa - kontynuowałam - nawet jeśli czasem jest trochę dziwna i za to, że na mojej drodze spotkałam Evę i mogłam odczuć całą jej dobroć.

Patrzył na mnie, kiedy przestałam mówić i już miałam mu powiedzieć, że jego kolej, kiedy się odezwał.

- Jestem wdzięczny za to wszystko, co dali mi dziadkowie i nie mówię tu o domu, ale o całej dobroci i uczuciu, którego doświadczałem, kiedy dorastałem, bo nauczyli mnie, jak być takim mężczyzną, jakim jestem dla ciebie - powiedział David.

A ja poczułam nagle jakby mój świat zaczął się wykolejać, by wpaść w nowe tory i te tory tym razem miały być właściwe.

Tak dobre to było.

Dla mnie.

- Jestem bardzo wdzięczny - kontynuował David - że spotkałem Evę, a ona uszczęśliwiła Jimmy’ego, który zasługuje na szczęście. Jestem wdzięczny za to, że nas poznała ze sobą, bym mógł spędzać dzisiejszy dzień z tobą.

Tak.

Przypomniał mi, że mamy dzisiaj i możemy nie mieć więcej, ale też powiedział, że mamy dzisiaj i powinniśmy być z tego powodu szczęśliwi.

Byłam.

Byłam bardzo szczęśliwa, bo mogłam spędzić z nim te kilka godzin, a to było o wiele więcej niż miałam przez ostatnie kilka tygodni.

Więc się uśmiechnęłam.

- Dziękuję ci - wyszeptałam.

David pochylił się w moją stronę i pocałował delikatnie moje usta, zanim się odsunął i rozkazał - Jedz, bo wystygnie.

Ale zrobił to tak ochrypłym głosem, że wiedziałam, że to poczuł.

Wdzięczność.

 


 

2 komentarze: