Rozdział 6
David
Dwa tygodnie
później
David
wszedł do niezbyt obszernego, ale jasnego hallu recepcyjnego w Moniker Hospice
i pewnym, ale niezbyt spiesznym krokiem skierował się wprost do uśmiechniętej szczupłej
kobiety za ladą recepcyjną.
Ostatnie
piętnaście minut spędził kręcąc się pozornie bez celu po najbliższej okolicy i
obserwując.
Rozmawiał
przez telefon z Filipem, zostawił pożyczonego SUV’a przecznicę dalej, ale nadal
zachowywał czujność.
Nie
mieli ni chuja na pieprzonego Curt’a
Murphy’ego.
Cholerny
facet był duchem.
Po
tamtej akcji, którą David nagrał u Maggie, Benji (który był reporterem - wolnym
strzelcem, co David wiedział od niedawna) przyznał mu się do zamontowania
kamerki na galerii, która był skierowana na drzwi do mieszkania Evy, ale
obejmowała górą schodów i framugę drzwi Maggie.
Miał
podobno śledzić Evę, bo chciał napisać o niej reportaż, bo zamarzył mu się
materiał na miarę Pulitzera.
Kiedy
jednak Benji, z upływem czasu i w miarę zdobywania nowych informacji, poznawał
coraz lepiej Evę i jej losy, dowiedział się prawdy o niej z rzetelnych źródeł,
a nie z brukowców, zrezygnował.
Dowiedział
się, że nie była naciągaczką, jak to przeczytał w pierwszych artykułach, że nie
wykorzystała śmierci swoich bliskich do zdobycia fortuny, ale naprawdę bardzo
cierpiała, a cholerny szum medialny zniszczył ją i jej życie.
Kamerka
została.
Zostało
również nagrywanie z niej na twardy dysk komputera Benji’ego.
Davidowi
nie podobało się to, że Benji zauważył, że on i Maggie znikali w drzwiach Jimmy’ego,
kiedy jego i Evy nie było w domu (co Benji mu powiedział tylko po to, żeby
David wiedział, że nie było to całkiem niezauważalne).
Gówno.
Ale
Benji, na szczęście, podał ten fakt, ostrzegł Davida, ale tego nie skomentował
i dodał wasza sprawa.
I
Benji, fartem, miał nagranie faceta włamującego się do Maggie.
Ponieważ
nie obserwował kamerki na co dzień, bo nie zbierał już materiałów, więc popieprzone
włamanie zauważył niedawno.
Więc,
kiedy David prosił o pomoc (a Davidowi w ogóle wcześniej nie przyszło do głowy
prosić Benji’ego) i po tym, jak weszli do mieszkania Maggie i Benji zauważył,
że David szuka pluskiew z miernikiem fal, Benji pokazał mu nagranie.
I
teraz mieli zdjęcie Curt’a.
Kiepskiej
jakości, ale prawie od przodu.
Mogli
więc zacząć szukać.
Maggie
dała mu również kopertę, do której przyrzekł nie zaglądać, więc nie zajrzał, tylko
przekazał ją kumplom do zdjęcia odcisków palców.
Mieli
i to.
Ale
Filip ostatnio przekazał Davidowi, że szukał we wszystkich dostępnych źródłach
i nie miał nic.
Mogło
to oznaczać, że tamten był tajnym.
Lub
gorzej.
Tym
bardziej musieli być ostrożni.
Ale
Filip nie przestał szukać, bo też był coraz bardziej zdeterminowany i
sfrustrowany tą nie rozwiązaną sprawą.
Po
rozmowie z Benji’m David zdecydował się na wykorzystanie jego pomocy, co
oznaczało, że oprócz tamtej kamerki Benji miał teraz podłączone do swojego
komputera jeszcze dwie.
Jedną
na parkingu dla gości (ten dla mieszkańców był obserwowane przez wiele osób) i
w salonie Maggie (z tej David nie był zbytnio zadowolony, ale zgodził się z jej
potrzebą).
Tę
w salonie Evy założył znajomy Filipa, który się do niej włamał, więc jeszcze
bardziej wkurzył Davida.
I
przekaz z kamerek szedł na żywo do furgonetki, którą ustawiali na noc na
parkingu obok sąsiadującego kompleksu.
Więc
Maggie miała ochronę.
Ale
nie widział jej, nie dotykał już dwa tygodnie.
Dwa pieprzone
tygodnie.
Musiał
ją zobaczyć, zabrać do swojego domu chociaż na godzinę, potrzymać na kolanach,
poczuć jej zapach, usłyszeć jej głos.
Magdalene
O’shea.
Nawet
nazwisko miała delikatne.
Po
prostu musiał.
Sympatyczna
pani w recepcji hospicjum nie miała nic przeciwko temu, by wzszedł na piętro, a
nawet podała mu numer sali.
Hospicjum
opierało się w swojej pracy na wolontariuszach i siostrach zakonnych, więc było
otwarte dla wchodzących.
Zwłaszcza,
jeśli znałeś zasady wolontariatu.
David
wszedł na piętro, znalazł odpowiedni kierunek i szedł powoli w kierunku sali, w
której leżała mama Maggie.
Ciągle
rozglądał się, udając, że szuka kogoś, bo sprawdzał, czy nie ma nikogo niepokojącego
w zasięgu wzroku, ale nadal nie mógł być pewien, czy dobrze robi.
Podchodząc
do drzwi właściwej sali usłyszał gderliwy, jazgotliwy głos kobiety, która,
sądząc po tekście, była pieprzoną suką.
-
Ruszaj się ty, głupia niezdaro, bo mi zimno. Co za ślamazarna idiotka. Zostaw
tę pieprzoną staruchę i zajmij się własną cholerną matką.
-
Maggie… - David aż szarpnął się i stanął jak wryty, kiedy usłyszał to imię
wypowiedziane cichym, delikatnym, drżącym z wysiłku głosem - …kochanie, idź do
niej. Ja sobie poradzę.
-
Zaraz, pani Smith - Maggie przemówiła łagodnym głosem - tylko zabiorę tę brudną
poszewkę.
David
usłyszał westchnienie pełne bólu, drugie pełne wysiłku i ponownie tamten pierwszy
głos.
-
Zostaw, kretynko, tamtą głupią staruchę. Kurwa, jesteś taka głupia, że nie
widzisz, że zdycha?
Jezu
Chryste!
To
była jej matka?
David
zawahał się, po czym cofnął się od drzwi ze ściśniętym żołądkiem.
Maggie
nie chciałaby, żeby wiedział, żeby słyszał to popieprzenie, że dowiedział się,
jak bardzo porąbana była jej matka.
Niezależnie
od tego, jak bardzo chciał ją przed tym chronić, przed jej własną matką, nie powinien tego robić, nie powinna wiedzieć, że
on wiedział.
To
mogłoby ją upokorzyć.
Zasmucić.
Postanowił
odsunąć się od drzwi i poczekać.
Dać
jej czas.
David
przeszedł do fotela stojącego w korytarzu i sięgnął po leżącą tam gazetę.
Starszy
pan, siedzący na drugim fotelu, obok tego, na którym usiadł David, spojrzał na
niego i uśmiechnął się delikatnie.
-
Czy mógłby pan mi to przeczytać? - zapytał podając drżącą ręką wycinek z
gazety, który był pożółkły i przetarty.
David
to znał.
Widział
to już.
Prawdopodobnie
starszy pan znał ten wycinek na pamięć.
I
tak zaczął mu go czytać wolno, cichym głosem, starannie i wyraźnie wymawiając
każde słowo.
Kiedy
skończył poczuł ją za swoimi plecami.
Jej
zapach i ciepło.
Podał
wycinek staruszkowi, uśmiechając się delikatnie, przyjął wdzięczny wzrok
tamtego, wstał i odwrócił się.
-
Hej, David - szepnęła ciepło i odchyliła głowę, by patrzeć na niego.
-
Hej, Maggie - odszepnął, patrząc wprost w jej jasno niebieskie oczy.
Chryste,
jakie piękne.
Skinął
głową w bok i zabrał ich na koniec korytarza, gdzie było nieco ciemniej, było
już po zmierzchu.
-
Coś się stało? - spytała go, ale bez paniki w głosie.
-
Nie - przyznał się do swojej słabości - po prostu chciałem cię zobaczyć.
-
Och - szepnęła i ciepło jej spojrzenia było prawie wyczuwalne.
-
Co tam masz? - zapytał kiwając głową w kierunku torby, którą trzymała w prawej
ręce.
-
Brudną pościel do prania - odpowiedziała i spojrzała na dół.
-
Zanieś ją do swojego Jeepa - rozkazał - …i włóż tam swój telefon. Potem wróć do
hospicjum.
-
David - zobaczył, że zamrugała szybko z zaskoczenia - ale…
-
Pojedziemy do mnie - mruknął ją i, cholera, tak bardzo chciał ją dotknąć, objąć
przynajmniej za szyję.
Uspokoić.
Ale
nie potrzebowała tego.
Wyprostowała
się, skinęła głową i zobaczył jej jasny, promienny uśmiech.
Kurwa,
chciała tego.
Tak!
Odwróciła
się i prawie pobiegła do schodów.
Przed
chwilą znosiła gówno od swojej matki, prawdopodobnie znosiła takie gówno od
swojej cholernej matki codziennie, kiedy tu bywała, a potem uśmiechnęła się do niego.
Poszedł
powoli za nią do schodów, a potem na dół, stanął w kącie prawie pustym,
niewielkim hallu recepcji i poczekał.
Kiedy
wracała, pokazał jej się, skinął na nią głową i poszedł w stronę, wypatrzonego przez
niego wcześniej, korytarzyka, który prowadził do wyjścia ewakuacyjnego.
Poszła
za nim.
Przeszli
na tyły hospicjum, do drugiego wyjścia, które było otwarte, bo wychodziło na
mieszkania sióstr zakonnych.
Tuż
za progiem narzucił na nią starą, wojskową pelerynę, którą miał cały czas zwiniętą
pod pachą, objął ją ramieniem i poprowadził do pożyczonego od kumpli starego SUV’a.
Pojechali
na zatłoczony parking przy niezbyt odległym Wallmarcie, przesiedli się do jego
Grand Cherokee i pojechali wprost do jego domu, z Maggie na siedzeniu pasażera.
Wjechał
do garażu prawie się nie zatrzymując, skoro znał co do sekundy czas otwierania
się automatycznej bramy garażowej.
Nie
pozwolił Maggie wysiąść, kiedy brama się zamykała.
Wysiadł
pierwszy, przeszedł do jej drzwi i wyciągnął ją z SUV’a.
Nareszcie.
Maggie
w jego domu.
W
jego objęciach.
Wypełniony
tym szybko schylił się i bez ostrzeżenia podciął jedną ręką jej kolana,
jednocześnie drugą owijając jej plecy.
Pisnęła
cicho, ale radośnie, kiedy wylądowała w jego ramionach.
Podniósł
ją i popatrzył w jej śmiejące się oczy.
Tak.
Miał
ją znowu blisko, taką ciepłą, uśmiechającą się do niego, w jego ramionach, w jego
domu, więc zaniósł ją na swoją kanapę, usiadł i ułożył na swoich kolanach.
Przez
chwilę po prostu tak byli.
Przyciskał
nos do jej włosów.
Opierała
głowę na jego piersi, kiedy mruknął cicho, bo zmartwił się, że właśnie wyszła
od swojej mamy.
-
Kawy? Głodna?
Przesunęła
głowę na jego piersi tak, że wiedział, że patrzyła na niego, więc opuścił brodę
i spojrzał na nią przez sekundę.
-
Czegoś potrzebujesz? - dodał.
Zagryzła
wargi, jakby nie chciała czegoś powiedzieć i, pieprzyć go, David miał cholerną
nadzieję, że było to tylko ciebie.
Ale
nic nie powiedziała.
Jej
odpowiedź była taka, jaką lubił, ale niewerbalna.
Po
prostu przycisnęła ucho z powrotem do jego piersi.
Obejmował
jednym ramieniem jej ramiona i dłoń trzymał na jej udzie, a drugą ręką gładził
jaj włosy, odsuwając je od jej policzka i przytulając jej głowę bardziej do
swojej piersi.
Nie
chciał tego przerywać, ale musiał.
Musiał
jej powiedzieć.
-
Przykro mi Maggie - zaczął.
Spięła
się na jego kolanach.
-
Nie mamy go - kontynuował cichym głosem, bo, nawet jeśli chciał tak trwać,
musieli omówić te sprawy - Jego odciski nas nie doprowadziły do niego i nie
wiemy dlaczego.
-
Ale… - zaczęła i poczuł, że znowu patrzy na niego i że spięła się nawet
bardziej niż poprzednio.
Uścisnął
ją lekko.
-
Nie martw się - zapewnił ją - …po prostu nadal musimy być ostrożni.
-
Dobrze - westchnęła i przyłożyła głowę do jego klatki.
David
miał coś jeszcze, czego chciał od Maggie, a nie był pewien, jak ona na to
zareaguje.
-
Kruszynko… - zaczął niepewnie i sięgnął do tylnej kieszeni swoich dżinsów - mam
coś dla ciebie.
-
Co? - szepnęła Maggie z niepokojem, który mógł być reakcją na jego niepewność.
-
Chcę, żebyś to nosiła przy sobie - powiedział i pokazał jej małe urządzenie,
które pożyczył od Filipa - Zawsze miej to w kieszeni. Najlepiej w ręce, ale
przynajmniej przy sobie.
-
Co to? - Maggie podniosła się lekko i wyprostowała, by sięgnąć to spomiędzy
jego palców.
-
To przenośny mini lokalizator GPS z funkcją przycisku paniki - wyjaśnił
pokazując jej okrągły przycisk na prostokątnym pudełeczku, które mieściło jej
się w dłoni jak duży brelok.
Było
czarne, nie rzucało się w oczy, a jego funkcja dla niezorientowanych nie była
oczywista.
-
Przez 30 dni może działać bez ładowania, a ładuje się z komputera lub przez ten
zasilacz z sieci - pokazywał i dał jej zasilacz i kabel - Będę cię mógł
namierzał i będziesz mogła nacisnąć ten przycisk w razie zagrożenia, żebym mógł
szybko ci przyjść z pomocą.
-
Och - szepnęła.
Urocza.
-
Chciałbym, żeby to się dla ciebie skończyło - mruknął znowu po chwili - Żebyś
mogła żyć swoim życiem bez tego dupka zagrażającego ci na co dzień.
Podniosła
głowę, ale tym razem wsunęła również dłoń na jego szczękę, pogłaskała jego
brodę, a potem ujęła ją i nacisnęła tak, że domyślił się czego chciała.
Więc
dał jej to.
Z
radością.
Pochylił
się i pocałował ją.
Pierwszy
raz ją całował i było to delikatne; początkowo jak muskanie warg skrzydłami
motyla, aż czuł łaskotanie.
Potem
jednak nie wytrzymał presji, jęknął i przyciągnął jej głowę ręką pod jej
włosami do swojej twarzy, by wziąć jej usta w mocniejszym pocałunku, a ona, po
pierwszym napięciu mięśni, dała mu to.
Kurwa,
musiał to przerwać.
Kurwa.
Musiał
przestać, bo chciał więcej, a nie chciał jej przestraszyć.
Poza
tym nie mieli czasu.
Na
to, co chciał z nią robić potrzebowaliby czasu
na rozmowę, pieszczoty, a potem długie przebywanie w łóżku, gdzie miałby ją
znowu i znowu.
Więc
zaczął się delikatnie odsuwać.
Przycisnęła
czoło do jego szczęki, dłoń do jego policzka i poczuł, że drży, ciężko oddycha
i, pieprzyć go, tak, ona też chciała
więcej.
-
Kruszynko… - szepnął, ale nie dodał nic więcej.
-
Wiem - odszepnęła.
Wciągnęła
powietrze tak długo i urywanie, że myślał, że się rozpadnie, jak wtedy, kiedy
dowiedziała się o Evie.
A
potem uspokoiła się, przytuliła głowę z powrotem do jego piersi i odprężyła
się.
Jego
Maggie.
Jego
dzielna dziewczynka.
Potem
tak siedzieli.
W
milczeniu chłonąc swoją obecność.
David
to lubił.
Nie
lubił dużo mówić i cieszył się, że Maggie też, nawet jak wiedział, że powinien
jej więcej wyjaśnić.
Będzie
na to czas.
Kiedy
niedługo później musieli jechać z powrotem do hospicjum była już całkowicie
spokojna, skupiona i wstała z jego kolan bez wahania.
Spakowała
zasilacz do torebki, a przycisk włożyła do kieszeni kurtki.
Podszedł
do niej.
-
Dziękuję, David - szepnęła, odchylając głowę, żeby spojrzeć w jego twarz.
Objął
ją ramieniem i zaprowadził ich oboje do drzwi do garażu.
-
Moja przyjemność - powiedział, patrząc w jej jasno niebieskie oczy, i dokładnie
tak myślał.
Wiedział,
że było to egoistyczne, że ją mógł narazić, ale po prostu musiał ją zobaczyć i
przytulić.
Wsiedli
do jego SUV’a, zawiózł ich na parking koło Walmartu, przesiedli się do
pożyczonego samochodu, pojechali na tyły hospicjum i przez cały czas milczeli.
Ale
tym razem David wyciągnął rękę w jej stronę, a ona natychmiast dała mu swoją,
więc trzymał ją w swoich zaciśniętych palcach, jak długo mógł.
A
potem musieli się rozstać.
Kiedy
dochodzili do drzwi ewakuacyjnych hospicjum David zatrzymał się i zatrzymał ją
z sobą, pociągając ją lekko za przedramię w kierunku małej, ciemnej wnęki,
która tam była.
Pochylił
się i musnął jej usta, a kiedy się odsunął, Maggie pozostała przez chwilę z
odchyloną głową, patrząc na niego w taki sposób, że miał ochotę zostać z nią,
albo przynajmniej zabutelkować tę chwilę jak najlepsze wino, na wiele lat.
Albo
wsunąć ją między kartki notesu, by wyjmować, kiedy będzie za nią tak tęsknił,
jak przez ostatnie dwa tygodnie.
Niestety,
musiał jej pozwolić odejść.
*****
Maggie
Siedziałam
na mojej kanapie przed telewizorem i przewijałam SMS-y od Davida na moim
bezpiecznym telefonie.
Mam dzisiaj dyżur
przy tobie
Kiedy
David napisał mi dwa tygodnie temu, że, nie pytając mnie, założył kamerkę w
moim salonie i obserwuje mnie, kiedy siedzę na kanapie, najpierw się
zdenerwowałam.
Potem
jednak mi się to spodobało.
Zawsze
pisał mi, kiedy to on miał dyżur w furgonetce obserwującej podgląd z kamer,
więc siadałam wtedy na kanapie, włączałam film i udawałam przed sobą, że jestem
z Davidem, przytulając do policzka poduszkę.
Ja:
Przytulam się do
ciebie
Tak,
tak mu kiedyś napisałam, więc teraz wiedział.
On:
Moja klatka jest
taka miękka?
Nie
była i dobrze o tym wiedział, więc nie musiałam odpowiadać.
Uśmiechnęłam
się do tego.
On:
Lubię twój uśmiech
Spojrzałam,
nieco świrując, w stronę telewizora, gdzie gdzieś-tam była kamerka i czułam,
jak mój uśmiech umiera.
On:
Mała
O,
Panie!
Prawie
usłyszałam jego łagodny głos, więc uśmiechnęłam się łagodnie i przechyliłam
głowę, jakby pogłaskał mnie właśnie po szyi.
On:
Tak właśnie
Ja:
Muszę iść spać
On:
Dobranoc,
Kruszynko
To
było takie słodkie.
Ja:
Dobranoc
Kiedy
David pojawił się tego dnia w hospicjum, najpierw nieco się zdenerwowałam, że
mógł usłyszeć ten koncert, jaki dawała moja mama.
Tego
dnia pokazywała swoje humorki jeszcze bardziej brudno, niż zwykle.
Myślałam,
że to może przez to, że się gorzej czuła, ale pani Smith była coraz słabsza, a
przez to wymiotowała i załatwiała się do łóżka bez nikogo bliskiego, kto by się
nią zajął.
Musiałam
zmienić jej pościel.
A
mama szalała ze złości i pokazywała to bardzo głośno i wulgarnie.
Na
szczęście David został zajęty przez Johna, który każdemu już kazał przeczytać
ten wycinek o jego synu, który zginął ratując turystów spod lawiny.
Kiedy
podchodząc słyszałam głos Davida, czytającego tak starannie i powoli wytarty i
pożółkły, jak wiedziałam, wycinek, dając starszemu panu to, co było dla niego
najcenniejsze na świecie w sposób, dzięki któremu sądził, że dla Davida też
jest to najcenniejsze na świecie…
Och!
Wiedziałam,
że David jest najwspanialszy, ale
właśnie mi udowodnił, jak bardzo.
Więc
kiedy zabrał mnie do swojego domu, byłam gotowa dać mu wszystko, o co by poprosił.
I
czułam się trochę rozczarowana, że poprosił o tak mało.
Tym
bardziej, że to było nawet bardziej dobre dla mnie, niż mogłoby kiedykolwiek
być dla niego.
Ten
pocałunek, to przytulenie, to jak mnie niósł niczym najcenniejszą, najbardziej
kruchą rzecz w jego życiu, było czymś, czego nigdy nie zapomnę.
Kiedy
o tym myślałam, mój bezpieczny telefon zawarczał nową wiadomością:
Dzisiaj ja cię
pilnuję
Podniosłam
oczy na kamerkę przy telewizorze (nawet jeśli nadal nie byłam pewna, gdzie ona
jest) i uśmiechnęłam się.
Mój
stary telefon zawarczał wiadomością i sięgnęłam po niego niechętnie:
Jesteś moja
Pamiętaj
Podniosłam
oczy na telewizor z przerażeniem, z trudem przełykając ślinę, po czym na
bezpieczny telefon dostałam:
Co?
Odpisałam
To on
Natychmiast
dostałam:
Jestem
tutaj
On
nie wejdzie
Nie bój się
Odpisałam:
Dobrze, David
Ale
nie czułam się dobrze.
Dostałam:
Maggie, jestem tutaj
A zaraz potem:
Czy mam do ciebie pójść?
Przestraszyłam
się tak bardzo, że wręcz czułam przerażenie.
Nie
mogłam pozwolić na to, żeby David się ujawnił, żeby naraził się na
niebezpieczeństwo, tylko dlatego, że ja głupio i nieracjonalnie bałam się
SMS’a.
Zaczęłam
oddychać miarowo, powtarzając w pamięci tabliczkę mnożenia i patrzyłam wprost w
telewizor.
Potem
napisałam
Nie, dzięki
Już dobrze
A
potem dodałam, by wiedział, że naprawdę jest dobrze
Zamierzam
obejrzeć po raz 100
Buntownika Z Wyboru
Dostałam
niedługo potem:
Klasyka
zawsze dobra
Ale może masz coś
nowszego?
Pomyślałam
i odpisałam:
Właściwie
to mam
Człowieka, Który
Poznał Nieskończoność
A
potem dodałam:
To oglądałam
zaledwie trzy razy
Odpisał
mi:
To dobrze, może
jeszcze nie znasz na pamięć
Więc
mu odpisałam
Może znam, ale
najwyżej zasnę przy nim
Dostałam
od niego
Może
lepiej
Będziesz
spała na kanapie,
To będę cię
widział
Uśmiech,
który mi po tym wypłynął na usta był łagodny i ciepły, bo nie pomyślałam o tym
nigdy dotąd.
Napisałam
więc
Okej, więc idę po
kołdrę i poduszkę
Poszłam
do sypialni, przebrałam się w moją flanelową piżamę (i natychmiast pożałowałam,
że nie mam czegoś ładniejszego), zabrałam stamtąd kołdrę i poduszkę i wróciłam
do salonu.
Umościłam
się na kanapie i włączyłam film.
Dostałam
jeszcze
Dobranoc mała
I
odpisałam
Dobranoc David
A
potem, niedługo po napisach początkowych, zasnęłam pilnowana przez mojego
bardzo prywatnego ochroniarza.
*****
David
Po
północy David wpuścił tylnymi drzwiami do furgonetki jednego z kumpli Filipa,
który przyszedł go zmienić, przekazał mu informacje (czyli nic) i wyszedł
przednimi drzwiami od strony kierowcy, które były przy ścianie budynku.
Poszedł
do, stojącego ulicę dalej, swojego Grand Cherokee, wsiadł i pojechał do domu,
cały czas będąc czujnym i sprawdzając czy nikt go nie śledzi.
Położył
się do łóżka, myśląc o tym, że Maggie zasnęła na kanapie przed telewizorem, bo
była uspokojona tym, że on pilnował jej bezpieczeństwa.
I
to było dobre.
Następnego
dnia miał dyżur w remizie od rana, więc był zajęty aż do szóstej po południu.
Po
siódmej rano dostał od Maggie:
Dzień dobry
Więc
odpowiedział:
Dzień
dobry
Jestem w pracy
Na
co odpowiedziała dopiero po chwili
Och
Och?
Jaka
słodka.
Uśmiechnął
się, schował telefon i wrócił do pracy.
Przed
piątą po południu dostał SMS’a od Filipa z zakodowaną wiadomością o spotkaniu
po siódmej w ich umówionym miejscu.
Nie
podobało mu się to głównie dlatego, że wiadomość była tak zakodowana, że wskazywała
na obecność trzeciej osoby i pieprzoną konieczność spotkania w drugim stopniu
utajnienia (żeby nie ujawniać pierwszego).
Gówno.
Coś
się działo i David nie wiedział, czy to dobrze.
Chociaż
tak cholernie długo nic się nie działo, że cokolwiek
mogło być lepsze, niż nic.
O
siódmej, po przebraniu się i kolacji, zostawił SUV’a kilka przecznic dalej,
kluczył po ulicach, żeby zgubić ewentualny ogon i przechodził kolejnymi
przepustami do ich kryjówki.
Wszedł,
zobaczył Filipa i drugiego faceta, który wyglądał niepozornie, ale Davidowi po
jednym spojrzeniu na niego od razu ścierpła skóra.
Kurwa.
Poczuł
dokładnie to samo swędzenie karku, które zawsze ostrzegało go przed
niebezpieczeństwem.
Facet
był niezbyt wysoki, ciemnowłosy, ciemnooki, wyluzowany, ale patrzył na
wchodzącego Davida czujnie i inteligentnie.
Wyglądał,
jak czający się kot.
David
nigdy, ani za cholerę, nie był skłonny do pochopnego, przedwczesnego niedoceniania
przeciwnika.
Podskórnie
czuł, że tego nie mógłby nigdy
przecenić.
David
skinął głową na powitanie.
-
Yo - mruknął Filip - to agent specjalny Wiliam Tracker. Jest zaineresowany
Curt’em Murphy’m.
Kurwa.
FBI.
Facet
skinął z daleka głową w kierunku Davida, a, ponieważ Filip nie powiedział nic
więcej, David wiedział, że Filip przedstawił go wcześniej.
Gówno.
Mógł
zaufać kumplowi, zawsze kryli się wzajemnie, więc i tym razem nie ujawnił
swoich obaw co do obcego.
-
Wprowadzenie - powiedział cicho tamten, podchodząc powoli do zakurzonego stołu,
który stał po środku pomieszczenia.
David
spostrzegł na nim kilka teczek z papierami, których bez wątpienia wcześniej tam
nie było.
-
Filip szukał faceta po odciskach palców i zdjęciach - powiedział agent coś, co
David i Filip doskonale wiedzieli - Zainteresował nas, bo my też się
interesujemy tym popierdolcem.
Tracker
wziął do ręki jedną z teczek i rzucił na stół przed Davidem wyjęte z niej
zdjęcia.
Ze
stołu wzbił się kurz, ale David i tak podszedł bliżej, bo to właśnie chcieli
wiedzieć od tygodni.
Dokładnie
tego szukali.
Zdjęcia
przedstawiały Curt’a Murphy’ego w różnych sytuacjach, ubraniach i fryzurach.
Czasem
trudnego do rozpoznania.
-
Znany wam jako Curt Murphy - rzeczowo kontynuował tamten - Jego prawdziwe
nazwisko to Seamus Mcmalony, jest terrorystą z IRA. Po powstaniu Irlandii
Północnej i rozbrojeniu Real IRA w 2005, jak wielu jej działaczy ukrył się na
terenie Stanów. Problemem jest to, że jest szaleńcem. Sprytnym rodzajem
szaleńca.
Kurwa.
Davidowi
ścierpła skóra.
Maggie!
Tracker
wziął do ręki drugą, dużo grubszą, teczkę.
-
Znany jest pod ksywką Burner, bo lubi przypalać swoje ofiary - ciągnął,
wyjmując drugi plik zdjęć i rzucając je przed Davidem - Bierze na cel młode,
nieśmiałe kobiety i uwodzi je, mieszka u nich, a potem traktuje je, jak domniemanych
wrogów politycznych.
David
wiele widział na swoich misjach, wiele słyszał od ofiar, ale to było coś odrażającego.
Najbardziej
dlatego, że nie były to ofiary wojny.
Kobiety,
wiele kobiet, i mężczyźni.
Żywi
i martwi.
W
różnym wieku.
W
domach, szpitalach, barach…
Dziesiątki.
-
Chcemy go dopaść - zakończył Tracker.
-
David - odezwał się Filip.
David
podniósł głowę i zobaczył, że kumpel stoi blisko, trzymając w dłoni białą
kopertę od Maggie, którą David dał mu kilka tygodni temu.
-
Wiem, że ją lubisz - zaczął cichym, poważnym głosem i Davidowi skóra już nie
cierpła, ale piekła go, jakby to on był przypalany - Wiem, że jej obiecałeś, że
nie będziesz tego oglądał, ale musisz, stary. Po prostu musisz.
Filip
tak powiedział, ale nie dał Davidowi koperty.
-
Obiecaj… - Filip zawahał się, a David miał ochotę coś rozwalić, bo to było po
raz pierwszy, odkąd go znał - Obiecaj, że będziesz się trzymał.
Kurwa!!!
Nawet
nie oglądając tego, David miał ochotę kogoś zabić.
Wziął
jednak z rąk kumpla kopertę i wyjął z niej zdjęcia.
Duże,
wywołane w formacie A4, nawet czarno białe, nadal powodowały oparzenia gardła i
ból w piersiach.
Nie
drgnął.
Jego
mała, krucha Maggie pobita tak, że
jej twarz była spuchnięta i czerwona, a jej oczy zamienione w wąskie szparki.
Ręce
miała związane nad głową, leżała na łóżku, a jej piersi były obnażone.
Na
kolejnym zdjęciu…
Chryste
Wszechmogący…
Chryste
Wszechmogący!
David
usłyszał własny oddech, zamieniony w chrapliwe rzężenie.
Rzucił
zdjęcia na stół i zatoczył się do okna.
-
David! - warknął Filip.
David
przez dwie sekundy słyszał dzwonienie w uszach, ale wiedział, że musi się
pozbierać.
-
Już dobrze - wypchnął zbierając swoje gówno do kupy.
Uspokajał
oddech, wyprostował się i spojrzał ponuro na Tracker’a.
-
Chcę go dopaść - powiedział niskim głosem.
-
Okej - mruknął tamten.
Obserwował
Davida przez kilka uderzeń serca, a potem zgarnął papiery i odczekał, aż David
i Filip przybliżą się do stołu, żeby ustalić plan działania.
*****
Maggie
Trzy tygodnie
później
Siedziałam
w swoim salonie skulona na swojej kanapie z kolanami ściśniętymi przy piersiach
i pięty opierając o siedzenie.
Przeglądałam
SMS-y od Davida.
Stare,
bo nowych prawie nie miałam.
Spojrzałam
w stronę telewizora, nie znalazłam wzrokiem kamerki, która gdzieś tam była,
więc wstałam i poszłam do sypialni.
Sama.
Jak
zwykle.
W
ostatnią sobotę byłam u Evy na kawie i ciastkach, żeby poplotkować z
dziewczynami, ale nie przyniosło mi to ulgi.
Tyle,
że dowiedziałam się, że Jimmy ma dzisiejszą noc wolną, co oznaczało, że David
też nie pracuje.
Ponieważ
już dawno przestał mi przesyłać informacji typu „w pracy” lub „jadę do domu”,
więc ja jemu też nic nie wysyłałam.
Wiedziałam,
o co chodziło, co się stało.
A
przynajmniej domyślałam się tego.
Miał
dosyć czekania i, jako człowiek czynu, ruszył robić coś innego.
Ratować
kogoś innego.
Albo.
W
końcu zobaczył te zdjęcia i już wiedział, czego może się spodziewać.
Więc
dał sobie spokój.
To
było o wiele lepiej, niż gdyby
stracił opanowanie i dał się ponieść żądzy zemsty spowodowanej tym, że nie mógł
mnie obronić.
Bo
wtedy mógłby wylądować w niemiłym miejscu, a ja nie byłam tego warta, więc tak
było naprawdę lepiej.
Ale
po tych kilku dniach, czułam, że Pan, który, jak kiedyś mi powiedziała babcia, był
podobno gdzieś tam na wysokościach, był nieco złośliwy.
Magnus
miał bowiem nowego partnera, Gabriela, i był szczęśliwy, co mnie cieszyło, ale
przez to nie miał dla mnie czasu.
Dzwonił
tylko sporadycznie i rozmawialiśmy bardzo krótko.
Pani
Smith zmarła, a pan D’angelo najpierw obiecał mi wolne godziny, bym mogła
jechać na pogrzeb, a potem przekazał mi ważnego klienta, który wymagał rozliczeń
finansowych na ten właśnie dzień.
Więc
nie pojechałam.
Nie
mówiąc o tym, że bardzo ją polubiłam i było mi smutno z jej powodu.
Alice
się wyprowadziła z Eddiem i Bertem do nowego domu, który był niby tylko kilka
kwartałów dalej, ale ja nie miałam czasu, by ją widywać, a jej mieszkanie stało
puste.
Eva
z Jimmy’m wyprowadziła się do większego apartamentu niby tylko do sąsiedniego
kondominium, ale była ciągle zajęta, bo mieszkał z nimi Matt, wnuk Jimmy’ego i
woziła go na treningi, wycieczki i zajęcia w szkole.
W
naszym kompleksie mieszkało kilka nowych osób, których nie miałam czasu ani
ochoty poznawać.
A
David zniknął.
Więc
posmakowałam czegoś dobrego, czego chociaż trochę mogłabym mieć w życiu, a
teraz była znowu sama.
Czułam
to dużo mocniej niż wcześniej.
Sama.
Położyłam
się skulona na łóżku, przycisnęła poduszkę do brzucha i leżałam bezsennie
wpatrzona w tablicę z niedokończonym równaniem.
Od
kilku dni nie sypiałam.
Równania
mnie nie uspokajały.
Zdjęcia,
które ciągle pojawiały się w mojej poczcie lub pod drzwiami, oczywiście nie
poprawiały mojego samopoczucia.
Chociaż
na nie zobojętniałam.
Tak
jakby.
Kiedy
dziewczyny gadały podczas naszego spotkania, właściwie się wyłączyłam, bo
rozmawiały o Thanksgiving, a ja nie chciałam o tym myśleć.
Nigdy
nie obchodziliśmy tego święta.
Nigdy
nie obchodziliśmy żadnego święta w moim domu, a Curt był Irlandczykiem i nie
uznawał, jak to nazywał, „nowomodnych wymysłów”.
Więc
siedziałam z nimi, niby słuchałam o metodach uzyskania najbardziej soczystego
indyka z najbardziej chrupiącą skórką, ale nie myślałam o niczym.
Jak
zawsze nie myślałam o niczym.
Nie
było mnie.
Byłam
niewidzialna.
Ale
to już nie było dobre.
*****
Następnego dnia
rano
Wstałam
jak zwykle, ubrałam się ponownie w moją czarną spódnicę i szarą bluzkę w duże,
białe kropki, z długimi rękawami i wiązaną w luźną kokardę pod szyją.
Była
druga połowa listopada i było naprawdę zimno, więc chodziłam do pracy w botkach
do kostek i rajstopach, a na bluzki wkładałam swetry.
Założyłam
długi, puchaty płaszcz (w którego kieszeni, jak upewniłam się, miałam przycisk
paniki), czapkę i szalik, wzięłam torebkę i rękawiczki do ręki i poszłam do
drzwi.
Stałam
na galerii i zamykałam je na klucz, kiedy najpierw usłyszałam, a potem zobaczyłam
wchodzącego po schodach Benji’ego.
Przez
ostatnie dwa tygodnie nie widziałam go ani razu i pomyślałam, że wyjechał.
Uśmiechnął
się do mnie delikatnie, ale popatrzył na mnie takim uważnym wzrokiem, że się
speszyłam.
Pamiętałam,
że to on wygrzebał te informacje o Evie i nie chciałam, żeby wiedział zbyt
wiele o mnie.
-
Hej, Maggie - przywitał się.
-
Hej, Benji - odpowiedziałam cicho i poszłam w kierunku schodów.
Czułam,
że patrzył za mną, ale nie powiedział ani słowa i nie zatrzymał mnie, więc
poszłam do mojego Jeepa.
Jeździłam
do pracy nawet dłużej niż wcześniej, bo nie byłam pewna opon w moim
samochodzie, a na drodze bywało ślisko z ciągle padającym śniegiem.
Tego
dnia jednak zdarzyło się coś dziwnego.
Na
zjeździe z autostrady zajechał mi drogę jakiś pickup.
Zahamowałam
ostro, nie myśląc o konsekwencjach.
A
mój stary, zdezelowany, na zdartych oponach, Wrangler zareagował, jakby
odmłodniał o dziesięć lat.
Z
werwą i posłusznie.
Oszołomiona
i roztrzęsiona dojechałam na parking przy pracy, wysiadłam, obeszłam mojego
staruszka i, ze zdziwieniem, zobaczyłam na jego oponach wyraźne bieżniki.
O
Panie!
A
to skąd się tam wzięło?
Wiosną,
jak pamiętałam wyraźnie, opony mojego Jeepa były gładkie, jak przysłowiowa pupcia
niemowlęcia.
Przez
jakiś czas zbierałam pieniądze na kupno nowych i ich wymianę, ale potem
przyszła choroba mamy i to minęło.
Nie
miałam pomysłu skąd by to się mogło
wziąć.
Może
Eva?
Ale
kiedy?
Zabrałam
swoją torebkę z siedzenia pasażera, zamknęłam samochód i poszłam do swojego
biura.
*****
Sześć godzin
później
-
Maggie, czy mogę cię prosić na parę minut? - powiedział pan D’angelo, stając w
drzwiach mojego biura, co było o tyle dziwne, że mógł zadzwonić i natychmiast poszłabym
do jego biura, gdyby mnie potrzebował.
-
Oczywiście - odparłam, podnosząc się i poprawiając spódnicę na biodrach.
Okrążyłam
swoje biurko i wyszłam z biura, a pan D’angelo poprzedzał mnie w drodze do
schodów.
Dziwne.
Szłam
za nim, nie zastanawiając się i nie zwracając uwagi na spojrzenia pracowników,
którzy siedzieli przy swoich biurkach w boksach w głównym pomieszczeniu.
Poszliśmy
w kierunku korytarza, a potem schodów awaryjnych i zeszliśmy na parter, gdzie
było małe pomieszczenie gospodarcze.
Pan
D’angelo przepuścił mnie pierwszą, dając mi do ręki jakąś teczkę z dokumentami,
ale potem bez słowa cofnął się i zamknął za mną drzwi.
Odwróciłam
się i zaparło mi dech w piersi.
Stał
tam David.
Ubrany
w czarną, skórzaną kurtkę, czarne spodnie i buty, z czarną czapką naciągniętą
na czoło.
-
Maggie… - zaczął.
Nie.
To
się nie działo.
Nie
mogłam znieść więcej.
Odwróciłam
się, ruszyłam w kierunku drzwi i wyciągnęłam rękę, żeby złapać za klamkę.
Znalazł
się tam przede mną i przytrzymał drzwi ręką.
Pozbierałam
wszystkie kawałki siebie… znowu… i nie mogłam pozwolić mu wejść w moje życie …
znowu… bo tym razem pogubiłabym się, gdyby się z niego wycofał.
Musiałam
być silna.
Stałam
przy drzwiach oddychając w miarę spokojnie, chociaż mogło to brzmieć, jak
spazmatyczne dyszenie, oparta czołem o drzwi i czując jego ciepłe ciało za
moimi placami.
-
Kruszynko… - zaczął delikatnie, a ja zacisnęłam zęby, bo właśnie wtedy drugi
raz w życiu poczułam łzy zbierające się w tyle moich oczu.
Nie,
nie, nie.
-
Spójrz na mnie - prosił - Proszę, Maggie.
Milczałam
i nie ruszyłam się.
Zbierałam
siły.
-
Nie mogłem się z tobą spotykać, bo wiemy coś o Curcie.
Na
tą nowinę szarpnęłam głową i odwróciłam się do Davida przodem.
O
Panie!
Nie
chodziło o mnie.
-
Co wiesz? - zapytałam.
-
Po pierwsze to jego fałszywe nazwisko - mówił David patrząc na mnie uważnie i
kładąc dłoń na połączeniu mojej szyi z ramieniem.
Zachwiałam
się w jego stronę.
-
Jego prawdziwe nazwisko to Seamus Mcmalony - kontynuował David, a jego palce przesunęły się
na mój kark - jest terrorystą.
-
Co? - westchnęłam bardziej zajęta
czuciem dotyku dłoni Davida, niż przejęta wieściami, które mi przekazywał.
-
Szuka go FBI. Szukają go od lat - powiedział David i skupiłam się - Jest bardzo
niebezpieczny.
Wreszcie
do mnie dotarło, co mówił.
-
O, Panie! - szepnęłam - Coś ci grozi!
Jego
oczy nagle zrobiły się takie ciepłe, że prawie mnie roztopiły.
-
Nie, mała - mruknął - Mnie nic nie
grozi. Tobie cały czas grozi
niebezpieczeństwo, więc nie kontaktowałem się z tobą, żeby cię nie narazić.
-
David - jęknęłam prawie zdruzgotana tym, jak źle o nim myślałam.
Opuściłam
głowę, a on zareagował natychmiast.
Objął
mnie ramionami i wciągnął w swoje ciało i to było takie dobre, takie bardzo dobre…
Tęskniłam
za tym.
Nawet
jeśli było to tylko przyjacielskie pocieszenie (jakie dawał mi przecież czasem
Magnus), to nadal potrzebowałam tego i tęskniłam za tym.
Więc
się poddałam i wtuliłam w niego.
-
Maggie … - mruczał mi nad głową David - przyszedłem, bo chcę spędzić z tobą
Thanksgiving.
Szarpnęłam
się do tyłu, ale mocno mnie trzymał w swoich objęciach.
-
Musimy to zrobić w tajemnicy i w ukryciu bardziej ścisłym niż przedtem -
tłumaczył mi cicho, cały czas mrucząc w moje włosy - Nie mogę do ciebie pisać,
ani przychodzić. Musisz wytrzymać sama przez jeszcze kilka dni lub tygodni.
-
Ale… - zaczęłam - to byłoby niebezpieczne dla ciebie, lepiej…
-
Jimmy i Eva wyjeżdżają na Thanksgiving do San Jose, do syna Evy - mówił David z
zapałem, jakąś taką zaciętością, determinacją w głosie, która (według mnie) świadczyła
o tym, że nie jest co do tego przekonany, więc tym bardziej się bałam - Ich mieszkanie będzie stało puste i Jimmy da
mi klucze, żebym się nim opiekował. Gdybyś się tam zakradła od tyłu, ja mogę
wejść od przodu, zrobię zakupy i moglibyśmy spędzić razem kilka godzin.
-
David - powiedziałam cicho i wsunęłam dłoń na jego szyję, żeby skupić jego
uwagę - Jestem przyzwyczajona do bycia sama. Nie musisz tego dla mnie robić.
-
Kruszynko - spojrzał na mnie jeszcze cieplej - Ja też jestem sam.
O
Panie!
Czemu
ja o tym nie pomyślałam.
Mogłam
to zrobić dla niego.
-
Dobrze - powiedziałam natychmiast cichym głosem - Mogę to zrobić.
W
jego oczach błysnęła taka radość, że poczułam się dziwnie szczęśliwa.
Pochylił
się do mnie, a ja objęłam go moją jedyną wolną ręką i dałam mu to, co,
najwyraźniej, chciał wziąć.
Moje
usta.
Całował
mnie delikatnie, ale rozchylając wargi i ja swoje też rozchyliłam, i po raz
pierwszy w życiu mój język odważnie, chociaż z wahaniem, wsunął się między
męskie wargi, by badać nieznany teren.
Smakował
niesamowicie.
Miętą
i kawą.
Nie
byłam dziewicą, ale nigdy nie czułam podniecenia na myśl o seksie, a na pewno
nie podniecały mnie pocałunki.
Ten
mnie podniecił, chociaż dopiero się zaczął.
Wspięłam
się na palce i przycisnęłam swoje usta mocniej do niego.
Moje
ciało zaczęło reagować dziwnie.
Piersi
jakby mi spuchły i ocierały się sutkami o wnętrze stanika.
Między
nogami czułam takie gorąco, że miałam ochotę je unieść i rozłożyć.
David
odsunął się ode mnie na parę centymetrów.
Dysząc
ciężko dysząc, patrzył z bliska prosto w moje oczy, a potem oparł czoło o moje
i jęknął - Chryste, Maggie.
-
Co? - westchnęłam, bo przestraszyłam
się, że zrobiłam coś źle.
-
Chryste - jęknął ponownie i pochylił się mocniej, przycisnął mnie do siebie, wtulając
twarz w moją szyję - Jesteś taka cudowna.
Prawie
otworzyłam usta, a na pewno otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, ale oparłam
się o niego.
Cieszyłam
się, że tak myślał.
-
Muszę iść - mruknął, odsuwając się i wyglądało na to, że robi to niechętnie.
Wyprostowałam
się i zagryzłam wargi.
-
Przekażę ci przez Rico liścik, w którym wyjaśnię jak się spotkamy - dodał
David, a ja przez chwilę zastanowiłam się kto to był Rico, a potem dotarło do
mnie, że chodziło o Federico, mojego szefa.
Nazywał
go po imieniu i to zdrobnieniem!
-
Dobrze - westchnęłam.
-
Musimy wracać do naszych zajęć - mruknął jeszcze David i, niestety, musieliśmy iść.
-
Tak - mruknęłam bardzo niechętnie i poruszyłam się, by się odwrócić.
-
Do widzenia, David - powiedziałam, patrząc mu ciągle jeszcze w oczy.
-
Do widzenia, Maggie - odpowiedział łagodnie, pochylił się głęboko w moją stronę
i musnął moje wargi swoimi.
Wyszłam
stamtąd pierwsza, bo powiedział mi, że zaczeka dwie minuty, aż dojdę schodami
na piętro.
Po
drodze bardzo mocno postarałam się skupić na wejściu między ludzi w miarę
spokojnym, zdecydowanym krokiem, żeby nikt nie wiedział, że David tam był i
żebym bardziej go nie naraziła.
Jakimś
cudem dotarłam do swojego biura.
*****
Cztery dni później
W
moim salonie na telewizorze były napisy początkowe, odtwarzającego się tam Pi, filmu z 1998 roku, który widziałam
już ponad 100 razy.
Sam
film trwał półtorej godziny, ale miałam go ściągniętego w wersji z rozmową z
odtwórcami głównych ról, co dodawało prawie godzinę więcej.
Stojąc
cicho w swoim przedpokoju swój szary, miękki sweter z luźnym golfem wygładziłam
na biodrach ubranych w nowe, obcisłe, niebieskie dżinsy.
Założyłam
swoją długą prawie do ud, nieprzemakalną granatową kurtkę z kapturem i na
miękkiej szarej podpince, białą czapkę i włóczkowe rękawiczki.
Do
lewej rękawiczki wsunęłam mój mini GPS.
Na
stopach miałam botki na niskim obcasie (moje jedyne).
Wciągnęłam
głęboko powietrze, wyjrzałam ostrożnie przez wizjer i otworzyłam cicho drzwi.
Na
galerii nikogo nie było.
Na
szczęście.
Postępowałam
dokładnie zgodnie z instrukcjami, które David napisał mi w liście przekazanym
przez pana D’angelo.
Wolałabym,
żeby tego nie robił.
Nie
chciałam, że by również mój szef, który był naprawdę dobrym szefem, był w to
zaplątany i narażony na niebezpieczeństwo.
Przeszłam
niespiesznie do schodów, schodami w dół, za róg parkingu i do pomieszczenia,
które stanowiło składzik na narzędzia ogrodnicze.
John,
facet, który opiekował się terenem wokół naszego kompleksu i kondominium, w
którym mieszkali teraz Eva i Jimmy, w czasie zimy odgarniał bardzo starannie
wszystkie ciągi komunikacyjne i posypywał je piaskiem.
Wszystkie
chodniki, parkingi, alejki były odśnieżone i dostępne.
W
składziku David zostawił dla mnie płócienną, długą, szarą pelerynę z kapturem,
którą narzuciłam na ramiona i głowę, a potem, schylona, zapatrzona pod własne
nogi, poszłam dalej.
W
innej sytuacji może miałabym ochotę z tego żartować, bo przypominało to film
sensacyjny, ale tym razem po prostu się bałam.
Najbardziej
tego, że narażę Davida na wykrycie.
Ale
również tego, że Curt mnie złapie i zemści się, a David będzie miał wyrzuty
sumienia, że mnie nie obronił i zrobi coś głupiego.
Mimo
to wszystko, szłam.
Miałam
dwa powody, żeby iść.
Pierwszym
z nich były, dźwięczące mi ciągle w uszach słowa Davida Ja też jestem sam.
Dotknęły
bardzo wrażliwej struny w mim sercu.
A
drugim było to, co czułam przez ostatnie tygodnie.
Moja
własna samotność.
I
tęsknota.
Za
Davidem.
Przeszłam
ścieżką prowadzącą na tyły kondominium Evy i Jimmy’ego, znalazłam ich tylny taras
i drzwi, które, jak wiedziałam prowadziły do ich pomieszczenia gospodarczego i
zapukałam dwa razy.
David
szybko, ale cicho otworzył drzwi i wciągnął mnie do środka, po czym od razu
zamknął drzwi na klucz.
A
potem natychmiast znalazłam się w jego objęciach.
O
Panie!
Jak
dobrze.
-
Cześć, Maggie - mruknął David, odsuwając się odrobinę.
Podniosłam
głowę, żeby spojrzeć w jego ciepłe, czekoladowe oczy.
-
Cześć, David - powiedziałam cicho i niespodziewanie poczułam to.
Jego
imię było jak dom.
Bezpieczny.
Wygodny.
Ciepły.
Schronienie
przed burzą.
Zdjęłam
z jego pomocą pelerynę, rękawiczki, kurtkę i czapkę, które (wszystko odbierał
ode mnie) wieszał przy drzwiach na metalowych wieszakach, na których były
jakieś kurtki Evy, Jimmy’ego i Matta.
Nie
miałam przy sobie torebki, bo miałam ją zostawić w domu.
Przeszliśmy
do kuchni i wtedy przyszło mi do głowy, że zostawiam mokre ślady, więc usiadłam
na stołku, by zdjąć buty.
-
Co robisz? - zamruczał zdziwiony David.
-
Nie chcę narobić śladów butów - odpowiedziałam, wskazując na podłogę.
-
Mała - David ciągle mówił tym ściszonym głosem, który brzmiał jak pomruk - …potem
umyję.
-
Och - spojrzałam na niego do góry, ale już nie miałam na sobie butów,
odstawiłam je na bok, więc kiedy wstałam i wyprostowałam się, byłam przy nim
jeszcze mniejsza.
Zadarłam
głowę, żeby spojrzeć na jego twarz.
-
Jaka z ciebie Kruszynka - powiedział David i tym razem jego głos niższy, był
przepełniony innym, głębszym znaczeniem.
Zaparło
mi dech w piersiach piękno jego spojrzenia przy tych słowach.
Miało
to dla niego naprawdę duże znaczenie,
że byłam przy nim i byłam właśnie taka, jaka byłam.
Nie
mogłam zrozumieć swoich uczuć.
Były
całkowicie nowe.
-
Więc, od czego mam zacząć? co robimy? - zapytałam, by ukryć swoje dziwne zmieszanie
tym, jak się czułam.
David
ciągle na mnie patrzył, kiedy odsunął się nieco w bok, więc mogłam zobaczyć
naszykowane na blacie kuchennym talerze, sztućce i kieliszki do wina.
Otworzyłam
szeroko oczy, bo byłam przekonana, że dopiero wszystko gotować i, z tego
powodu, czekać na kolację.
Dopiero
wtedy poczułam zapach jedzenia.
Wszystko
miał gotowe.
Pociągnął
mnie w kierunku jednego ze stołków, posadził tam, po czym podszedł do kuchenki
i zdjął z palnika patelnię.
-
Indyk w ziołach… - powiedział uśmiechając się lekko - …kupiony gotowy, ale
niezły.
Patrzyłam
z podziwem, jak z dużą wprawą nakłada na talerze porcje mięsa, a potem z garnka
wyjmuje dużą łyżką już utłuczone ziemniaki.
Postawił
przede mną talerz wyładowany tak czubato, że otworzyłam oczy i usta, a potem
zaśmiałam się.
Głośno.
-
David… - powiedziałam przez to - …w życiu tyle nie zjem.
-
To ja dokończę - powiedział dziwnym tonem, patrząc z fascynacją na moje usta.
Jego
spojrzenie sprawiło, że moje policzki się rozgrzały, a ja cała zrobiłam się
dziwnie miękka.
-
Taaa… - mruknął David i odwrócił się do blatu.
Jakby
on też poczuł się dziwnie.
Hmmm.
-
Tu mamy żurawinę z zapasów Evy - David pokazał mi jeden ze słoiczków, jakimi
Eva częstowała przy każdej okazji.
-
Chcesz? - zapytał, a ja zdziwiłam się, że w ogóle pytał, bo jeśli ktokolwiek
chociaż raz spróbował wyrobów Evy, to zawsze
chciał więcej.
Więc
dałam mu o tym znać.
-
Och, tak - zawołałam z radością - poproszę.
Wyprostowałam
się i uśmiechnęłam do niego szeroko.
Uwielbiałam
żurawinę robioną przez Evę.
David
podał mi słoiczek, nalał do mojej szklanki colę i zrobił to wszystko z
uśmiechem na ustach i w oczach.
Kochałam
to.
Nałożyłam
sobie żurawinę na indyka i miałam ochotę zabierać się do jedzenia, kiedy David,
który usiadł na stołku obok mnie, odwrócił się do mnie przodem i wyciągnął obie
ręce w moim kierunku.
-
Najpierw podziękujemy - powiedział.
Zadrżałam,
ale to był rozkoszny dreszcz.
Tak
bardzo i tak dawno marzyłam o chociażby najmniejszej możliwości wyrażenia
swojej wdzięczności na głos.
Odwróciłam się do niego całkiem przodem i
wsunęłam swoje obie ręce w jego dłonie.
-
Najpierw ty - zachęcił ciepło, patrząc mi prosto w oczy i potrząsając lekko
moimi dłońmi.
Skupiłam
się, patrząc mu w oczy.
-
Dziękuję za to, że mam tylu przyjaciół - zaczęłam cicho - Jestem bardzo
wdzięczna za to, że się mną ciągle opiekujesz, że dbasz o mnie, że mam cię w
pobliżu - ciągnęłam.
Nie
przerwałam nawet, gdy w jego oczach mignęło coś, co chciałabym zbadać trochę
lub nieco głębiej.
-
…za to, że mam przyjaźń Magnusa - kontynuowałam - nawet jeśli czasem jest
trochę dziwna i za to, że na mojej drodze spotkałam Evę i mogłam odczuć całą
jej dobroć.
Patrzył
na mnie, kiedy przestałam mówić i już miałam mu powiedzieć, że jego kolej,
kiedy się odezwał.
-
Jestem wdzięczny za to wszystko, co dali mi dziadkowie i nie mówię tu o domu,
ale o całej dobroci i uczuciu, którego doświadczałem, kiedy dorastałem, bo
nauczyli mnie, jak być takim mężczyzną, jakim jestem dla ciebie - powiedział
David.
A
ja poczułam nagle jakby mój świat zaczął się wykolejać, by wpaść w nowe tory i
te tory tym razem miały być właściwe.
Tak
dobre to było.
Dla mnie.
-
Jestem bardzo wdzięczny - kontynuował David - że spotkałem Evę, a ona
uszczęśliwiła Jimmy’ego, który zasługuje na szczęście. Jestem wdzięczny za to,
że nas poznała ze sobą, bym mógł spędzać dzisiejszy dzień z tobą.
Tak.
Przypomniał
mi, że mamy dzisiaj i możemy nie mieć więcej, ale też powiedział, że mamy dzisiaj
i powinniśmy być z tego powodu szczęśliwi.
Byłam.
Byłam
bardzo szczęśliwa, bo mogłam spędzić z nim te kilka godzin, a to było o wiele
więcej niż miałam przez ostatnie kilka tygodni.
Więc
się uśmiechnęłam.
-
Dziękuję ci - wyszeptałam.
David
pochylił się w moją stronę i pocałował delikatnie moje usta, zanim się odsunął
i rozkazał - Jedz, bo wystygnie.
Ale
zrobił to tak ochrypłym głosem, że wiedziałam, że to poczuł.
Wdzięczność.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń