środa, 16 marca 2022

18 - Wypadek

 

Rozdział 18

Wypadek

Maggie

 

 

 

 

Następnego dnia po południu

Wychodziłam z pracy do swojego Wranglera, bo David był w pracy.

I tak wysłałam mu SMS’a z informacją:

Wychodzę z pracy, kochanie

I dostałam odpowiedź:

Do zobaczenia w domu,

Jedź bezpiecznie

Miałam plan.

Wydawał mi się idealny.

Miejsce, w którym miałabym spotkać się z agentem Tracker’em, było tylko trochę w bok od trasy, którą zwykle jeździłam z pracy do domu.

Zamierzałam tam podjechać, zabrać swoją torbę i natychmiast wrócić do domu, więc mogłabym wysłać SMS’a do Davida, że wróciłam, z zaledwie niewielkim opóźnieniem i nie zdążyłby się zdenerwować.

Nie chciałam kłamać.

Zwłaszcza Davidowi.

Później powiedziałabym mu prawdę, gdzie byłam.

Nie miałam w samochodzie nawigacji, ale miałam Internet w telefonie, więc włączyłam podpowiedzi dojazdu i ruszyłam w drogę.

Telefon położyłam na siedzeniu pasażera razem z torebką.

Dojechałam bez problemów, zabrałam torebkę i telefon, wysiadłam i zamknęłam Jeepa.

Znalazłam odpowiednie wejście, zapukałam i otworzył mi osobiście agent Tracker.

- Maggie - przywitał się, po czym spojrzał za mnie i zmarszczył brwi - Jest pani sama?

- Dzień dobry agencie Tracker - odpowiedziałam mu - Tak, jestem sama.

- A gdzie David? - spytał marszcząc brwi i patrząc na mnie przenikliwie.

Ojej!

Zdenerwowałam się.

- W pracy - szepnęłam, opuściłam głowę i zagryzłam wargi.

- Dobrze - westchnął w końcu - Niech pani wejdzie.

Odsunął się od drzwi i wpuścił mnie do środka.

Znaleźliśmy się w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu, które wyglądało na stare, nie używane biuro.

Okna były pomalowane białą farbą, na podłodze walały się jakieś papiery, a z mebli było tylko jedno, zakurzone i poobijane biurko i fotel, który wyglądał na zużyty, ale czysty.

Moja torba stała na biurku i była rozpięta.

- Proszę… - powiedział do mnie agent Tracker - to pani rzeczy. Tu ma pani spis wszystkiego, co było w torbie… - podał mi jakiś dokument - może pani porównać ze spisem, który zrobiła pani przed przyniesieniem tego do mnie.

Urwał i spojrzał na to, jak ponownie zagryzłam wargi, bo nie pomyślałam o tym, żeby spisać to, co do niego zaniosłam.

Nie chciałam tego dotykać.

Westchnął, opuścił rękę z dokumentem, opuścił głowę i pokręcił nią powoli.

Przypominał mi Filipa.

Czekałam na to, co miał mi do powiedzenia.

Kilka sekund.

- Okej - wreszcie się odezwał - Są tu obrazy. Cenne. Matisse, Renoir, Monet i inni. Nasi eksperci prawie się popłakali, jak zobaczyli, że były przechowywane w rulonach przez dziesięciolecia, ale określili je wszystkie jako mniej znane, ale nadal cenne.

- Och - westchnęłam i przypomniałam sobie obraz, który zaniosłam dla Evy na Gwiazdkę.

Ucieszyłam się, że jej to dałam.

- Oprócz tego - kontynuował agent Tracker - akcje różnych spółek i obligacje państwowe na okaziciela. Nie zostały skradzione, a przynajmniej nikt ich nie poszukuje. Oceniono ich obecną wartość na jakieś sto, może więcej, tysięcy dolarów.

O Panie!

Stałam tam i patrzyłam na niego z otwartymi ustami.

- No i - ciągnął dalej niezrażony moim brakiem reakcji - oczywiście gotówka. Też nieco ponad sto tysięcy dolarów.

Poczułam, że zaczyna mi się od tego kręcić w głowie.

- Z dokumentów jest tam właściwie tylko list - dodał agent Tracker - spisany na maszynie, podpisany przez pani dziadka, więc poznaliśmy jego nazwisko. Pisze o zmianie nazwiska przez pani babcię i przekazuje jej wszystkie aktywa zgromadzone, jak napisał, na drodze legalnych transakcji przy okazji jego innych działań.

Wyprostowałam się i spojrzałam bardziej przytomnie na agenta Tracker’a.

- Innych działań? - wypchnęłam z siebie prawie bez tchu, bo właśnie tego chciałam się dowiedzieć.

Musiałam wiedzieć, czy mój dziadek był przestępcą.

Nie chciałam, ale musiałam.

- Maggie - powiedział agent Tracker łagodnie - Jeszcze nie wiem, czym się zajmował pani dziadek. Minęło wiele lat. Ale obiecuję, że postaram się dowiedzieć.

- Dobrze - odparłam.

Nagle dotarło do mnie, że powinnam już się z nim pożegnać, jeśli chciałam zdążyć do domu przez Davidem.

- Jeśli to wszystko… - powiedziałam, sięgając po torbę.

- Tak - mruknął agent Tracker - Na razie to wszystko. Proszę to zabrać - podał mi ten dokument, którego do tej pory nie wzięłam z jego ręki.

Złapałam go i wetknęłam na wierzch rzeczy w torbie, a potem zapięłam ją na suwak.

- Przepraszam, ale muszę już jechać - powiedziałam facetowi.

- Tak, oczywiście - powiedział i zabrał torbę z mojej ręki - odprowadzę panią do samochodu.

Wyszliśmy razem, agent Tracker wsunął torbę, jak go poprosiłam, na podłogę przed siedzeniem pasażera, nadal zaciskając zęby, jakby chciał się powstrzymać od powiedzeniem czegoś na temat mojej mądrości i pożegnałam się z nim.

Wsiadłam do Wranglera i ruszyłam w drogę powrotną tak, jak poprzednio kierowana podpowiedziami z Internetu z telefonu.

Wszystko było dobrze.

Wszystko się udało.

Odetchnęłam z ulgą.

Było ciemno, jechałam nieznaną mi drogą, zerkałam co chwilę na siedzenie pasażera, gdzie leżał mój telefon, więc nie zauważyłam ostrego zakrętu.

Może, gdybym się tak nie spieszyła do domu…

Może, gdybym nie miała tak mało sprawnej ręki, bo bolała mnie klatka piersiowa, bo nadal nie wzięłam leku…

Może…

Niezależnie ile „może” bym wymieniła, jedno się nie zmieniało.

Straciłam panowanie nad kierownicą i mój Wrangler wypadł z drogi, a następnie stoczył się w dół nasypu.

Ogarnęła mnie ciemność.

*****

Ocknęłam się i nie wiedziałam ile czasu upłynęło, ale słyszałam dźwięk dzwonka z mojego telefonu.

David się niepokoił.

Wisiałam zapięta pasem w kabinie mojego Wranglera, który leżał na boku w ciemnym dole obok drogi, którą nic nie jechało.

Nie wiedziałam, gdzie był mój telefon.

Nie widziałam światła z jego ekranu, ale słyszałam go jakby z daleka.

Nie mogłam się odpiąć z pasów.

Byłam bezradna i bardzo obolała.

Żeby nie panikować, zaczęłam powtarzać w myślach tabliczkę mnożenia, która wiele razy wybawiła mnie z oszołomienia.

Doszłam do pięciu, kiedy sobie coś przypomniałam.

Filip.

Kiedy Filip zabierał ode mnie podsłuch i telefon, zostawił mi przenośny GPS z funkcją przycisku paniki.

Miałam zapytać Davida, jak to działa i, czy odebrał wtedy mój sygnał, ale nigdy tego nie zrobiłam.

Jednak ciągle, automatycznie, przykładałam pudełeczko z kieszeni do kieszeni, więc miałam je również w płaszczu, który miałam na sobie tego dnia.

Musiałam sięgnąć do kieszeni.

Zgięłam lewą rękę i przeniknął mnie taki ból, że aż krzyknęłam.

Zacisnęłam zęby i spróbowałam jeszcze raz.

Musiałam się bardzo postarać, żeby wsunąć palce do kieszeni, zaciśniętej częściowo pod moim tyłkiem, ale w końcu oddało mi się to.

Miałam to!

Objęłam palcami pudełeczko, ścisnęłam i… nic.

Wysunęłam z kieszeni dłoń z pudełeczkiem i podniosłam ją do ust.

Ścisnęłam jeszcze raz, zaciskając oczy i modląc się w myślach David, proszę, usłysz mnie.

Nie bałam się o siebie, ale o niego.

Przy mnie mógł zwalczyć te potwory, które go gnębiły.

Byłam jedyną, która go chroniła przed złymi myślami.

A potem mijały kolejne minuty, kompletnie nic się nie działo i zaczęły nachodzić mnie złe myśli.

Nie byłam widocznie warta tego, żeby mieć coś dobrego.

Nie byłam niezastąpiona, więc David w końcu znajdzie sobie kogoś lepszego, przy kim lepiej pokona potwory i ruszy dalej beze mnie.

Byłam taka głupia, kiedy sądziłam, że mogę coś zrobić dobrze, właściwie.

Eva kiedyś powiedziała, że na złe myśli pomagały jej piosenki.

Nie miałam szansy na znalezienie tej właściwej, ale postanowiłam dla Davida walczyć ze złymi myślami i spróbowałam włączyć moje radio samochodowe.

Nawet go nigdy nie używałam, więc nie wiedziałam, czy jest sprawne.

Wyciągnęłam palec prawej ręki, wcelowałam, wcisnęłam coś i poczułam się nagle strasznie słaba.

Opadłam na oparcie fotela nieco bokiem, wisząc na pasach bezpieczeństwa w moim Wranglerze i słuchałam dźwięków radia, które jakimś cudem się uruchomiło.

…W ten wspaniały wieczór, dla wszystkich zakochanych jedna z niewielu. Piosenka o miłości, która nie mówi o złamanym sercu. Przed państwem niepowtarzalny Jaymes Young w piosence Infinity[1]

Wysłuchałam zapowiedzi i prawie się zaśmiałam na ironię losu.

Nie powiedziałam Davidowi, że go kocham i nagle Wszechświat mówił mi przez radio, że piosenka dla zakochanych to piosenka o wieczności.

A potem słuchałam tej piosenki i już widziałam, że właśnie to chciałam powiedzieć Davidowi.

Bo kocham cię na nieskończoność

Kocham cię na wieczność

O Panie!

Co ja bym oddała, żeby móc to powiedzieć Davidowi.

Chociaż raz w życiu.

Piosenka się skończyła, prezenter mówił coś, puścił reklamy, a potem zapowiedział następną piosenkę, kiedy przez dźwięki radia usłyszałam głosy.

Obejrzałam się i zobaczyłam światło latarek.

- Tu jestem - krzyknęłam, nagle odzyskując siły.

I zaczęłam się śmiać.

*****

David

David skończył pracę i wychodził z remizy, a robił to patrząc ze zmarszczonymi brwiami na ekran swojego telefonu.

Jimmy szedł obok niego.

- Co jest, stary? - Spytał Jimmy kumpla.

- Maggie powinna już dawno napisać, że jest w domu - mruknął David i zaczął wybierać jej numer.

- Przesadzasz - powiedział bez przekonania Jimmy, ale obaj dobrze wiedzieli, że David miał powody, żeby być przewrażliwionym.

David słuchał sygnału wybierania jej numeru w swoim telefonie i nie miał szczęśliwej miny.

Nie odbierała.

Popatrzył na Jimmy’ego ponuro i zobaczył, jak Jimmy marszczy brwi.

Zaczął wybierać jej numer jeszcze raz, a wtedy jego telefon zadźwięczał sygnałem alarmu, który już raz David słyszał, a którego nie powinien słyszeć.

Ani wtedy, ani teraz.

Rzucił się biegiem do swojego Grand Cherokee, kiedy usłyszał, jak Jimmy biegnie za nim i krzyczy za jego placami - David, co jest?

Ale David już wybrał numer Filipa.

- Yo - usłyszał po pierwszym sygnale.

- Zabrałeś od Maggie ten GPS? - spytał bez wyjaśnień.

- Nie, miałem ci… - zaczął Filip.

- Namierz go - rzucił David i przerwał połączenie.

Odwrócił się do Jimmy’ego, który był tuż za nim.

- Maggie dostała ode mnie GPS z funkcją przycisku paniki, kiedy miała tamte problemy - wyjaśnił mu, jednocześnie otwierając tylne drzwi swojego SUV’a, by  wrzucić tam torbę z ubraniami do prania - …nie oddała go, a teraz ktoś go nacisnął.

- Okej - rzucił Jimmy - jadę z tobą.

- Jimmy - David go zatrzymał - Nie możesz nic powiedzieć Evie.

- Wiem, stary… - rzucił Jimmy i podszedł do swojego czarnego Highlandera - poradzę sobie.

Obaj wsiedli i David pierwszy wyjechał na ulicę z ich parkingu, kierując się w stronę Downtown, gdzie mieściło się biuro Maggie, kiedy zadzwonił jego telefon, podłączony do komputera samochodowego.

- Mów - warknął David do Filipa.

- Jest na 1700 E w okolicy Emerson Ave, ale dokładniej określę, jak będę na miejscu - powiedział Filip i David wiedział, że kumpel już jedzie.

- Okej - powiedział David - jestem w drodze i Jimmy jedzie za mną.

- Dobra - mruknął Filip - Sorki stary, że ci nie powiedziałem.

- Nawet dobrze się stało - odparł David, wpisując jednocześnie w swojej nawigacji adres i ciągle mając cholerną nadzieję, że to nie było nic poważnego.

Wolałby cholerny fałszywy alarm od tego, żeby znowu coś złego przytrafiło się jego Maggie.

Mieli ostatnio kilka dobrych dni.

Naprawdę dobrych.

I David bardzo chciał, żeby tak zostało.

- Nara - rzucił Filip i rozłączył się.

David przyspieszył.

Jimmy trzymał się tuż za nim.

Dojechali na skrzyżowanie 1700 E i Emerson Ave w ciągu pięciu minut i, kiedy wysiadali, Filip właśnie tam dojeżdżał.

Kumpel Davida wyskoczył z tabletem w dłoni i od razu się rozejrzał.

Nie potrzebowali więcej podpowiedzi.

Nie było skrzyżowania 1700 E i Emerson Ave, ale był ostry zakręt.

Davidowi skóra ścierpła na widok niedawno skoszonych krzaków, które nosiły ślady wypadku.

Jakby samochód wypadł z drogi.

Wszyscy trzej mieli w dłoniach telefony, David w drugiej dłoni dodatkową latarkę, ale kumple włączyli latarki w swoich telefonach i oświetlali zbocze.

W dole wisiał przechylony na bok Wrangler Maggie.

Kurwa.

Nie wymienili zbędnych słów, po prostu zeszli ostrożnie, oświetlając sobie nawzajem drogę latarkami.

- Tu jestem - David usłyszał głos Maggie.

Dzięki pieprzonemu Chrystusowi.

Nic jej się nie stało.

Najwidoczniej nie mogła się uwolnić i nie mogła sięgnąć do telefonu.

David podszedł bliżej i usłyszał śmiech Maggie.

Kurwa, jego kobieta była zrobiona z pieprzonej stali, żeby śmiać się w takim momencie.

Zbadał sytuację, stwierdził, że może spokojnie spróbować otworzyć drzwi, bo Jeep nie wisiał niebezpiecznie i nie spadłby niżej, więc szarpnął za klamkę.

Jimmy podszedł do niego i przytrzymał drzwi, które musieli otworzyć do góry, bo samochód leżał na boku.

David wsadził głowę do środka kabiny.

- Cześć, kochanie - powiedziała Maggie absurdalnie spokojnie.

- Cześć - powiedział David oceniając jej stan - Może później zechcesz mi wyjaśnić, co robiłaś w tej okolicy.

Zobaczył, że zagryzła wargi tak, jak to często robiła i odwróciła wzrok na stronę fotela pasażera.

Na drzwiach od tamtej strony leżała torba, którą przywieźli z Denver.

Była u Tracker’a.

Kurwa.

David zacisnął zęby, wychylił się za nią i sięgnął do jej pasa.

- Złap się mnie - mruknął.

Objęła jego szyję jakoś niezgrabnie, ale odpiął jej pas, złapał ją natychmiast za plecy, a drugą ręką w talii i zaczął ciągnąć do siebie.

Usłyszał jęk bólu.

Kiedy miał ją poza samochodem stanął i spojrzał na jej twarz.

Zemdlała.

Kurwa, kurwa, kurwa.

- Weź tamtą torbę - mruknął do Jimmy’ego.

Filip szukał czegoś po okolicy i David zauważył, że kumpel wyciąga z trawy telefon Maggie, a potem grzebie w kabinie.

David nie patrzył dłużej w jego stronę.

Wyszedł na drogę z Maggie w ramionach.

*****

Maggie

Ocknęłam się w szpitalu.

Byłam w całym moim ubraniu na szpitalnym łóżku lub noszach, na szpitalnym korytarzu, a David stał obok mnie i na kogoś warczał.

Wściekle.

- Kurwa, przecież widzi pani, że jest nieprzytomna po wypadku.

- David - szepnęłam.

Odwrócił się do mnie gwałtownie.

- Maggie - powiedział z ulgą w głosie.

Złapał mnie za rękę i przysunął twarz do mojej.

- Nic mi nie jest - mówiłam, ale mój głos był słaby i łamał się.

Próbowałam podnieść drugą rękę, ale była strasznie ciężka.

- Racja - mruknął David delikatnie odgarniając mi z twarzy włosy, które najwidoczniej uwolniły się z upięcia w tyle mojej głowy - Ale upewnimy się. Poczekamy aż zbada cię lekarz i zrobią ci prześwietlenie.

- Jesteś głodny - szepnęłam - Zmęczony…

- Maggie - powiedział cicho i musnął wargami moje czoło - …bez ciebie to i tak nie ma znaczenia.

Beze mnie?

O Panie!

Wtedy przyszedł lekarz i zabrali mnie do jakiejś sali.

Poddałam się badaniu, do którego potrzebna była pielęgniarka, bo nie mogłam podnieść ręki, żeby się rozebrać.

Chciałam, żeby David był ze mną, ale mu nie pozwolili.

Kiedy lekarz zobaczył moje blizny, zacisnął zęby i uznałam, że to odruch mężczyzn, do którego muszę się przyzwyczaić.

Skorzystałam z okazji i powiedziałam mu o leku przeciwbólowym.

Obiecał wypisać mi receptę, a doraźnie jedną tabletkę przyniosła mi pielęgniarka od razu.

Natychmiast ją połknęłam.

Nic innego mnie nie bolało, a kiedy powiedziałam, że nie uderzyłam się i nie rozpięły mi się pasy, lekarz dał się uprosić o zrezygnowanie z prześwietlenia, zalecił mi kontakt „w razie komplikacji” (o rany, zaczynałam się denerwować na dźwięk tych słów).

Ubrałam się i wyszłam do Davida na korytarz o własnych siłach.

Siedział z głową zwieszoną, z rękoma opartymi łokciami o kolana i splecionymi przed nim.

Zerwał się na mój widok.

- Już? - zdziwił się - A prześwietlenie, a…

- Wszystko jest w porządku - zapewniłam go i usłyszałam, że za mną wychodzi lekarz.

Miałam nadzieję, że nie powie niczego, co zdenerwowałoby Davida.

- Dzień dobry - powiedział lekarz do Davida - rozumiem, że jest pan partnerem pani O’shea.

David mruknął coś niewyraźnie, co lekarz uznał za potwierdzenie i/lub przywitanie.

- Pani Magdalene nie jest nawet potłuczona. Omdlenie spowodowane było reakcją bólową związaną ze starymi bliznami. Zalecam konsultację w tej sprawie i próbę zmniejszenia bliznowców, bo to może zmniejszyć ból.

David patrzył na niego, jakby wreszcie znalazł kogoś, z kim warto rozmawiać.

Miałam ochotę złapać go za rękę i wyciągnąć stamtąd.

- Ten… bliznowiec… - zaczął David.

- Cóż - lekarz najwyraźniej się rozkręcał - sam bliznowiec nie powoduje bólu, ale najwyraźniej u pani blizny są głębokie i sięgają do mięśni i zakończeń nerwowych, które się tam znajdują. Lub blizna spowodowała tak małą elastyczność, że ból dotyczy rozciągania skóry. Pracuję również na oddziale Chirurgii Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń…

- Nie będziemy panu teraz zabierać czasu - wtrąciłam się - Czy ma pan może wizytówkę?

Dostaliśmy wizytówkę, złapałam Davida za rękę i wyciągnęłam go ze szpitala, mamrocząc po drodze pożegnania i podziękowania.

Dowiedziałam się, że David wyjął z mojej torebki moją kartę z ubezpieczalni, żeby wypisać kartę przyjęcia na Izbie Przyjęć.

Najwidoczniej długo byłam nieprzytomna.

Dlaczego, Panie, dlaczego nie straciłam przytomności wtedy, dawno temu, kiedy tak bardzo chciałam stracić przytomność, żeby nie czuć bólu, a straciłam ją teraz, kiedy przestraszyłam tym Davida.

David wsadził mnie do swojego Cherokee, powiedział, że Filip zajął się wyciągnięciem mojego Wranglera z dołu, a Jimmy, który też był z nimi, pojechał do Evy, żeby nie musieć jej dużo tłumaczyć.

Miałam nadzieję, że nic jej nie będzie tłumaczył, a najlepiej byłoby, gdyby po prostu nic jej nie powiedział.

Kiedy dojechaliśmy do mojego mieszkania, David wysadził mnie jak zwykle, więc znalazłam się w jego ramionach.

Nie odsunął się, tylko objął mnie mocno i przycisnął do siebie.

Staliśmy tak przez chwilę, a potem odsunął się tylko na tyle, żeby zamknąć za mną drzwi swojego Cherokee.

Przeszliśmy razem, bo mnie nie puścił, do tylnych drzwi i z tylnego siedzenia wyciągnął moją torbę, którą przywiozłam od agenta Tracker’a.

Miałam na ramieniu torebkę, a całym bokiem ciała byłam przyciśnięta do Davida i w ten sposób poszliśmy na schody, a potem na górę i do drzwi mojego mieszkania.

David otworzył swoim kluczem, który sięgnął po drodze z kieszeni i weszliśmy bokiem, bo nie puścił mnie nawet wtedy, kiedy przechodziliśmy próg.

O Panie!

Ktoś tu przejął się tym, co mi się stało o wiele bardziej niż ja sama.

*****

Cztery dni później

Była sobota i byłam sama w domu Davida.

David był w pracy.

Po moim wypadku przekonałam się, że David naprawdę mnie kocha.

Nie, żebym mu nie wierzyła, ale słyszenie, jak ktoś to mówi, a zobaczenie tego, to były dwie różne sprawy.

Trzymał mnie blisko siebie, bardzo blisko, budził się w nocy, żeby sprawdzić, czy na pewno jestem z nim (i czasami budził przy tym mnie, więc wiedziałam), pisał do mnie w czasie pracy.

Kontrolował mnie, ale chodziło mu o kontrolę tego, czy jestem w porządku, a ja nastraszyłam go, więc się temu poddawałam.

Robiłam wszystko, żeby go uspokoić.

Kiedy stał przede mną w kolejce w sklepie, dotykałam jego pleców.

Kiedy nie mógł mnie zobaczyć, bo byłam w innym pomieszczeniu, starałam się co chwilę mu coś powiedzieć.

Pisałam mu SMS-y lub wysyłałam emotikonki.

Dawałam mu znać, że jestem.

Widziałam ciągle w jego oczach ten sam strach, który zobaczyłam, kiedy wyciągnął mnie z mojego Wranglera.

Miałam nadzieję, że kiedyś zniknie, ale na razie musiałam mu to dać.

Zapewnienie.

Chwilowo byłam bez samochodu, ale David przyjął do wiadomości, że mam pieniądze i była nadzieja, że jakiś kupimy.

Najpierw skierowaliśmy się do tej adwokat, którą poleciła nam Eva.

Była to rdzenna Amerykanka z przepięknymi, prostymi, czarnymi włosami i pięknie ukształtowanymi kośćmi policzkowymi.

Bardzo dobrze mi się z nią rozmawiało, bo mówiła oszczędnie, na temat i umiała mi doradzić.

Kiedy opowiedziałam jej o stanie mojej mamy, stwierdziła, że najlepiej z ujawnieniem testamentu poczekać „do rozwiązania tej sytuacji”.

Była delikatna, ale nie musiała.

Byłam świadoma tego, że mama już długo nie pożyje.

Właściwie nie odzyskiwała przytomności, bo dawki morfiny, którą otrzymywała, były tak duże, że cały czas ją usypiały.

Inaczej była nieprzytomna z bólu.

Adwokat poradziła mi jednak nie włączanie do testamentu gotówki.

Nie byłam pewna, czy to legalne, ale agent Tracker powiedział mi, że nie ma żadnych zapisów tego, co otrzymałabym w spadku.

Za co chyba powinnam mu podziękować.

Oznaczało to, że mogłam wpisać w masę spadkową obrazy, akcje i obligacje, które były w testamencie dziadka, zapłacić za nie podatek, a gotówkę, której dziadek nie wymienił, wydać na swoje potrzeby bez przechodzenia całej procedury.

W pierwszej kolejności chciałam kupić nowy samochód.

David był za tym, żebyśmy najpierw poszli do lekarza.

Do prywatnego lekarza, który pomógłby mi zmniejszyć blizny (czy jakkolwiek to się nazywało) i na zawsze uniknąć bólu.

To było tak kuszące, że nie opierałam mu się długo i nie dyskutowałam wiele z nim o tym.

Byliśmy wczoraj na pierwszej wizycie, żeby ustalić plan leczenia.

Lubiłam to.

Leki, które brałam działały dobrze, ale jednak… musiałam je brać.

Czytałam o nich, że mogą spowodować uzależnienie, a tego nie chciałam.

A poza tym, cóż, mogła się znowu przytrafić taka sytuacja, jak ostatnio, że mogłoby mi ich zabraknąć.

Nie mówiąc już o tym, że zaczęłam sobie wyobrażać, jakiego pięknego syna mogłabym mieć z Davidem.

Tak.

Zaczęłam marzyć.

Na porę lunchu umówiłam się z Magnusem, że przyjedzie po mnie, pojedziemy coś zjeść i zawiezie mnie do szpitala.

Powiedziałam sobie, że, skoro miał dla mnie czas, to ja mu się zrewanżuję opowiadaniem o wszystkim.

Wszystkim.

Pojechaliśmy na lunch do baru, gdzie zjedliśmy frytki z chrupiącymi nóżkami kurczaka i wypiliśmy colę.

Siedzieliśmy tam godzinę.

Opowiedziałam Magnusowi o Davidzie, wypadku, o torbie i pani adwokat.

Magnus patrzył na mnie otwartymi szeroko oczami, a na koniec stwierdził, że moje życie jest ciekawsze niż niejedna książka.

Nie uznałam tego za plus.

Chyba wolałabym mieć nudne, monotonne życie.

A na pewno David wolałby, żeby moje życie takie było.

Pojechaliśmy do hospicjum, gdzie Magnus przekonał się, że moja mama faktycznie cały czas śpi i stała się dla mnie nieszkodliwa, więc zgodził się pojechać do sklepu na czas, kiedy ją myłam i przebierałam.

A potem musiał wracać do domu, więc odwiózł mnie do domu Davida, gdzie zajęłam się różnymi sprawami, żeby nie denerwować się czekaniem.

Zrobiłam pranie.

Naszykowałam kolację, to znaczy pokroiłam ziemniaki, pieczarki i warzywa, a potem włożyłam mięso do marynaty.

Zamierzałam zrobić pieczeń i ziemniaki duszone z warzywami i pieczarkami.

Przepis na to dostałam od Eva jakiś czas temu, ale nigdy nie miałam okazji go wypróbować.

Tego dnia Eva była na jakimś meczu, bo Matt miał pierwszy raz grać na otwartym, pełnowymiarowym boisku i go tam zawiozła.

Miała go dopingować razem z Alice, Bertem i Eddiem, bo Jimmy pracował razem z Davidem i nie mógł się zamienić, skoro niedawno wrócił z urlopu.

Nawet przez chwilę żałowałam, że nie pojechałam z nimi, ale musiałabym czekać później, aż mnie by ktoś odwiózł.

A poza tym nie lubiłam tłumów.

Więc zajmowałam się codziennymi domowymi sprawami i byłam całkiem szczęśliwa, że to mam.

Dom.

Dom Davida był swojski.

Przytulny, ciepły i uporządkowany.

Dokładnie taki, jaki chciałabym kiedyś mieć.

W kuchni brakowało nowszych sprzętów i zmieniłabym może układ ustawienia wszystkiego wobec siebie, ale lubiłam się po niej poruszać.

Miałam na sobie moją niebieską koszulkę i powycierane dżinsy, byłam całkiem boso i z rozpuszczonymi włosami.

Czułam się swobodnie.

Kiedy uporządkowałam kolację, posprzątałam kuchnię i wszystko wymagało już tylko włączenia kuchenki i piekarnika, przeszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby przełożyć pranie do suszarki.

Potem wróciłam do kuchni i wyjęłam telefon, bo David już dawno nie dawał mi żadnego znaku.

Spojrzałam na ekran i przekonałam się, że minęła czwarta, więc włączyłam piekarnik i ustawiłam w telefonie alarm, żeby przestawić grzanie w piekarniku na niższy poziom za kilkanaście minut.

Ostatniego SMS’a od Davida miałam już ponad dwie godziny wcześniej, po moim powrocie do domu z hospicjum i lunchu z Magnusem.

Napisałam więc do niego:

Wstawiłam pieczeń na kolację

I dodałam😋

Zajęłam się sprzątaniem w salonie, nawet jeśli nie było potrzebne.

Piętnaście minut później zadzwonił mój alarm i przestawiłam piekarnik, a potem spojrzałam na wiadomości i zdenerwowałam się.

Nic od Davida.

Napisałam więc:

Czy wszystko w porządku?

I poszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby wyjąć pranie z suszarki.

Telefon schowałam do kieszeni na tyłku i cały czas go czułam, bo myślałam tylko o tym, że David nie napisał.

Byłam w jego wbudowanej szafie, która właściwie była garderobą, kiedy mój telefon zaczął dzwonić.

Upuściłam kosz z praniem, które miałam porozkładać na półki i do szuflad i wyszarpnęłam telefon z tylnej kieszeni dżinsów.

David!

- David - westchnęłam z ulgą na powitanie.

- Mała - przywitał się David i na dźwięk jego głosu ponownie się spięłam.

Nie brzmiał właściwie.

- Maggie, mieliśmy wypadek w pracy - mówił mi David, a ja natychmiast ruszyłam w stronę kuchni.

Nie wiedziałam sama, co chciałam zrobić.

Nagle pomyślałam o tym, że nie miałam samochodu, byłam w domu Davida, więc daleko od znajomych, właściwie bez możliwości ruchu.

Zamknięta.

- Ze mną wszystko w porządku - powiedział David, jakby wyczuł moje zdenerwowanie, chociaż nie odezwałam się - Jimmy jest w szpitalu.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze do płuc.

Eva!

- Jesteśmy w poczekalni z Evą - kontynuował David, który usłyszał mój wdech - Ale jeszcze nic nie wiemy.

- Okej - wypchnęłam z trudem.

- Mała - powiedział David bardziej stanowczo - ze mną jest wszystko w porządku. Dzwonię, żebyś wiedziała, że spóźnię się na kolację.

- Okej - wypchnęłam znowu.

- Maggie - zawołał David i skupiłam się na nim.

- Co? - spytałam, kiedy nic nie mówił.

- Jest w porządku - powtórzył David z naciskiem i po tym wiedziałam, że oczekuje, żebym była silna i pokazała mu, że jestem.

- Tak - szepnęłam - Wiem. Wszystko w porządku.

- Nie mogę się doczekać tej pieczeni - powiedział David spokojniejszym głosem.

Prawie żartobliwie.

Tak.

Musiałam mu to dać.

Uspokojenie.

- To dobrze - powiedziałam łagodnym głosem - Bo będzie pyszna.

- Dobrze - mruknął David - Nara, Kruszynko.

- Do zobaczenia, kochanie - odpowiedziałam mu, a potem słuchałam sygnału, kiedy się rozłączył.

Nie powiedziałam mu, że ze mną absolutnie nie było w porządku.

Ani odrobinę.

Stałam przy blacie w kuchni i bardzo, bardzo starałam się oddychać w miarę spokojnie.

Ale nie mogłam.

Kiedy stwierdziłam, że nie dam rady, w miarę przytomnie wyłączyłam piekarnik i poszłam na górę.

Weszłam do wbudowanej szafy Davida, gdzie zostawiłam rozrzucone pranie i automatycznie zaczęłam je porządkować.

Pochowałam slipy i skarpetki Davida do szuflady, moją bieliznę do drugiej, którą David wcześniej wskazał mi, żebym zajęła na swoje rzeczy, a potem sięgnęłam po koszulki.

Garderoba/szafa Davida była na tyle głęboka, że na tylnej ścianie miała półki pawlaczowe, a pod nimi drążek na wieszaki.

Na ścianie po lewej stronie stała wysoka, płytka, prawie pusta komoda z szufladami a po prawej stronie nie było nic.

Chowając rzeczy do szuflad opierałam się o tą prawą ścianę.

Kiedy wzięłam do ręki koszulkę Davida, żeby ją złożyć przed schowaniem, dotarło do mnie to, co powiedział.

W ich pracy zdarzały się wypadki.

Czasami trafiali do szpitala.

Bywali ranni.

Mogłam go stracić.

Nie mogłam stracić Davida.

Kochałam go.

Nie mogłam go stracić.

Osunęłam się plecami po ścianie, przycisnęłam do siebie jego koszulkę przycisnęłam głowę do kolan, które miałam zgięte przed sobą i zaczęłam się kołysać.

A potem coś we mnie pękło.

O Panie!

Powoli zamieniałam się w fontannę.

Łzy płynęły po cichu i nieubłaganie wsiąkały w koszulkę Davida, którą przyciskałam do twarzy, chociaż wiedziałam, że to bez sensu.

Davidowi nic się nie stało.

Był w porządku.

Siedziałam tak i nie byłam zdolna do znalezienia w sobie logicznej myśli.

Po prostu płakałam.

Przez długi, bardzo długi czas.

A potem dotarło do mnie.

Zrozumiałam, dlaczego David tak zareagował na mój wypadek.

On też nie chciał mnie stracić.

Należeliśmy do siebie.

Byłam jego.

Byłam jego do kochania, do stworzenia miejsca na Ziemi, do opiekowania się nim.

Byłam jego, żeby on opiekował się mną.

Więc wstałam, wyszłam z szafy, poszłam do łazienki, żeby umyć twarz, a potem wróciłam do porządkowania ubrań w szafie.

Przemoczona koszulkę Davida zabrałam z powrotem do prania, a kiedy wróciłam na dół, przeszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby sprawdzić, czy David nie potrzebuje jeszcze czegoś do wyprania na kolejne dni do pracy.

Potem poszłam do kuchni, żeby dokończyć robienie kolacji tak, żebym mogła ją tylko odgrzać, kiedy wróci do domu mój mężczyzna, który będzie zmęczony i zmartwiony stanem przyjaciela.

*****

Trzy godziny później

Kiedy David wrócił wreszcie do domu późnym wieczorem, zjadł kolację i poszliśmy do łóżka.

Leżeliśmy przytuleni, ja na nim dokładnie tak, jak to lubiliśmy, kiedy opowiedział mi, co się stało.

Prawdopodobnie bez szczegółów, ale i tak się zdenerwowałam.

Starałam się tego nie okazywać, żeby mój mężczyzna nie martwił się moim zdenerwowaniem, ale i tak to zauważył.

Uważał mnie jednak za silną.

Silniejszą niż byłam w rzeczywistości.

Zapytałam go wtedy, w jaki sposób poznali się z Jimmy’m i zaprzyjaźnili.

Opowiedział mi.

- Byliśmy razem na misji - mówił - Nie mogę ci powiedzieć gdzie, ale było gorąco. Wracałem jeepem z kolegami z akcji. Byliśmy zadowoleni, bo nikt nie zginął, nie musiałem strzelać, a złapaliśmy kilku złych, którzy zabijali cywili w okolicy. Rozdzieliliśmy się, bo część moich pojechała odwieźć tamtych do aresztu, kiedy natknęliśmy się na pułapkę. Samochód, którym jechałem przewrócił się. Byłem ranny, bo przycisnęło mnie do wygiętej blachy.

Słuchałam w milczeniu i bardzo, bardzo starałam się nie wyobrażać sobie Davida rannego, przyciśniętego przewróconym samochodem do blachy, która spowodowała jego ranę, przez którą się wykrwawiał.

- Byliśmy dodatkowo pod ostrzałem - ciągnął dalej David - wtedy przyjechał samochód medyków. Jimmy był w nim z lekarzem i jeszcze jednym ratownikiem. To Jimmy był tym, który mnie opatrzył, wyciągnął i zaniósł do karetki. Uratował mnie.

- O Panie! - westchnęłam przejęta.

- Tak - mruknął David.

Zrozumiałam dlaczego David czuł to wobec Jimmy’ego.

Nie musiałam wnikać, dlaczego Jimmy czuł to tak wobec Davida.

David był szczodrym i lojalnym przyjacielem, więc, jak czuł się tak wobec Jimmy’ego, to na pewno dawał Jimmy’emu wszystko, czego Jimmy potrzebował.

Eva kiedyś mi powiedziała, że David wielokrotnie ratował ich w czasie ich kryzysów i wierzyłam, że to robił.

Właśnie taki był.

Mój wspaniały mężczyzna.

Po tym, czego się dowiedziałam, poczułam się jaszcze bardziej wdzięczna.

Dzięki Jimmy’emu mogłam mieć Davida.

Mogłam też do niego należeć.






5 komentarzy: