wtorek, 1 marca 2022

Prolog - Głupia

 

Prolog

Głupia

 

  

Gdzieś w Wyoming

- Maggie, Kociątko - powiedziała do mnie babcia swoim łagodnym, cichym głosem, głaszcząc mnie delikatnie po włosach - jesteś mądrą dziewczynką, więc dasz radę to zrobić sama.

- Dobrze, babciu - odpowiedziałam cichutko i westchnęłam.

Moja babcia była nieduża, jak na dorosłą, miała ładne, szare włosy, zwykle spięte z tyłu głowy, nosiła ładne sukienki w kwiatki, okulary i zawsze łagodnie się do mnie uśmiechała.

Podparłam głowę ręką i myślałam.

Babcia nie odrabiała nigdy za mnie moich lekcji, ale zawsze, ale to zawsze mi pomagała.

Wiedziałam to.

Wiedziałam, że zawsze mi pomoże.

Siedziałyśmy obie z babcią przy niedużym stole w ciepłej i zawsze pięknie pachnącej jedzeniem kuchni w domu babci, pochylone nad zeszytem z moim zadaniem domowym z angielskiego.

Lubiłam dom babci.

Był czysty i pachnący, miał dużo ładnych mebli, które były powyginane i miękkie oraz poduszek, serwetek i firanek.

Ale najważniejsze było to, że był babci.

A moja babcia była najwspanialsza na całym Świecie.

Moja babcia była bardzo dobra, bardzo mądra i bardzo cierpliwa.

Nigdy się nie denerwowała, kiedy coś popsułam, albo nie umiałam rozwiązać zadania domowego.

Przenigdy.

Kochałam ją.

- Babciu - poprosiłam w końcu - pomóż mi, proszę.

Nie płakałam.

Nigdy nie płakałam.

Nauczyłam się tego dawno temu.

Tak dawno, że nawet nie pamiętałam, jak się płacze.

- Kochanie - powiedziała mi wtedy babcia - musisz się nauczyć robić sama takie ćwiczenia, bo nie zawsze będę z tobą.

Popatrzyłam na nią.

Uśmiechnęłam się niedowierzająco.

Babcia będzie zawsze.

Jak mogłoby jej nie być?

Ale posłuchałam jej, bo zawsze słuchałam mojej babci.

Postarałam się naprawdę bardzo, bardzo mocno i zrobiłam zadanie domowe z angielskiego prawie całkiem sama.

A potem przepisałam je na czysto tak, jak babcia mnie nauczyła.

Babcia dała mi za to piękny zeszyt.

I piękny uśmiech.

*****

Rok później

Zawahałam się.

Wiedziałam, że nie powinnam tego robić.

Ale musiałam.

Wstałam z mojego chwiejnego drewnianego krzesełka, które miałam przy malutkim biurku w kąciku głównego pokoju w naszym mieszkaniu.

Byłam ubrana w piżamkę, bo miałam spać.

Ale nie było bardzo późno i nie byłam śpiąca.

Pisałam sobie tam cichutko dodawanie i mnożenie w brulionie, który dawno temu kupiła mi babcia.

Bardzo bolał mnie brzuszek w taki sposób, w jaki już kilka razy kiedyś mnie bolał, więc wiedziałam co to jest.

Byłam bardzo głodna.

Mamusia była od dawna zajęta w sypialni z tatusiem.

Mieli zamknięte drzwi i wiedziałam, że, kiedy tak dziwnie, denerwująco skrzypiało ich łóżko, nie miałaby za bardzo ani czasu, ani ochoty na przyjście i przyszykowanie dla mnie jakiegokolwiek jedzenia.

Najlepiej jednak byłoby, gdybym w ogóle, nigdy, przenigdy im o sobie nie przypominała w żaden sposób.

Mamusia byłaby bardzo zła.

A ja byłam na tyle duża, że mogłam wziąć sobie sama coś do jedzenia.

Chyba.

Mogłabym sięgnąć do wiszącej nad zlewem szafki, gdzie były płatki śniadaniowe i krakersy, ale musiałabym wejść na blat, a w tym celu musiałabym przyciągnąć tam krzesło od stołu.

A to mogłoby być bardzo głośne, bo nie miałam siły, żeby je podnieść.

Nie było w domu żadnego chleba ani ciastek, co już wcześniej sprawdziłam.

Na blacie nic nie leżało.

Przynajmniej nic do jedzenia.

Poszłam więc boso, na palcach, żeby być bardzo cichutko, do lodówki i mocno pociągnęłam za klamkę.

Lodówka była stara i lekko skrzypiała, ale klamka dawała się odciągnąć.

Byłam trochę do niej za mała, więc nie było to łatwe, ale w końcu, po drugim pociągnięciu, drzwi się otworzyły z szarpnięciem.

Prawie się przewróciłam.

Odskoczyły gwałtownie i wtedy stało się coś strasznego.

Z półki w drzwiach na podłogę wypadła butelka piwa, która przekoziołkowała, odbiła od półki w lodówce i uderzyła mnie w brzuszek.

Odbiła się ode mnie i gwałtownie upadła na podłogę.

Huk!

Rozbiła się tam z głuchym pluskiem.

I na podłogę rozlało się bulgoczące, spienione piwo.

Podłoga w części kuchennej była pokryta brzydkim, starym, pofałdowanym linoleum, które myłam już nie jeden raz i znałam każdą szczelinę, każde pęknięcie i odbarwienie dziwnego wzoru, który kiedyś przedstawiał jakieś fantastyczne kwiaty.

O, nie!

O, Panie!

Stałam zamarła, przerażona i trzymałam się obiema rączkami za bolący, potłuczony brzuszek.

Drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie.

Do kuchni wpadła biegiem mamusia w krótkim, wyblakłym, kiedyś czerwonym, szlafroku, który zawiązywała po drodze paskiem, ale i tak na dole rozwiewał się, pokazując jej gołe nogi.

- Co ty wyrabiasz, głupia niezdaro! - krzyknęła na mnie.

Stanęła nad rozlewającym się coraz szerzej piwem.

Popatrzyła na mnie ze złością.

Śmierdziało.

Znałam ten brzydki zapach, bo tatuś często kazał przynosić sobie otwartą butelkę przed telewizor i mamusia dawała mi je, żebym mu tam ostrożnie zaniosła z tego kącika, który był naszą kuchnią.

Stałam unieruchomiona, zamarła, patrzyłam na mamusię z przerażeniem i wiedziałam, że będzie krzyczała.

Zawsze na mnie krzyczała.

Tym razem wyglądała, jakby się spieszyła.

Sięgnęła do małej szafki pod pełnym brudnych naczyń zlewem, która była zasłonięta brudną i podartą tkaniną w czerwoną kratkę, przyczepioną do bocznych ścianek na gumce i wyjęła stamtąd małą szczotkę i szufelkę, a potem podała mi je, poszła do ubikacji i wróciła ze ścierką.

- No co się gapisz, idiotko? - zapytała złym tonem - Sprzątaj! Jak się skaleczysz, głupia gówniaro, to ci spiorę tyłek.

Tak mówiła, ale nigdy jeszcze mnie nie uderzyła.

I tak się bałam.

Nie lubiłam, jak krzyczała.

Odwróciła się i poszła w kierunku otwartych drzwi sypialni, skąd było widać światło.

Stał w nich tatuś ubrany w ciemne dżinsy i wciągający przez głowę czarną, mocno wyblakłą koszulkę.

Mamusia była wysoka, wyższa niż babcia, miała jasne, długie, piękne włosy i duże piersi, które chętnie pokazywała przez duże dekolty jej koszulek.

Chciałam myśleć, że jest ładna, ale nie lubiłam, kiedy się do mnie tak wykrzywiała, jak teraz.

Babcia mówiła, że koszulki nie powinny mieć takich dużych dekoltów, ale wtedy mamusia denerwowała się na babcię.

Więc nie powtarzałam jej tego, o czym rozmawiałyśmy z babcią.

Nigdy.

Tatuś był wyższy od mamusi, bardzo szczupły, zawsze zły i zgarbiony.

Miał ciemne, zawsze potargane włosy i często brzydko pachniał, bo lubił papierosy i piwo.

Często przeklinał.

Nie lubiłam być blisko niego.

Ale mamusia lubiła.

Często się do niego przytulała wsuwając dłoń pod jego koszulkę, a, kiedy jej nie odpychał, była zadowolona i więcej się śmiała.

Również wtedy nie krzyczała na mnie.

Więc lubiłam, kiedy się przytulali.

Tatuś też często mówił, że jestem głupia.

Tylko babcia nigdy tak nie mówiła.

Położyłam szufelkę na podłodze, uklękłam obok niej i zaczęłam zbierać do niej szkło z rozbitej butelki.

Nie po raz pierwszy zbierałam szkło, więc wiedziałam, że muszę uważać i brać je delikatnie dwoma palcami.

Poprzednim razem skaleczyłam się i ubrudziłam krwią piżamkę, więc mamusia była jeszcze bardziej zła.

Szkło było brązowe i ładnie lśniło w świetle lampki z mojego kącika.

Podniosłam jeden duży kawałek z dna był bardzo ładny, okrągły z takimi falkami na brzegu.

Potem drugi duży kawałek z kolorowym kapslem.

Potem raz, dwa, trzy, cztery duże kawałki sklejone po kilka kawałkami papieru…

- Gdzie idziesz? - zapytała jękliwie mamusia, więc wiedziałam, że tatuś znowu wychodził do baru lub gdzieś indziej.

Och, jejku.

Liczyłam kolejne kawałki szkła.

- Puść mnie, do kurwy nędzy, ty pierdolona wariatko - tatuś był bardzo zły.

Babcia mówiła, że to nieładnie mówić takie słowa i prosiła mnie, żebym nigdy, przenigdy ich nie używała.

Kochałam babcię i starałam się zawsze robić to, co mi kazała.

Osiem mniejszych kawałków…

- Nie idź… - mamusia próbowała zatrzymać tatusia, chociaż na pewno tak, jak i ja wiedziała, że pójdzie.

Zwykle wychodził, chyba że chciał się położyć na kanapie z piwem.

Niedobrze.

Mamusia będzie zła.

Przestałam zbierać.

Nie widziałam więcej szkła w kałuży.

Postawiłam szufelkę bardziej z boku i uklękłam obok mokrego, żeby wytrzeć śmierdzącą podłogę.

- Ta twoja pieprzona głupia niezdara pozbawiła mnie cholernego ostatniego piwa - usłyszałam nadal zły głos tatusia od drzwi.

O, Panie!

Bardzo niedobrze.

Mamusia na pewno znowu będzie na mnie zła, że to przeze mnie poszedł gdzieś bez niej.

Sięgnęłam bardzo wysoko, stając na paluszkach, żeby dosięgnąć do zlewu.

Wytrząsnęłam tam delikatnie ścierkę.

Wypadło jeszcze kilka kawałków szkła.

Zostawiłam to i poszłam po krzesło, bo nie mogłam dosięgnąć do kranu.

Teraz mogłam sięgnąć szkło ze zlewu i je policzyć.

Wyjmowałam kawałki na szufelkę.

Raz, dwa, trzy, cztery…

Wypłukałam ścierkę, ale nie miałam siły, by ją wycisnąć, więc, jak potem zeszłam z nią z krzesła, wycierałam podłogę, rozlewając więcej wody.

Nie umiałam inaczej.

Od drzwi słychać było mamrotanie, taką dziwną szamotaninę i jeszcze miałam nadzieję, że pójdą zaraz znowu do sypialni, a tatuś już dzisiaj nigdzie nie wyjdzie.

Mamusia byłaby zadowolona, zajęta i nie krzyczałaby na mnie.

Zapomniałaby o mnie.

- …jest twoja … - usłyszałam dziwny głos mamusi.

- Skąd mam to niby, do kurwy nędzy, wiedzieć, skoro jej matka to dziwka? - krzyknął tatuś ze złością i zaraz potem usłyszałam głośny trzask zamykanych gwałtownie drzwi.

Poszedł.

Och, jejku, jeszcze gorzej.

Wypłukałam ścierkę jeszcze raz delikatnie nad zlewem, sprawdzając, czy nie ma w niej szkła, kiedy mamusia wróciła do kuchni.

- Widzisz coś narobiła, kretynko? - zapytała mnie brzydkim głosem - Poszedł, bo jesteś za głupia i nie umiesz nic zrobić, jak należy!

Zabrała mi z rąk ścierkę, wyrzuciła szkło, odepchnęła mnie i zaczęła energicznie kończyć sprzątanie, rozchlapując więcej wody.

- Wynoś się - warknęła.

Cicho odwróciłam się i poszłam do kącika osłoniętego dużą, dwudrzwiową szafą w dużym pokoju, który był naszym salonem.

To był mój „pokój”.

Miałam koleżanki, które czasem rozmawiały przy mnie, więc wiedziałam, że to nie był prawdziwy pokój.

Ale miałam tam łóżko i małe biureczko do odrabiania lekcji.

To było moje.

Koleżanki bardzo śmiały się ze mnie, kiedy pewnego razu opowiedziałam jednej, jak wygląda mój pokój.

Powiedziały, że jestem głupia.

Więcej nigdy żadnej nie mówiłam o naszym mieszkaniu.

W ogóle z nimi nie rozmawiałam.

Chciałam, żeby o mnie zapomniały.

Nadal bolał mnie brzuszek.

Tym razem z głodu i po uderzeniu.

Miałam też mokre nogawki piżamki, ale bałam się powiedzieć mamusi o jednym i o drugim.

Po co jej o sobie przypominać.

Tydzień wcześniej skończyłam siedem lat.

Mamusia zapomniała o tym, ale mamusia często zapominała, a ja nawet wolałam, jak o mnie nie pamiętała.

Babcia zawsze pamiętała.

Zawsze miała dla mnie coś do jedzenia, albo sok, albo jakieś ubranko.

Na urodziny babcia kupiła mi rower.

Był śliczny.

Nowy.

Różowy i błyszczący, z fruwającymi czerwonymi wstążkami na końcach białych rączek przy kierownicy.

Dziesięć z każdej strony.

Miał takie śmieszne, kolorowe, plastikowe guziczki na drucikach tylnego koła, które tak ślicznie stukały podczas jazdy.

Nie zdążyłam ich policzyć.

Jechałam na nim dwa razy.

Za każdym razem w końcu się przewróciłam, więc babcia szybko biegła, żeby mnie podnieść.

Przytulić.

Zmęczyła się tym, tak dziwnie oddychała, więc musiała odpocząć i przestałyśmy próbować.

Obiecała mi, że kiedyś jeszcze spróbujemy.

Jednak następnego dnia mamusia ze złością powiedziała mi, że babcia jest chora i leży w szpitalu.

Poczułam się winna.

Nie mogłam się z babcią zobaczyć, a bardzo chciałam z nią porozmawiać, pocieszyć ją w chorobie tak, jak ona mnie kiedyś pocieszała.

Potem mamusia zaczęła mnie ubierać na czarno.

Więc…

Wczoraj był pogrzeb.

Pożegnałam babcię, stojąc koło jej trumny i nie płakałam.

Nie płakałam również, kiedy mamusia sprzedała dzień wcześniej mój nowy rower, mówiąc mi i tak się nie nauczysz.

Wiedziałam to.

Nigdy więcej nie jeździłam na rowerze.

Nie umiałam.

Nie potrafiłam nic zrobić tak, jak chciała moja mamusia, bo nie umiałam się niczego nauczyć.

Byłam głupia.

Usiadłam na krzesełku.

Starałam się być bardzo, bardzo cicho, żeby mamusia o mnie zapomniała.

Otworzyłam zeszyt i zajęłam się pisaniem, by zapomnieć, że byłam głodna i że bolał mnie brzuszek.

4 duże…

Dno…

Koniec z kapslem…

8 mniejszych…

4 drobne…

Tyle zdążyłam policzyć.

Lubiłam liczyć.

Osiemnaście kawałków szkła.

1+8=9

4x8=32

32x4=128

Nie uczyliśmy się tego w szkole i nie wiedziałam, skąd to wiedziałam.

Ale wiedziałam.

Tęskniłam za babcią.

To był dzień, kiedy ostatni raz widziałam tatusia.

Nie tęskniłam za nim.

*****

Siedem lat i trzy miesiące później, Salt Lake City

To było po lekcji WF, kiedy przebierałyśmy się w szatni.

- Widziałyście kiedyś taki chwyt? - Luisa śmiała się - O, tak.

Wyciągnęła rękę przed siebie, wygięła dłoń na poziomie swojej talii palcami do góry tak, jak w czasie meczu siatkówki na WF’ie odebrałam piłkę, która leciała prosto na mnie znad siatki.

Musiałam.

Leciała prosto na mnie.

Luisa była śliczną, długonoga, długowłosą, jasną blondynką w zawsze nowych, zawsze wyprasowanych, pachnących strojach.

Lubiła się śmiać.

Była też cheerleaderką, ulubienicą całej szkoły i miała swoje przyjaciółki, które jej we wszystkim potakiwały.

W chwilach takich, jak ta jej usta były wygięte brzydko, a twarz zmarszczona i wcale nie była ładna.

- Tak to się możesz podcierać, głupia idiotko - rzuciła szyderczo w moją stronę - Przez ciebie przegrałyśmy i dostaniemy niższe oceny za siatkówkę.

To nie była prawda, bo pan Higiuns stawiał oceny za aktywność w czasie meczu, a nie za wygraną, ale Luisa lubiła wygrywać.

Zawsze.

Chodziłyśmy razem do liceum Skyline High już od roku.

Byłyśmy już w drugiej klasie i znałam ją na tyle, że wiedziałam, że nie da mi spokoju.

Niestety.

Byłam prawie od roku ich wszystkich najbardziej ulubioną osobą do kpienia i wyśmiewania się.

Przebrałam się najszybciej jak mogłam i wyszłam z szatni, goniona przez kolejne szyderstwa.

Miałam nadzieję, że na korytarzu będzie nauczyciel i Luisa o mnie zapomni, ale nie było tam nikogo.

Chociaż, nasza nauczycielka angielskiego też mnie nie lubiła i mówiła, że jestem za głupia, by być w liceum.

Ciągle powtarzała, że nie rozumie jakim cudem dostałam stypendium, skoro z angielskiego dostaję najwyżej D.

Pani Pencil za to bardzo lubiła Luisę.

Więc gdyby to ona pojawiła się na korytarzu szkolnym, moja zła sytuacja wcale nie byłaby lepsza.

Luisa chyba to czuła.

Szła za mną wraz ze swoimi przyjaciółkami i ciągle mi dokuczała.

Chciałam być niewidzialna.

- Yo, Luisa - usłyszałyśmy wszystkie i podniosłam głowę.

Zza rogu korytarza wyszedł Magnus.

Był to wysportowany, szczupły i śliczny i był kapitanem drużyny footballowej naszej szkoły.

Wszystkie dziewczyny się w nim kochały.

Wiedziałam, że Magnus miał stypendium sportowe, ale z jakiegoś powodu odroczył je na rok.

Potem miał problemy z zaliczeniem kolejnej klasy i prawie stracił to stypendium.

Nawet z tym, nadal był najlepszy w drużynie, był najładniejszym z chłopców i wszystkie dziewczyny (nie tylko z naszej klasy) chciały, żeby przynajmniej z nimi porozmawiał.

Albo przynajmniej znał ich imiona.

Luisa i jej grupka zatrzymały się i wkrótce usłyszałam ich przekomarzanie się, piskliwe śmiechy dziewczyn i głos Magnusa.

Szłam dalej.

Nie zatrzymałam się i nie przyjrzałam się bliżej.

Mną nie był nikt zainteresowany.

Na szczęście.

Byłam najniższa i najchudsza z klasy.

Miałam pryszcze i rzadkie, brudno blond włosy, które mama sama i trochę krzywo obcięła w weekend w szale „porządkowania” mojej fryzury.

Nie umiałam grać w piłkę.

Byłam zbyt słaba, by biegać lub skakać.

Nie występowałam w przedstawieniach.

Wolałam, by mnie nie zauważali.

Uczęszczałam do Skyline High, bo zaproponowano mi tu pełne stypendium naukowe i stancję.

Stało się tak po tym, jak dziwnym trafem wygrałam stanowy konkurs z matematyki, a potem jeszcze jakiś z sudoku.

Mama powiedziała, że to był przypadek, bo jestem na to za głupia.

Nawet, jeśli po tym mówiono o mnie w lokalnej telewizji.

Chociaż tego nie chciałam.

Ale Skyline High przysłało do nas nauczyciela, który (rozglądając się po mieszkaniu z niesmakiem i wywołując we mnie zawstydzenie) namawiał mamę i mnie bym uczyła się u nich.

Nawet postarał się o sfinansowanie stypendium, stancji i o miejsce pierwszej pracy dla mamy.

Nie wiedziałam, czemu im na mnie zależało.

Mama powiedziała, że, skoro chcą wyrzucać pieniądze w błoto, to możemy się przeprowadzić do Salt Lake City.

I tak nie miała pracy w Wyoming.

Znali ją w całej okolicy.

Więc nikt jej nie chciał zatrudnić.

Po przeprowadzce pracowała zaledwie miesiąc i to w trzech różnych miejscach.

Wszędzie w końcu ją wyrzucali lub sama rezygnowała.

Mieszkała z jakimś facetem, którego poznała w barze na drugi dzień po naszym przyjeździe tutaj i sprowadziła do siebie na noc.

Byłam wtedy z nią.

Szczęśliwie później zamieszkałam na stancji.

Ostatnio zaczęłam pracować w barze jako kelnerka i pomoc w kuchni popołudniami po lekcjach i w czasie wolnych dni, aby opłacić swoje jedzenie, ubrania i inne potrzeby życiowe.

Mama powiedziała, że jestem taka dorosła i samodzielna, żeby mieć stypendium, więc nie będzie płaciła na mnie i przestała to robić.

Oczywiście, nie wiedziałam, czy kiedykolwiek wcześniej to robiła.

Myśląc o tym wszystkim, siedziałam po zajęciach na ławce na dworze.

Czekałam na gimbus, by dojechać do mieszkania i przebrać się do pracy, kiedy przy krawężniku zatrzymał się samochód Magnusa.

- Yo, Maggie - zawołał wychylając się przez boczne okno, a ja ze zdziwienia aż podskoczyłam.

Nie spodziewałam się, że mnie zauważał, a co dopiero, że znał moje imię.

Ale odpowiedziałam cichym - Hej - bo tak było grzecznie.

- Wskakuj - zaprosił.

Ja?

Byłam tak zszokowana tym wszystkim, że nie zawahałam się i, jak lunatyczka, bez słowa, podeszłam do jego sportowego samochodu.

Otworzyłam drzwi i wsiadłam.

Zatrzasnęłam drzwi i zagapiłam się.

Zawarczał silnikiem, więc sięgnęłam po pas.

Zapinałam go, kiedy gwałtownie ruszył ulicą, nabierając szybko prędkości.

Złapałam się kurczowo za uchwyt przy drzwiach i patrzyłam przed siebie z przerażeniem.

O Panie!

Nie odezwałam się ani słowem, ale Magnusowi to nie przeszkadzało.

Gnaliśmy ulicami, a on nawet nie spytał gdzie mieszkam, dokąd mnie podwieźć, gdzie chcę wysiąść.

Jakby to wszystko wiedział.

- Słuchaj - zaczął Magnus - Zauważyłem, że nie jesteś głupia, jesteś dobra z matmy, więc co byś powiedziała na taki układ. Ja bym ci pomógł z tymi dziewczynami, a ty byś mi pomogła z matmą.

Kolejny szok przeniknął mnie na dźwięk słów „nie jesteś głupia”, bo to był pierwszy raz w całym moim życiu, kiedy ktoś powiedział do mnie coś takiego.

Zawsze słyszałam, że jestem głupia.

Tylko babcia, kiedyś…

Odwróciłam się do niego i wtedy po raz pierwszy tak naprawdę na niego spojrzałam.

Miał bardzo jasne włosy, przycięte starannie po bokach i z tyłu, ale dłuższe nad czołem, więc opadały mu delikatną falą w grzywce.

Jego jasne, szare oczy patrzyły na mnie uważnie, ciepło i ze zrozumieniem, z jakimś dziwnym wyrazem, które później zaczęłam odbierać jako współczucie.

Palce na kierownicy miał długie ze starannie zadbanymi paznokciami.

Wiedziałam, że ma problemy z matematyką, bo przecież chodziliśmy na te same zajęcia.

Prawdę mówiąc, robił tak proste błędy, że jęczałam w duchu za każdym razem, kiedy pan Perpendicul go o coś pytał.

O cokolwiek.

O Panie!

Miałam czas po lekcjach, bo gimbus odjeżdżał o takich godzinach, że czasem musiałam czekać.

Więc mogłam mu pomagać.

A Magnus był dwa lata starszy od nas i miał swój samochód.

A ponieważ pan Perpendicul mnie lubił, więc pozwalał nam zostawać w kąciku jego klasy, byśmy mogli się uczyć.

Tak to się zaczęło.

Ja pomagałam Magnusowi w matematyce, a on porozmawiał z Luisą (nie wiem w jaki sposób) i przestała mnie zauważać.

Zapomniała o mnie.

Co było bardzo dobre.


 

3 komentarze: