Prolog
Gdzieś w Wyoming
-
Maggie, Kociątko - powiedziała do mnie babcia swoim łagodnym, cichym głosem,
głaszcząc mnie delikatnie po włosach - jesteś mądrą dziewczynką, więc dasz radę
to zrobić sama.
-
Dobrze, babciu - odpowiedziałam cichutko i westchnęłam.
Moja
babcia była nieduża, jak na dorosłą, miała ładne, szare włosy, zwykle spięte z
tyłu głowy, nosiła ładne sukienki w kwiatki, okulary i zawsze łagodnie się do
mnie uśmiechała.
Podparłam
głowę ręką i myślałam.
Babcia
nie odrabiała nigdy za mnie moich lekcji, ale zawsze, ale to zawsze mi pomagała.
Wiedziałam
to.
Wiedziałam,
że zawsze mi pomoże.
Siedziałyśmy
obie z babcią przy niedużym stole w ciepłej i zawsze pięknie pachnącej
jedzeniem kuchni w domu babci, pochylone nad zeszytem z moim zadaniem domowym z
angielskiego.
Lubiłam
dom babci.
Był
czysty i pachnący, miał dużo ładnych mebli, które były powyginane i miękkie
oraz poduszek, serwetek i firanek.
Ale
najważniejsze było to, że był babci.
A
moja babcia była najwspanialsza na całym Świecie.
Moja
babcia była bardzo dobra, bardzo mądra i bardzo cierpliwa.
Nigdy
się nie denerwowała, kiedy coś popsułam, albo nie umiałam rozwiązać zadania
domowego.
Przenigdy.
Kochałam
ją.
-
Babciu - poprosiłam w końcu - pomóż mi, proszę.
Nie
płakałam.
Nigdy
nie płakałam.
Nauczyłam
się tego dawno temu.
Tak
dawno, że nawet nie pamiętałam, jak się płacze.
-
Kochanie - powiedziała mi wtedy babcia - musisz się nauczyć robić sama takie
ćwiczenia, bo nie zawsze będę z tobą.
Popatrzyłam
na nią.
Uśmiechnęłam
się niedowierzająco.
Babcia
będzie zawsze.
Jak
mogłoby jej nie być?
Ale
posłuchałam jej, bo zawsze słuchałam mojej babci.
Postarałam
się naprawdę bardzo, bardzo mocno i
zrobiłam zadanie domowe z angielskiego prawie całkiem sama.
A
potem przepisałam je na czysto tak, jak babcia mnie nauczyła.
Babcia
dała mi za to piękny zeszyt.
I
piękny uśmiech.
*****
Rok później
Zawahałam
się.
Wiedziałam,
że nie powinnam tego robić.
Ale
musiałam.
Wstałam
z mojego chwiejnego drewnianego krzesełka, które miałam przy malutkim biurku w
kąciku głównego pokoju w naszym mieszkaniu.
Byłam
ubrana w piżamkę, bo miałam spać.
Ale
nie było bardzo późno i nie byłam śpiąca.
Pisałam
sobie tam cichutko dodawanie i mnożenie w brulionie, który dawno temu kupiła mi
babcia.
Bardzo
bolał mnie brzuszek w taki sposób, w jaki już kilka razy kiedyś mnie bolał,
więc wiedziałam co to jest.
Byłam
bardzo głodna.
Mamusia
była od dawna zajęta w sypialni z tatusiem.
Mieli
zamknięte drzwi i wiedziałam, że, kiedy tak dziwnie, denerwująco skrzypiało ich
łóżko, nie miałaby za bardzo ani czasu, ani ochoty na przyjście i przyszykowanie
dla mnie jakiegokolwiek jedzenia.
Najlepiej
jednak byłoby, gdybym w ogóle, nigdy, przenigdy
im o sobie nie przypominała w żaden sposób.
Mamusia
byłaby bardzo zła.
A
ja byłam na tyle duża, że mogłam wziąć sobie sama coś do jedzenia.
Chyba.
Mogłabym
sięgnąć do wiszącej nad zlewem szafki, gdzie były płatki śniadaniowe i krakersy,
ale musiałabym wejść na blat, a w tym celu musiałabym przyciągnąć tam krzesło
od stołu.
A
to mogłoby być bardzo głośne, bo nie miałam siły, żeby je podnieść.
Nie
było w domu żadnego chleba ani ciastek, co już wcześniej sprawdziłam.
Na
blacie nic nie leżało.
Przynajmniej
nic do jedzenia.
Poszłam
więc boso, na palcach, żeby być bardzo cichutko, do lodówki i mocno pociągnęłam
za klamkę.
Lodówka
była stara i lekko skrzypiała, ale klamka dawała się odciągnąć.
Byłam
trochę do niej za mała, więc nie było to łatwe, ale w końcu, po drugim
pociągnięciu, drzwi się otworzyły z szarpnięciem.
Prawie
się przewróciłam.
Odskoczyły
gwałtownie i wtedy stało się coś strasznego.
Z
półki w drzwiach na podłogę wypadła butelka piwa, która przekoziołkowała,
odbiła od półki w lodówce i uderzyła mnie w brzuszek.
Odbiła
się ode mnie i gwałtownie upadła na podłogę.
Huk!
Rozbiła
się tam z głuchym pluskiem.
I
na podłogę rozlało się bulgoczące, spienione piwo.
Podłoga
w części kuchennej była pokryta brzydkim, starym, pofałdowanym linoleum, które
myłam już nie jeden raz i znałam każdą szczelinę, każde pęknięcie i odbarwienie
dziwnego wzoru, który kiedyś przedstawiał jakieś fantastyczne kwiaty.
O, nie!
O,
Panie!
Stałam
zamarła, przerażona i trzymałam się obiema rączkami za bolący, potłuczony
brzuszek.
Drzwi
do sypialni otworzyły się gwałtownie.
Do
kuchni wpadła biegiem mamusia w krótkim, wyblakłym, kiedyś czerwonym, szlafroku,
który zawiązywała po drodze paskiem, ale i tak na dole rozwiewał się, pokazując
jej gołe nogi.
-
Co ty wyrabiasz, głupia niezdaro! -
krzyknęła na mnie.
Stanęła
nad rozlewającym się coraz szerzej piwem.
Popatrzyła
na mnie ze złością.
Śmierdziało.
Znałam
ten brzydki zapach, bo tatuś często kazał przynosić sobie otwartą butelkę przed
telewizor i mamusia dawała mi je, żebym mu tam ostrożnie zaniosła z tego kącika,
który był naszą kuchnią.
Stałam
unieruchomiona, zamarła, patrzyłam na mamusię z przerażeniem i wiedziałam, że
będzie krzyczała.
Zawsze
na mnie krzyczała.
Tym
razem wyglądała, jakby się spieszyła.
Sięgnęła
do małej szafki pod pełnym brudnych naczyń zlewem, która była zasłonięta brudną
i podartą tkaniną w czerwoną kratkę, przyczepioną do bocznych ścianek na gumce
i wyjęła stamtąd małą szczotkę i szufelkę, a potem podała mi je, poszła do
ubikacji i wróciła ze ścierką.
-
No co się gapisz, idiotko? - zapytała złym tonem - Sprzątaj! Jak się skaleczysz, głupia gówniaro, to ci spiorę tyłek.
Tak
mówiła, ale nigdy jeszcze mnie nie uderzyła.
I
tak się bałam.
Nie
lubiłam, jak krzyczała.
Odwróciła
się i poszła w kierunku otwartych drzwi sypialni, skąd było widać światło.
Stał
w nich tatuś ubrany w ciemne dżinsy i wciągający przez głowę czarną, mocno wyblakłą
koszulkę.
Mamusia
była wysoka, wyższa niż babcia, miała jasne, długie, piękne włosy i duże
piersi, które chętnie pokazywała przez duże dekolty jej koszulek.
Chciałam
myśleć, że jest ładna, ale nie lubiłam, kiedy się do mnie tak wykrzywiała, jak
teraz.
Babcia
mówiła, że koszulki nie powinny mieć takich dużych dekoltów, ale wtedy mamusia
denerwowała się na babcię.
Więc
nie powtarzałam jej tego, o czym rozmawiałyśmy z babcią.
Nigdy.
Tatuś
był wyższy od mamusi, bardzo szczupły, zawsze zły i zgarbiony.
Miał
ciemne, zawsze potargane włosy i często brzydko pachniał, bo lubił papierosy i
piwo.
Często
przeklinał.
Nie
lubiłam być blisko niego.
Ale
mamusia lubiła.
Często
się do niego przytulała wsuwając dłoń pod jego koszulkę, a, kiedy jej nie
odpychał, była zadowolona i więcej się śmiała.
Również
wtedy nie krzyczała na mnie.
Więc
lubiłam, kiedy się przytulali.
Tatuś
też często mówił, że jestem głupia.
Tylko
babcia nigdy tak nie mówiła.
Położyłam
szufelkę na podłodze, uklękłam obok niej i zaczęłam zbierać do niej szkło z
rozbitej butelki.
Nie
po raz pierwszy zbierałam szkło, więc wiedziałam, że muszę uważać i brać je
delikatnie dwoma palcami.
Poprzednim
razem skaleczyłam się i ubrudziłam krwią piżamkę, więc mamusia była jeszcze bardziej
zła.
Szkło
było brązowe i ładnie lśniło w świetle lampki z mojego kącika.
Podniosłam
jeden duży kawałek z dna był bardzo ładny, okrągły z takimi falkami na brzegu.
Potem
drugi duży kawałek z kolorowym kapslem.
Potem
raz, dwa, trzy, cztery duże kawałki sklejone po kilka kawałkami papieru…
-
Gdzie idziesz? - zapytała jękliwie mamusia, więc wiedziałam, że tatuś znowu
wychodził do baru lub gdzieś indziej.
Och,
jejku.
Liczyłam
kolejne kawałki szkła.
-
Puść mnie, do kurwy nędzy, ty pierdolona wariatko - tatuś był bardzo zły.
Babcia
mówiła, że to nieładnie mówić takie słowa i prosiła mnie, żebym nigdy,
przenigdy ich nie używała.
Kochałam
babcię i starałam się zawsze robić to, co mi kazała.
Osiem
mniejszych kawałków…
-
Nie idź… - mamusia próbowała zatrzymać tatusia, chociaż na pewno tak, jak i ja
wiedziała, że pójdzie.
Zwykle
wychodził, chyba że chciał się położyć na kanapie z piwem.
Niedobrze.
Mamusia
będzie zła.
Przestałam
zbierać.
Nie
widziałam więcej szkła w kałuży.
Postawiłam
szufelkę bardziej z boku i uklękłam obok mokrego, żeby wytrzeć śmierdzącą
podłogę.
-
Ta twoja pieprzona głupia niezdara pozbawiła mnie cholernego ostatniego piwa -
usłyszałam nadal zły głos tatusia od drzwi.
O,
Panie!
Bardzo niedobrze.
Mamusia
na pewno znowu będzie na mnie zła, że to przeze mnie poszedł gdzieś bez niej.
Sięgnęłam
bardzo wysoko, stając na paluszkach, żeby dosięgnąć do zlewu.
Wytrząsnęłam
tam delikatnie ścierkę.
Wypadło
jeszcze kilka kawałków szkła.
Zostawiłam
to i poszłam po krzesło, bo nie mogłam dosięgnąć do kranu.
Teraz
mogłam sięgnąć szkło ze zlewu i je policzyć.
Wyjmowałam
kawałki na szufelkę.
Raz,
dwa, trzy, cztery…
Wypłukałam
ścierkę, ale nie miałam siły, by ją wycisnąć, więc, jak potem zeszłam z nią z
krzesła, wycierałam podłogę, rozlewając więcej wody.
Nie
umiałam inaczej.
Od
drzwi słychać było mamrotanie, taką dziwną szamotaninę i jeszcze miałam
nadzieję, że pójdą zaraz znowu do sypialni, a tatuś już dzisiaj nigdzie nie
wyjdzie.
Mamusia
byłaby zadowolona, zajęta i nie krzyczałaby na mnie.
Zapomniałaby
o mnie.
-
…jest twoja … - usłyszałam dziwny głos mamusi.
-
Skąd mam to niby, do kurwy nędzy, wiedzieć, skoro jej matka to dziwka? - krzyknął tatuś ze złością i zaraz potem
usłyszałam głośny trzask zamykanych gwałtownie drzwi.
Poszedł.
Och,
jejku, jeszcze gorzej.
Wypłukałam
ścierkę jeszcze raz delikatnie nad zlewem, sprawdzając, czy nie ma w niej szkła,
kiedy mamusia wróciła do kuchni.
-
Widzisz coś narobiła, kretynko? - zapytała mnie brzydkim głosem - Poszedł, bo
jesteś za głupia i nie umiesz nic zrobić, jak należy!
Zabrała
mi z rąk ścierkę, wyrzuciła szkło, odepchnęła mnie i zaczęła energicznie
kończyć sprzątanie, rozchlapując więcej wody.
-
Wynoś się - warknęła.
Cicho
odwróciłam się i poszłam do kącika osłoniętego dużą, dwudrzwiową szafą w dużym
pokoju, który był naszym salonem.
To
był mój „pokój”.
Miałam
koleżanki, które czasem rozmawiały przy mnie, więc wiedziałam, że to nie był
prawdziwy pokój.
Ale
miałam tam łóżko i małe biureczko do odrabiania lekcji.
To
było moje.
Koleżanki
bardzo śmiały się ze mnie, kiedy pewnego razu opowiedziałam jednej, jak wygląda
mój pokój.
Powiedziały,
że jestem głupia.
Więcej
nigdy żadnej nie mówiłam o naszym mieszkaniu.
W
ogóle z nimi nie rozmawiałam.
Chciałam,
żeby o mnie zapomniały.
Nadal
bolał mnie brzuszek.
Tym
razem z głodu i po uderzeniu.
Miałam
też mokre nogawki piżamki, ale bałam się powiedzieć mamusi o jednym i o drugim.
Po
co jej o sobie przypominać.
Tydzień
wcześniej skończyłam siedem lat.
Mamusia
zapomniała o tym, ale mamusia często zapominała, a ja nawet wolałam, jak o mnie
nie pamiętała.
Babcia
zawsze pamiętała.
Zawsze
miała dla mnie coś do jedzenia, albo sok, albo jakieś ubranko.
Na
urodziny babcia kupiła mi rower.
Był
śliczny.
Nowy.
Różowy
i błyszczący, z fruwającymi czerwonymi wstążkami na końcach białych rączek przy
kierownicy.
Dziesięć
z każdej strony.
Miał
takie śmieszne, kolorowe, plastikowe guziczki na drucikach tylnego koła, które tak
ślicznie stukały podczas jazdy.
Nie
zdążyłam ich policzyć.
Jechałam
na nim dwa razy.
Za
każdym razem w końcu się przewróciłam, więc babcia szybko biegła, żeby mnie
podnieść.
Przytulić.
Zmęczyła
się tym, tak dziwnie oddychała, więc musiała odpocząć i przestałyśmy próbować.
Obiecała
mi, że kiedyś jeszcze spróbujemy.
Jednak
następnego dnia mamusia ze złością powiedziała mi, że babcia jest chora i leży w
szpitalu.
Poczułam
się winna.
Nie
mogłam się z babcią zobaczyć, a bardzo chciałam z nią porozmawiać, pocieszyć ją
w chorobie tak, jak ona mnie kiedyś pocieszała.
Potem
mamusia zaczęła mnie ubierać na czarno.
Więc…
Wczoraj
był pogrzeb.
Pożegnałam
babcię, stojąc koło jej trumny i nie płakałam.
Nie
płakałam również, kiedy mamusia sprzedała dzień wcześniej mój nowy rower,
mówiąc mi i tak się nie nauczysz.
Wiedziałam
to.
Nigdy
więcej nie jeździłam na rowerze.
Nie
umiałam.
Nie
potrafiłam nic zrobić tak, jak chciała moja mamusia, bo nie umiałam się niczego
nauczyć.
Byłam
głupia.
Usiadłam
na krzesełku.
Starałam
się być bardzo, bardzo cicho, żeby mamusia o mnie zapomniała.
Otworzyłam
zeszyt i zajęłam się pisaniem, by zapomnieć, że byłam głodna i że bolał mnie
brzuszek.
4
duże…
Dno…
Koniec
z kapslem…
8
mniejszych…
4
drobne…
Tyle
zdążyłam policzyć.
Lubiłam
liczyć.
Osiemnaście
kawałków szkła.
1+8=9
4x8=32
32x4=128
Nie
uczyliśmy się tego w szkole i nie wiedziałam, skąd to wiedziałam.
Ale
wiedziałam.
Tęskniłam
za babcią.
To
był dzień, kiedy ostatni raz widziałam tatusia.
Nie
tęskniłam za nim.
*****
Siedem lat i trzy
miesiące później, Salt Lake City
To
było po lekcji WF, kiedy przebierałyśmy się w szatni.
-
Widziałyście kiedyś taki chwyt? - Luisa śmiała się - O, tak.
Wyciągnęła
rękę przed siebie, wygięła dłoń na poziomie swojej talii palcami do góry tak,
jak w czasie meczu siatkówki na WF’ie odebrałam piłkę, która leciała prosto na
mnie znad siatki.
Musiałam.
Leciała
prosto na mnie.
Luisa
była śliczną, długonoga, długowłosą, jasną blondynką w zawsze nowych, zawsze wyprasowanych,
pachnących strojach.
Lubiła
się śmiać.
Była
też cheerleaderką, ulubienicą całej szkoły i miała swoje przyjaciółki, które
jej we wszystkim potakiwały.
W
chwilach takich, jak ta jej usta były wygięte brzydko, a twarz zmarszczona i
wcale nie była ładna.
-
Tak to się możesz podcierać, głupia idiotko - rzuciła szyderczo w moją stronę -
Przez ciebie przegrałyśmy i dostaniemy niższe oceny za siatkówkę.
To
nie była prawda, bo pan Higiuns stawiał oceny za aktywność w czasie meczu, a
nie za wygraną, ale Luisa lubiła wygrywać.
Zawsze.
Chodziłyśmy
razem do liceum Skyline High już od roku.
Byłyśmy
już w drugiej klasie i znałam ją na tyle, że wiedziałam, że nie da mi spokoju.
Niestety.
Byłam
prawie od roku ich wszystkich najbardziej ulubioną osobą do kpienia i
wyśmiewania się.
Przebrałam
się najszybciej jak mogłam i wyszłam z szatni, goniona przez kolejne
szyderstwa.
Miałam
nadzieję, że na korytarzu będzie nauczyciel i Luisa o mnie zapomni, ale nie
było tam nikogo.
Chociaż,
nasza nauczycielka angielskiego też mnie nie lubiła i mówiła, że jestem za
głupia, by być w liceum.
Ciągle
powtarzała, że nie rozumie jakim cudem dostałam stypendium, skoro z
angielskiego dostaję najwyżej D.
Pani
Pencil za to bardzo lubiła Luisę.
Więc
gdyby to ona pojawiła się na korytarzu szkolnym, moja zła sytuacja wcale nie
byłaby lepsza.
Luisa
chyba to czuła.
Szła
za mną wraz ze swoimi przyjaciółkami i ciągle mi dokuczała.
Chciałam
być niewidzialna.
-
Yo, Luisa - usłyszałyśmy wszystkie i podniosłam głowę.
Zza
rogu korytarza wyszedł Magnus.
Był
to wysportowany, szczupły i śliczny i
był kapitanem drużyny footballowej naszej szkoły.
Wszystkie
dziewczyny się w nim kochały.
Wiedziałam,
że Magnus miał stypendium sportowe, ale z jakiegoś powodu odroczył je na rok.
Potem
miał problemy z zaliczeniem kolejnej klasy i prawie stracił to stypendium.
Nawet
z tym, nadal był najlepszy w drużynie, był najładniejszym z chłopców i
wszystkie dziewczyny (nie tylko z naszej klasy) chciały, żeby przynajmniej z
nimi porozmawiał.
Albo
przynajmniej znał ich imiona.
Luisa
i jej grupka zatrzymały się i wkrótce usłyszałam ich przekomarzanie się,
piskliwe śmiechy dziewczyn i głos Magnusa.
Szłam
dalej.
Nie
zatrzymałam się i nie przyjrzałam się bliżej.
Mną
nie był nikt zainteresowany.
Na
szczęście.
Byłam
najniższa i najchudsza z klasy.
Miałam
pryszcze i rzadkie, brudno blond włosy, które mama sama i trochę krzywo obcięła
w weekend w szale „porządkowania” mojej fryzury.
Nie
umiałam grać w piłkę.
Byłam
zbyt słaba, by biegać lub skakać.
Nie
występowałam w przedstawieniach.
Wolałam,
by mnie nie zauważali.
Uczęszczałam
do Skyline High, bo zaproponowano mi tu pełne stypendium naukowe i stancję.
Stało
się tak po tym, jak dziwnym trafem wygrałam stanowy konkurs z matematyki, a
potem jeszcze jakiś z sudoku.
Mama
powiedziała, że to był przypadek, bo jestem na to za głupia.
Nawet,
jeśli po tym mówiono o mnie w lokalnej telewizji.
Chociaż
tego nie chciałam.
Ale
Skyline High przysłało do nas nauczyciela, który (rozglądając się po mieszkaniu
z niesmakiem i wywołując we mnie zawstydzenie) namawiał mamę i mnie bym uczyła
się u nich.
Nawet
postarał się o sfinansowanie stypendium, stancji i o miejsce pierwszej pracy
dla mamy.
Nie
wiedziałam, czemu im na mnie zależało.
Mama
powiedziała, że, skoro chcą wyrzucać pieniądze w błoto, to możemy się
przeprowadzić do Salt Lake City.
I
tak nie miała pracy w Wyoming.
Znali
ją w całej okolicy.
Więc
nikt jej nie chciał zatrudnić.
Po
przeprowadzce pracowała zaledwie miesiąc i to w trzech różnych miejscach.
Wszędzie
w końcu ją wyrzucali lub sama rezygnowała.
Mieszkała
z jakimś facetem, którego poznała w barze na drugi dzień po naszym przyjeździe
tutaj i sprowadziła do siebie na noc.
Byłam
wtedy z nią.
Szczęśliwie
później zamieszkałam na stancji.
Ostatnio
zaczęłam pracować w barze jako kelnerka i pomoc w kuchni popołudniami po
lekcjach i w czasie wolnych dni, aby opłacić swoje jedzenie, ubrania i inne
potrzeby życiowe.
Mama
powiedziała, że jestem taka dorosła i samodzielna, żeby mieć stypendium, więc
nie będzie płaciła na mnie i przestała to robić.
Oczywiście,
nie wiedziałam, czy kiedykolwiek wcześniej to robiła.
Myśląc
o tym wszystkim, siedziałam po zajęciach na ławce na dworze.
Czekałam
na gimbus, by dojechać do mieszkania i przebrać się do pracy, kiedy przy
krawężniku zatrzymał się samochód Magnusa.
-
Yo, Maggie - zawołał wychylając się przez boczne okno, a ja ze zdziwienia aż
podskoczyłam.
Nie
spodziewałam się, że mnie zauważał, a co dopiero, że znał moje imię.
Ale
odpowiedziałam cichym - Hej - bo tak było grzecznie.
-
Wskakuj - zaprosił.
Ja?
Byłam
tak zszokowana tym wszystkim, że nie zawahałam się i, jak lunatyczka, bez słowa,
podeszłam do jego sportowego samochodu.
Otworzyłam
drzwi i wsiadłam.
Zatrzasnęłam
drzwi i zagapiłam się.
Zawarczał
silnikiem, więc sięgnęłam po pas.
Zapinałam
go, kiedy gwałtownie ruszył ulicą, nabierając szybko prędkości.
Złapałam
się kurczowo za uchwyt przy drzwiach i patrzyłam przed siebie z przerażeniem.
O Panie!
Nie
odezwałam się ani słowem, ale Magnusowi to nie przeszkadzało.
Gnaliśmy
ulicami, a on nawet nie spytał gdzie mieszkam, dokąd mnie podwieźć, gdzie chcę
wysiąść.
Jakby
to wszystko wiedział.
-
Słuchaj - zaczął Magnus - Zauważyłem, że nie jesteś głupia, jesteś dobra z
matmy, więc co byś powiedziała na taki układ. Ja bym ci pomógł z tymi
dziewczynami, a ty byś mi pomogła z matmą.
Kolejny
szok przeniknął mnie na dźwięk słów „nie jesteś głupia”, bo to był pierwszy raz
w całym moim życiu, kiedy ktoś powiedział do mnie coś takiego.
Zawsze
słyszałam, że jestem głupia.
Tylko
babcia, kiedyś…
Odwróciłam
się do niego i wtedy po raz pierwszy tak naprawdę na niego spojrzałam.
Miał
bardzo jasne włosy, przycięte starannie po bokach i z tyłu, ale dłuższe nad
czołem, więc opadały mu delikatną falą w grzywce.
Jego
jasne, szare oczy patrzyły na mnie uważnie, ciepło i ze zrozumieniem, z jakimś
dziwnym wyrazem, które później zaczęłam odbierać jako współczucie.
Palce
na kierownicy miał długie ze starannie zadbanymi paznokciami.
Wiedziałam,
że ma problemy z matematyką, bo przecież
chodziliśmy na te same zajęcia.
Prawdę
mówiąc, robił tak proste błędy, że jęczałam w duchu za każdym razem, kiedy pan Perpendicul
go o coś pytał.
O
cokolwiek.
O
Panie!
Miałam
czas po lekcjach, bo gimbus odjeżdżał o takich godzinach, że czasem musiałam
czekać.
Więc
mogłam mu pomagać.
A
Magnus był dwa lata starszy od nas i miał swój samochód.
A
ponieważ pan Perpendicul mnie lubił, więc pozwalał nam zostawać w kąciku jego
klasy, byśmy mogli się uczyć.
Tak
to się zaczęło.
Ja
pomagałam Magnusowi w matematyce, a on porozmawiał z Luisą (nie wiem w jaki
sposób) i przestała mnie zauważać.
Zapomniała
o mnie.
Co
było bardzo dobre.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńdziękuję:)
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń