poniedziałek, 7 marca 2022

7 - Gwiazdka

 

Rozdział 7

Gwiazdka

Maggie

 

 

 

Miesiąc później

Było późno, więc miałam tylko kilka minut, by skończyć się szykować.

Powiesiłam na drzwiach szafy wieszak z sukienką, którą miałam założyć na obiad świąteczny, na który zaprosiła mnie Eva.

Nie miałam ochoty pójść.

Nie chciałam siedzieć przy stole z jej rodziną, kilkorgiem z naszych przyjaciół i słuchać wspomnień tego, jak obchodzono Święta w ich rodzinach.

Minęły cztery tygodnie bez Davida.

Niby wiedziałam, dlaczego nie kontaktuje się ze mną, że jest gdzieś tam niedaleko, ale nadal było mi smutno i czułam się bardzo samotna.

Znowu.

Różnica polegała na tym, że wiedziałam, że robi to dla mnie, że może być przez to w niebezpieczeństwie, więc zaciskałam zęby i żyłam.

Ja nie byłam ważna, ale David chciał, musiał, mnie obronić, więc żyłam.

Dzień po dniu upływały na tych samych czynnościach.

Jeździłam do pracy, pracowałam, robiłam zakupy i gotowałam.

Segregowałam rzeczy, które stały w moim salonie w coraz mniej licznych pudłach, które przynieśliśmy z Magnusem z mieszkania mojej mamy.

Większość już wyrzuciłam.

Część odłożyłam na później.

Magnus był nadal w euforii swojego nowego związku i nie miał dla mnie czasu, co, jak sądziłam, było dobre z tym wszystkim, co działo się wokół mnie i czego się dowiedziałam.

Smutne było to, że Magnus prawdopodobnie miał wkrótce wyprowadzić się do Idaho, gdzie mieszkała rodzina jego partnera.

Rozstrzygali jeszcze sprawy firmy Magnusa, mieszkania i innych rzeczy, ale sam fakt, że mówili o tym, zasmucał mnie, bo Magnus był moim najstarszym przyjacielem.

Na całe Boże Narodzenie wyjechali w tamte okolice, więc sądziłam, że podejmą ostateczną decyzję.

W dawnym mieszkaniu Evy i Jimmy’ego mieszkali Josh i Sandra, bardzo miła, młoda, afroamerykańska para, która pracowała, odwiedzała rodzinę, mieszkającą w Salt Lake City i była bardzo, bardzo cicha.

Więc ich nie poznałam.

W dawnym mieszkaniu Eddiego mieszkał jakiś samotny mężczyzna, ale wiedziałam, że był biały, niższy od Davida i… to wszystko.

W zimowych ubraniach, w kapturze lub czapce nasuniętej na oczy nie widziałam do tej pory nawet jego twarzy.

Na łóżku po pani Smith leżała inna pacjentka, chodząca i radząca sobie w większości ze wszystkim, do której przyjeżdżali na zmianę synowie i synowe.

Umówiliśmy się, że będziemy się zmieniać (chociaż protestowałam, bo przy mojej mamie było więcej pracy, niż przy pani Lilly), więc mogłam tam jeździć co drugi dzień.

Mama od dwóch tygodni dostawała morfinę, bo ból związany z rozwojem nowotworu nasilił się tak bardzo, że były chwile, kiedy wyła.

Głośno.

Nie powiedziała nic lekarzowi ani pielęgniarkom, ale obrzucała ich coraz grubszymi i częstszymi wyzwiskami, więc się domyślili.

To spowodowało, że częściej spała.

Więc również jeżdżąc do niej miałam umysł wolny i mogłam wspominać moje jedyne pocieszenie.

Godziny spędzone miesiąc temu z Davidem.

W Thanksgiving jedliśmy kolację i rozmawialiśmy o codziennych sprawach, jak para znajomych, którzy nie widzieli się przez kilka tygodni.

Ale w czasie tych dwóch godzin wymieniłam z nim więcej słów niż w czasie całej naszej dotychczasowej znajomości.

Powiedział mi (żartując z tego, chociaż mnie nie było do śmiechu), że jadali takie kolacje w czasie różnych świąt z Jimmy’m, kiedy obaj byli samotni i kupowali właśnie takiego indyka, jakiego on kupił dla mnie, więc miał wypróbowane różne opcje.

Opowiedziałam mu o niedawnym spotkaniu z dziewczynami u Evy przy kawie i cieście, o naszej rozmowie (ale nie wspomniałam mu o tym, że nie odzywałam się podczas tego spotkania).

Pewno i tak o tym wszystkim wiedział.

Powiedziałam mu o Magnusie i jego nowym partnerze, jaka byłam szczęśliwa, że kogoś miał (ale nie powiedziałam mu, że przez to prawie nie widywałam go i rzadko z nim rozmawiałam).

Opowiedział mi o jakiejś ich akcji, w czasie której wyciągali samochód z rowu, bo jechał zbyt szybko i wypadł z drogi na śniegu.

Co przypomniało mi to, że mój Jeep miał dziwnie nowe opony, ale nie powiedziałam mu o tym, bo chciałam porozmawiać o tym z Evą.

Po kolacji przeszliśmy do pokoju gościnnego Evy, bo David powiedział mi, że w salonie nie powinniśmy zapalać światła.

Zabraliśmy ze sobą wino, kawę i talerzyki z ciastem dyniowym i babeczkami orzechowymi, które długo stały nietknięte na stoliku nocnym Evy.

Bo tak się najadłam indykiem i ziemniakami, że David jadł potem z mojego talerza, żartując, że będzie się turlał zamiast chodzić.

Podejrzewałam, że jego idealnemu ciału nic nie będzie.

Nie odezwałam się również na ten temat.

Nie byłam pewna, jak się czułam z faktem, że znalazłam się z Davidem w pokoju, w którym do usadzenia się na czas rozmowy było tylko jedno, wielkie i wyłożone miękką pościelą, łóżko.

Ale David nie pozwolił mi o tym zbyt wiele myśleć.

Ułożył wszystkie poduszki razem na stertę, którą oparł o zagłówek, wszedł na łóżko i usiadł tak, że oparł się plecami o te wszystkie poduszki, a potem skinął na mnie ręką.

- No, chodź, mała - powiedział, zachęcając, bym weszła za nim.

Wspięłam się, a wtedy ułożył mnie tak, że byłam zwrócona do niego twarzą, a plecy opierałam o jego zgięte w kolanach nogi.

Siedziałam na lewym biodrze na kołdrze, a kolana ułożyłam wzdłuż jego lewego boku w stronę zagłówka.

Objął prawą ręką lewą stronę moich żeber wzdłuż talii tak, że jego dłoń wślizgnęła mi się aż na łopatkę.

To było niezwykle wygodne i miłe.

Podał mi kubek z kawą, wziął swój i oboje ją popijaliśmy.

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, patrząc sobie w oczy.

- Więc spędzaliście z Jimmy’m święta razem jako single - zagadnęłam.

- Tak - mruknął David z refleksją w głosie - Obaj straciliśmy całe rodziny, więc byliśmy sami.

- Straciłeś całą rodzinę? - zapytałam przejęta wizją samotnego Davida.

- Moi rodzice zginęli w wypadku lotniczym, jak miałem dwa lata - powiedział mi łagodnym tonem - Nie pamiętam ich. Wychowywali mnie babcia z dziadkiem. Nie mieliśmy innej rodziny.

- Och - mruknęłam cicho.

Zamyśliłam się, bo brzmiało to tak, jakby miał jakąś rodzinę.

Przynajmniej chyba miał jakieś dobre wspomnienia.

- Opowiedz mi o swojej babci i dziadku - poprosiłam - Robiliście takie świąteczne kolacje?

- Tak - powiedział i uśmiechnął się ciepło - Babcia zawsze bardzo się starała, bym miał dobre chwile. Nie byli zbyt religijni. Chodziło o tradycje, o wspólne chwile. Przybieraliśmy we trójkę cały dom, ubieraliśmy choinkę, a babcia gotowała i piekła smakołyki już tydzień wcześniej zarówno na Thanksgiving jak i na Gwiazdkę.

Patrzyłam na niego i moje myśli nagle zostały obezwładnione wyobrażeniem małego Davida biegającego po domu jego dziadków  z ozdobami świątecznymi, może bombkami lub gwiazdami takimi, jak widywałam na różnych filmach lub w sklepach.

 Tak się cieszyłam, że to miał.

- Babcia była bardzo mądra, cierpliwa i cicha - powiedział mi David i skupiłam się ponownie na nim - Dziadek częściej się denerwował. Sprawiałem im dużo problemów, bo byłem niesforny. W szkole ciągle wpadałem w kłopoty.

- Naprawdę? - poczułam, że moje oczy stały się ogromne ze zdziwienia.

- Naprawdę - mruknął z dziwnym uśmieszkiem na ustach.

Podobał mi się taki (bardziej).

- Jak miałem jakieś dziesięć lat… - opowiadał mi - dyrektor wezwał dziadka do szkoły, bo bardzo narozrabiałem. Nie pamiętam, o co chodziło.

David przerwał i zapatrzył się w moje ramię, więc wiedziałam, że jest myślami gdzieś w przeszłości.

- Pamiętam, że czekałem pod drzwiami gabinetu dyrektora, podczas, gdy oni rozmawiali w środku - podjął swoje opowiadanie - W pewnym momencie dziadek zaczął krzyczeć. Wołał, że za dużo straciłem, żeby on zabierał mi moją osobowość, że nie będzie mnie ograniczał, skoro oni nie potrafią ukierunkować mojego temperamentu i takie tam.

- O Panie - westchnęłam.

Chciałam odstawić swój kubek, ale musiałabym się wykręcić, więc David zabrał go po tym, jak odstawił swój.

Potem, kiedy się z powrotem usadziliśmy, położyłam dłoń na jego klatce piersiowej, a David przykrył ją swoją i głaskał ją delikatnie w zamyśleniu.

- Tak - David znowu na mnie spojrzał i się uśmiechnął - Od tego czasu dużo się dla mnie zmieniło w szkole. Psycholog robił mi ciągle jakieś badania. Zapisali mnie na zajęcia sportowe. Z każdego przedmiotu miałem propozycje zajęć, testy, czułem się ciągle obserwowany.

David przerwał na chwilę.

Dotknął moich włosów lewą dłonią, którą potem znowu przykrył moją dłoń na jego piersi, a prawą rękę przesunął na moich żebrach tak, że dotykał mojej skóry pod swetrem.

Wciągnęłam mocniej powietrze do płuc.

- Okazało się, że jestem uzdolnionym biegaczem - wyjaśnił, jakby tego nie zauważył - Nie byłem dobry w sportach zespołowych, ale byłem silny i szybki, a potem także wytrzymały. Więc zacząłem trenować, a potem reprezentować szkołę w zawodach lekkoatletycznych. Psycholog potem zaproponował mi w kolejnych latach karierę wojskową.

- Och - mruknęłam ze zrozumieniem (jak mi się wydawało).

- A jak ty zostałaś księgową? - zapytał.

- Och, ja… - wciągnęłam powietrze, bo nie byłam zbyt pewna tego, czy chcę mu mówić o moim życiu.

A potem się zdecydowałam.

Dać mu siebie.

Przynajmniej trochę.

- Moja babcia zawsze mi dawała do rozwiązania zagadki matematyczne - zaczęłam i spojrzałam na swoją rękę, pod którą czułam bicie jego serca - Właściwie wtedy to nie wyglądało jak zagadki matematyczne. Bardziej, jak żarty i zabawa. Ale teraz je rozpoznaję.

Spojrzałam w jego ciepłe, czekoladowe oczy i mówiłam to, czego nie mówiłam nigdy nikomu.

- Wiesz takie Dwie ośmiornice wybrały się na zakupy. Jednak w sklepie z butami nikt nie mógł policzyć ile będzie potrzeba bucików. Może wiesz ile bucików musiały kupić? - uśmiechnęłam się w myślach na wspomnienie miny babci, kiedy odpowiedziałam na to pytanie 16 zaraz po tym, jak skończyła mówić - Sprawiła, że polubiłam liczenie. Potem kupowała mi ładne bruliony i ołówki, żebym pisała sobie różne działania, kiedy byłoby mi smutno. W ten sposób nauczyłam się zajmować swoje myśli liczeniem, jak było źle.

Przerwałam, bo nie chciałam w to się z nim zagłębiać.

Nie zapytał.

Na szczęście.

- Potem w szkole nauczyciel zauważył moje upodobania i wysłał mnie na konkurs, który wygrałam. - pociągnęłam to jednym tchem - Mieszkaliśmy wtedy w Wyoming. Babcia umarła, kiedy miałam siedem lat. Więc, jak wygrałam ten konkurs na etapie stanowym, a potem jeszcze jakiś taki w sudoku, to zjawił się taki pan z Skyline High i zaproponował mi pełne stypendium.

Przerwałam.

- Tak? - David patrzył na mnie zasłuchany, więc się speszyłam i odwróciłam wzrok - Mów, Kruszynko, proszę.

Spojrzałam na niego i zatrzymałam oddech.

Bo w ten sposób odkryłam, że, jeśli powie na mnie Kruszynko, nie jestem w stanie mu niczego odmówić.

Niczego.

Bardzo to lubiłam.

- Przeprowadziłyśmy się z mamą do Salt Lake City - powiedziałam potem cicho, ale szybko i znowu nie patrząc na niego - A potem wygrałam jeszcze jakiś konkurs, miałam program w telewizji lokalnej, więc dostałam kolejne stypendium i skończyłam college.

Urwałam.

David nic nie powiedział.

Odważyłam się nieśmiało podnieść na niego wzrok i złapałam jego gorące spojrzenie skierowane w moje oczy.

O Panie!

- Jak się cieszę, że miałaś taką wspaniałą babcię - powiedział David, jakby myślał o czymś innym.

- Tak, ja też - mruknęłam przez ciepło, które otoczyło moje serce.

Miałam tym zajęte myśli, więc nie zauważyłam, że David przesunął rękę z mojej dłoni z powrotem w moje włosy na boku głowy, a potem na kark pod nimi.

Przyciągnął mnie do siebie, a ja nie broniłam się, bo nagle dotarło do mnie, że chcę go pocałować.

Bardzo.

Przybliżył mnie do siebie, przechylił mi głowę, a potem poczułam jego usta na swoich.

Rozchyliłam wargi, wysunęłam czubek języka i posmakowałam go.

Panie, jak ja lubiłam jego smak.

Przyciągnął mnie mocniej i drugą rękę przesunął pod moim swetrem na moje plecy, więc poczułam jego gorącą dłoń na skórze.

Jednocześnie wsunął język do moich ust i to było jeszcze lepsze.

Otworzyłam szerzej i odważniej usta, wygięłam się i wysunęłam piersi w jego stronę, i przeciągnęłam rękę na jego kark.

Nie wiedziałam skąd wiedziałam, co mam robić.

Nie całowałam się tak nigdy z nikim.

Curt, który był moim pierwszym (i jedynym) kochankiem, nie lubił się całować.

Przyciskał krótko wargi do moich ust i zawsze miał je zamknięte.

Nie wiedziałam, co robię dobrze lub źle, bo nigdy nie miałam żadnej siostry, przyjaciółki, żadnej bliskiej kobiety, z którą mogłabym o tym porozmawiać.

Więc teraz, z Davidem, od pieszczoty jego języka wewnątrz moich ust zrobiło mi się jednocześnie słabo, gorąco, a wszystkie mięśnie napięły mi się z chęci ucieczki i rzucenia się na niego jednocześnie.

A na dodatek tak wspaniale było czuć jego krótkie, gęste włosy wnętrzem dłoni i bicie jego serca pod drugą ręką.

David całował mnie, jakby nie mógł się nasycić.

Jakbym była źródłem, z którego musiał pić, żeby utrzymać się przy życiu.

Odsunęłam się na kilka centymetrów i jęknęłam - David - a jednocześnie spojrzałam mu z bliska w oczy.

Momentalnie puścił mnie i odsunął się.

- Zrobiłem ci krzywdę? - zapytał z niepokojem.

- Nie - mruknęłam zawstydzona - ja…

Pomyślałam, że mogę mu powiedzieć.

On nigdy, przenigdy nie zrobi mi krzywdy, nie przekroczy granicy, którą mu narzucę, nawet jeśli jej nie wyjaśnię.

Był taki dobry i chronił mnie.

- Lubię to - wyjaśniłam cicho.

- Dobrze - powiedział i uśmiechnął się ciepło, a potem przyciągnął mnie z powrotem do siebie.

Całowaliśmy się przez dłuższą chwilę, jego dłoń pieściła skórę moich żeber i pleców, a moja jego kark i włosy.

Jednak nic więcej nie zaszło.

A ja poczułam jednocześnie ulgę, bo bałam się, że moglibyśmy pójść dalej, a ja nie pozwoliłabym mu się rozebrać i mógłby się do mnie zrazić, i rozczarowanie, bo miałam straszną ochotę na coś więcej, chociaż nie do końca wiedziałam na ile więcej.

Przyciskał potem jeszcze moją głowę do swojego serca, a ja to robiłam bardzo chętnie, bo starałam się zapamiętać dźwięk bicia jego serca na długie chwile, kiedy nie będę miała go koło siebie.

A wiedziałam, że takie chwile nadejdą.

A potem musiałam wyjść.

Stałam już całkowicie ubrana w drzwiach prowadzących na tyły apartamentu Evy i Jimmy’ego, kiedy David przyciągnął mnie do siebie.

- Tak nie lubię tego, że musisz iść sama - mruknął do moich włosów.

Wciągnęłam powietrze do płuc, przytrzymałam je chwilę i wypuściłam.

Też tego nie lubiłam.

Ale musiałam być silna.

Dla niego, żeby się o mnie nie martwił.

- Mam dzisiaj później dyżur przy monitorach, to cię jeszcze zobaczę - dodał, a ja poczułam taką radość, że znowu się do niego uśmiechnęłam.

Dotarłam do mieszkania bez przeszkód, dokładnie odwrotnie wykonując wszystkie te czynności, co przedtem.

Na moim telewizorze Sean Gullette opowiadał jeszcze o swoich odczuciach związanych z odtwarzaniem postaci Max’a Cohen’a.

Po cichu przeszłam do sypialni, umyłam zęby w mojej łazience i przybrałam się w piżamę, a potem wzięłam poduszkę i kołdrę i przeszłam na kanapę.

I znowu tam szybko zasnęłam myśląc o tym, że David był blisko mnie.

A potem odszedł.

Powoli, stopniowo odsuwał się przez nie odzywanie się, nie dawanie mi znaku, że o mnie myśli i pamięta.

Nie rozpadałam się.

Znikałam.

Kiedy tydzień temu Eva zaprosiła mnie na obiad w Święta początkowo chciałam odmówić, ale nie miałam argumentu, żeby tam nie pójść.

Potem znalazłam argument, ale był śmieszny.

Nie miałam w co się ubrać.

Więc pojechałam do butiku do Aleka i Sama.

Sama.

Ponieważ wiedziałam, że wyjeżdżają na Święta, więc tam zawiozłam im w prezencie na Gwiazdkę małego słonia z terakoty, pomalowanego na jaskrawe kolory i złocenia, o którym Eva powiedziała mi, że będzie pasował do ich mieszkania.

Alek zachwycił się nim, ale od razu przyznał, że mają podobnego.

Zrobił to, mówiąc - Indy będzie miał towarzysza, nie będzie już samotny.

Więc nie czułam się całkiem, jak głuptas.

W butiku Alek od razu wiedział o co mi chodzi, kiedy powiedziałam o zaproszeniu i, kiedy ponownie czekałam w przebieralni, znalazł mi nie tylko sukienkę, ale również buty.

Na szczęście tym razem nie zmuszał mnie do przyjmowania „prezentów”, więc nie czułam się winna tego, że do nich pojechałam.

Bardzo podobało mi się to, że miał takie fantastyczne wyczucie mojego gustu, potrzeb, a jednocześnie mogłam mu zaufać jeśli chodziło o podpowiadanie fasonu i kolorów.

Znalazł mi dwie sukienki, ale polecił jedną, o której powiedział w zaufaniu, że ma inną z tego modelu na zapleczu.

- Jeśli będzie pasowała, kochanie - szeptał mi na ucho z przejęciem, bo w butiku była jeszcze jedna klientka - …to tamta jest przeceniona, bo ma drobną skazę. Nawet nie zauważysz, a kosztuje połowę tego.

Sukienka była podobna do prostego, długiego za kolana, prążkowanego swetra z długimi rękawami w pięknym kolorze szaro błękitnym, z błyszczącą nitką.

Z przodu była pod samą szyję, a z tyłu miała trójkątny dekolt, opadający prawie do łopatek.

Była śliczna.

Spojrzałam na cenę, więc wiedziałam, że nie powinnam jej kupować.

Ale jeśli Alek naprawdę miałby przecenioną…

Buty też były ładne (czarne botki nad kostki na niewielkim koturnie, który był zaskakująco wygodny), ale zrezygnowałam z nich.

Wystarczyłyby mi moje.

Więc teraz stałam w bieliźnie i rajstopach przed sukienką, której nie będę potrzebowała więcej niż ten jeden raz, uczesana absurdalnie starannie w ten sam sposób, a jaki uczesał mnie fryzjer na ślub Evy i Jimmy’ego, ze świeżo zapakowanym prezentem w ręce.

Odłożyłam paczkę.

Wsunęłam sukienkę od dołu przez biodra i na ramiona, włożyłam do niej swój szeroki, czarny, skórzany pasek ze srebrną, ozdobną, szeroką klamrą i wzięłam paczkę z powrotem do ręki.

Przeszłam do salonu, by dokończyć pakować moją torebkę.

Potem założyłam botki, płaszcz, czapkę i szalik, zebrałam swoje rzeczy do ręki i wyszłam za drzwi.

Akurat ze swoich drzwi wychodzili Sonija i Benji.

Zamknęłam drzwi na klucz.

- Hej, Maggie, wesołych Świąt! - Sonija jak zwykle rzuciła się do mnie z nadmierna energią - Też idziesz do Evy i Jimmy’ego?

- Hej - spokojniej zawtórował jej Benji.

- Hej - odparłam, oddając uścisk Soniji - Tak, Wesołych Świąt.

- Co tam masz? - zapytała, wskazując na paczkę w mojej ręce.

- Och - odparłam i machnęłam drugą ręką lekceważąco - Taki drobiazg. Prezent dla Evy.

- Och, to cudownie - krzyknęła Sonija i nie zwracając uwagi na to, że nie mówię nic więcej i nie dając dojść do słowa Benij’emu, poprowadziła mnie w stronę schodów cały czas mówiąc.

Poszliśmy przez nasz parking, na drugą stronę drogi i na parking Evy i Jimmy’ego, a wtedy zobaczyłam Grand Cherokee Davida zaparkowanego przed ich drzwiami.

I dlatego, gdyby Sonija mnie nie trzymała kurczowo przez cały czas i nie paplała bez przerwy, chyba bym uciekła.

Ale nie uciekłam i zebrałam wszystkie swoje siły, by to przetrwać.

*****

David

David był zły na siebie o to, że dał się namówić.

Musieli pozostawać z Maggie w ukryciu, a to w obecności ich najbliższych przyjaciół nie byłoby łatwe.

Ale dał się namówić, bo tęsknił.

Chociaż bardziej był sfrustrowany brakiem postępów w śledztwie.

Facet był nieuchwytny.

Kiedy zajechał do Evy i Jimmy’ego było pięć minut przed umówionym czasem, ale zadzwonił, Jimmy go wpuścił i przeszli obaj do salonu.

Eva szalała w kuchni, nerwowo wbiegając do salonu, by się przywitać, rozkazując Mattowi przygotować stół (który był już przygotowany).

David dowiedział się od Jimmy’ego, że Alek i Sam wyjechali gdzieś do rodziny, więc ich nie będzie.

Rozmawiał wcześniej przez telefon z Benji’m, który nadal razem z nimi obserwował salon Maggie i poprosił go o przyprowadzenie jej, żeby nie szła sama.

Mieli wyjść z Soniją ze swojego mieszkania tak, żeby spotkać ją niby przypadkiem na galerii.

Nie lubił reporterów, bo bywali zwykle wścibscy i zdobywali sławę nie bacząc na szkody, jakie wyrządzali w życiu innych.

Benji był inny.

Dzięki, kurwa, Chrystusowi.

Usłyszał dzwonek do drzwi, obaj z Jimmy’m się podnieśli i wiedział, że to oni, kiedy Eva wypadła z kuchni.

- David - rzuciła do niego - Zajmij się Maggie. Weź od niej płaszcz wprowadź ją, dobrze?

Gówno.

Tego się obawiał.

Eva bawiła się w swatkę.

Tak.

To nie będzie łatwe dla żadnego z nich.

Poszedł do drzwi i zobaczył jej smutny wzrok na sobie, zanim opuściła oczy i zaczęła się rozbierać.

Zdjęła rękawiczki i czapkę, odłożyła je na półkę pod lustrem, gdzie wcześniej położyła torebkę i jakąś paczkę, a potem zaczęła zdejmować płaszcz.

Pierś zacisnęła mu się na widok jej smutku.

Miesiąc temu miał ją w tym domu przytuloną do jego ciała, uśmiechniętą i zrelaksowaną.

Śmiała się.

A teraz…

Złapał jej płaszcz, by pomóc jej zdjąć go z ramion i prawie zamarł.

Kurwa.

Palce jego obu dłoni przesunęły się po jej nagiej skórze i jego kutas stwardniał i szarpnął się natychmiast, jak u gówniarza.

Jej sukienka była, jak zawsze, z przodu pod samą szyję i David już wiedział dlaczego, ale z tyłu miała dekolt sięgający między jej łopatki.

Kuszący.

Sukienka również opinała jej piersi i biodra tak, że z trudem powstrzymał się przed schwyceniem jej w ramiona, zaciśnięciem jej włosów na karku w pięści, jak prymitywny zaborca i przyciśnięciem jej ust do swoich.

Kiedy się odwróciła do niego przodem i nieśmiało podniosła wzrok do jego oczu, wiedział, że to poczuła.

Że zesztywniał i jego oddech stał się niewłaściwy.

Musiał się uspokoić.

Zabrała torebkę i paczkę i poszła do salonu, a on wziął trzy głębokie oddechy, zanim podążył za nią.

Witali się tam wszyscy ze wszystkimi, bo dołączyli do nich również Mick i Dora, syn i synowa Evy, którzy wcześniej szykowali się w swoim pokoju (był nim pokój gościnny, który nasuwał Davidowi miłe wspomnienia).

- Maggie, kochanie - usłyszał głos Evy, która zdążyła się już głośno przywitać z Soniją i Benji’m - Jak cudownie, że mogłaś przyjść do nas.

- Tak, cześć - powiedziała cicho Maggie.

- Ja też się cieszę - dodała sekundę później, ale nie brzmiała, jakby się cieszyła.

- Eva - David usłyszał głos Soniji - Przepraszamy, ale nie zostaniemy na obiedzie, musimy dojechać na kolację do Cheyenne w Wyoming, do przyjaciół.

- Tak - dodał Benji, patrząc krótko na Davida - Wstąpiliśmy tylko, by złożyć wam życzenia i zaraz ruszamy w drogę.

Gówno.

Więc mieli być na obiedzie tylko w siedem osób.

To będzie jeszcze trudniejsze, niż się spodziewał.

Zauważył minę Maggie, która odwróciła lekko głowę, patrząc w podłogę i wiedział, że pomyślała to samo.

Usiedli wszyscy w ósemkę (Matt biegał co chwilę na górę do swojego pokoju) na fotelach i kanapie, rozmawiali przez chwilę o wszystkim i niczym i to pozwoliło Maggie ochłonąć, co David przyjął z ulgą.

Potem Sonija i Benji zaczęli się zbierać, a David poszedł za nimi do przedpokoju, by uścisnąć znacząco w podziękowaniu dłoń faceta, który zaopiekował się Maggie.

Kiedy wrócił do salonu zobaczył, że Eva już zdążyła zadziałać i usiadła tak, że nie miał innego wyboru, jak tylko usiąść koło Maggie na kanapie.

Gówno.

Siedzieli oboje sztywno wyprostowani i David spostrzegł lub może bardziej wyczuł dłoń Maggie leżącą na siedzeniu kanapy przy jego udzie.

Położył obok niej swoją rękę.

- Eva - zaczął - Jimmy mówił, że przed Świętami obchodzicie Wigilię z uroczystą kolacją. Jak to wygląda?

Zapytał, ale nie był zainteresowany.

Patrząc Evę poruszał palcami tak, że muskał palce Maggie i to skupiało jego całą uwagę, więc nie słuchał obszernej i barwnej odpowiedzi Evy.

Dotyk ich palców zajmował również Maggie, ale ona opuściła głowę, rozchyliła usta i oddychała ciężko, więc przestał poruszać palcami, by jej nie denerwować, tylko zostawił swoją dłoń blisko jej ręki na siedzisku kanapy.

- Maggie - nagle zawołała Eva - Muszę rozpakować twój prezent. Naprawdę nie musiałaś nam nic przynosić. My nie mamy nic dla ciebie.

- Eva - zaczęła Maggie, niestety, zabierając swoją rękę - To w podziękowaniu za twoją przyjaźń i nowe opony do mojego Wranglera.

Zaskoczenie spowodowało, że David nie zdążył nad tym zapanować i zesztywniał, a Maggie odwróciła do niego głowę, spojrzała na niego ze zdziwieniem i zmarszczyła brwi.

- Ja nie wiem… - zaczęła Eva, a potem przeniosła wzrok z Maggie na Davida - Och - szepnęła i zamilkła.

Wstała, jak to ona zwykle, energicznie, i szybko poszła do komody po paczkę, którą dostała od Maggie i tam odstawiła.

Przyniosła ją na fotel, na którym siedziała i dopiero wtedy David przyjrzał się pakunkowi.

Nie był mały, ale też nie za duży.

Płaski.

Jak trzydziestocalowy monitor.

Sądząc z tego, jak Eva go trzymała, lekki.

Zawinięty był w szary papier pakowny i obwiązany sznurkiem.

Po zdjęciu pierwszej warstwy papieru Eva się zawahała.

- Maggie - powiedziała prawie bez tchu - Tu jest napisane Dla Maggie, mojego Kociątka.

- Tak - powiedziała Maggie - Przepraszam, nie zauważyłam. To moje.

- Maggie - zająknęła się Eva - Nie mogę tego przyjąć.

- Eva - zaczęła Maggie - ja…

Wtedy David spostrzegł, że Maggie również mocno przeżywa rozstanie z tym czymś i pomyślał, że to od jej babci.

Jedna z jej pamiątek.

Przestraszył się, że Eva to przyjmie.

Wstał i podszedł do stolika, na którym Eva położyła pakunek do rozwinięcia i zaczął zdejmować resztę papieru.

Ich oczom pokazał się nieoprawiony w ramę obraz pręgowanego kotka zwiniętego w kłębek do spania.

David spojrzał na Maggie i zobaczył, że nie patrzyła na to, a jej zęby były mocno zaciśnięte.

- Ale… - Eva jąkała się - Maggie, czy ty wiesz, ile to jest warte?

- Co? - głowa Maggie gwałtownie podskoczyła do góry z tym pytaniem, a David spojrzał na Evę i zmarszczył brwi.

- To Renoir - wyjaśniała Eva, najwidoczniej całkiem oszołomiona - Tu jest sygnatura.

Palcem wskazała na róg obrazu i David spojrzał tam.

Faktycznie.

- To na pewno nie jest oryginał - lekceważąco stwierdziła Maggie - mojej babci nie byłoby…

Urwała, bo właśnie wskazała wszystkim, że to była jej pamiątka po babci.

Eva wyprostowała się, odłożyła obraz i podeszła do Maggie, usiadła przy niej na miejscu, na którym wcześniej siedział David i objęła ją ramionami.

- Kochanie - powiedziała do jej ucha - Nie mogę cię pozbawiać takiej pamiątki. Jeśli chcesz mi coś dać to bądź szczęśliwa. To dla mnie będzie najlepszy prezent.

Spojrzała przy tym na Davida, który odwrócił wzrok i zajął się obrazem.

Jimmy podszedł do niego razem z Mickiem, synem Evy.

- Myślę, że można by to gdzieś wycenić i sprawdzić autentyczność - mruknął Mick - …może w jakimś domu aukcyjnym mają specjalistę.

David wziął obraz do ręki i odwrócił.

Wtedy poczuł coś dziwnego.

Jakby w środku coś się przesuwało.

- Tam coś jest - mruknął do Jimmy’ego.

- Przyniosę nóż - rzucił Jimmy i poszedł.

- Nie - krzyknęła Maggie i zerwała się na równe nogi.

- Mała - powiedział do niej David - Nie zniszczymy tego.

Spojrzała na niego i zatrzymała się w pół kroku.

Ufała mu i widział to w jej oczach, ale było w nich coś jeszcze i dopiero wtedy zauważył, że powiedział do niej mała.

Nie było to Kruszynko, jej ulubione, co zauważył już wiele razy, ale jednak, nie zachował ostrożności.

Kurwa.

Na szczęście nikt nic nie spostrzegł, bo wszyscy byli przejęci tym, co mogło kryć się w obrazie.

Z tyłu na ramę był naklejony brązowy papier, który na rogach nieco odstawał.

David wziął nóż, który przyniósł Jimmy i delikatnie zaczął podważać go z jednej strony, wyczuwając momentalnie, że został on przyklejony zwykłym klejem do papieru, który z upływem lat kruszył się i łatwo odchodził.

Wszyscy milczeli.

Wystarczyło kilka ruchów noża i róg papieru odskoczył wystarczającej na długości, by David mógł zajrzeć do środka.

Kiedy odwrócił obraz tą stroną do dołu, w jego dłoń, dotykającą rozcięcia uderzył mniejszy pakunek.

Dokumenty?

List?

David wsunął przez szczelinę dwa palce i złapał to.

Wyciągnął je ostrożnie, żeby nie nic uszkodzić, a potem delikatnie odłożył obraz na pusty stolik do kawy, który stał obok niego.

Trzymał w dłoni długą pożółkłą kopertę niezbyt wypchaną jakimiś miękkimi kartkami i patrzył na nią jakieś dwie sekundy.

Było na niej napisane tylko jedno słowo: Maggie.

Spojrzał szybko na nią i dostrzegł bladość na jej szczupłej, ślicznej twarzy, ale zdecydowanie wyciągnęła do niego rękę.

- Maggie… - zaczął, ale nic nie powiedział, bo mu przerwała.

- Schowam to do torebki - powiedziała, a jej głos był dziwny i David pomyślał, że chciałaby uciec i zostać sama z listem od swojej kochanej babci - Później przeczytam.

- Dobrze, kochanie - powiedziała do niej Eva delikatnym, cichym głosem i David spojrzał na nią.

Jej twarz wyrażała współczucie i zrozumienie.

Tak.

Eva była mądra i zauważała i kojarzyła więcej niż ktokolwiek przypuszczałby po jej czasem trzpiotowatym zachowaniu.

- Myślę, Dora - zwróciła się Eva do swojej synowej - …że powinnyśmy podawać obiad. Już wszystko jest gotowe.

Maggie poszła do swojej torebki, by schować list, kobiety poszły w stronę kuchni, a mężczyźni zostali pochyleni nad obrazem.

- Co za historia - mruknął Mick.

- Taaa - David nie powiedział, co o tym sądzi.

- Mogę się zająć wyceną tego, jeśli chcesz - Jimmy spojrzał na Davida.

- Zatrzymaj to… - powiedział David półgłosem - ale nie spiesz się. Może dopiero w styczniu zanieś to do wyceny.

- Okej - mruknął Jimmy, a Mick, rozsądnie, o nic nie zapytał.

Jimmy schował obraz do kąta za komodą bez dalszych pytań, bo wiedział, że David chroni przed czymś Maggie i wiedział, że spotykali się czasem w ukryciu tak, by Eva o tym nie wiedziała.

Jego żona bowiem kompletnie nie umiała kłamać.

Poszli we trzech do jadalni, gdzie Maggie dołączyła już do Evy i Dory i we trzy podawały półmiski na stół.

Matt przybiegł ze swojego pokoju i usiadł z nimi przy stole, więc nakładali sobie na talerze i rozmawiali o różnych sprawach, jak duża rodzina.

David to lubił i widział po zachowaniu Maggie, że jej też to się podobało.

Jedynym problemem było to, że Eva wyznaczyła im miejsca obok siebie, więc znowu czuł jej ciepło obok siebie, a kiedy sięgała coś ze stołu, czasem również fragmenty skóry na jej plecach.

Maggie nie tego wiedziała, ale ta cholerna sukienka była częściowo jego prezentem dla niej.

Gwiazdką.

Kiedy Alek zadzwonił do niego, że Maggie przyszła na zakupy do butiku, David natychmiast powiedział mu swoją propozycję, że zapłaci połowę ceny za sukienkę, a Alek powie Maggie, że była przeceniona.

Alek był zachwycony (i zapewne dlatego zadzwonił).

David chciał, żeby kupiła sobie coś ładnego.

I kupiła coś bardzo ładnego, a na dodatek cholernie seksownego.

David był pewien, że Alek wybrał tę sukienkę i tak namówił Maggie na kupno, że myślała, że to był jej wybór.

Nie żałował tego podstępu.

Wyglądała przepięknie.

Rozmawiali o jedzeniu, o gotowaniu, o pogodzie, o planach na Sylwestra, bo Eva znowu namówiła Dominika na sąsiedzką imprezę.

Po obiedzie przeszli do salonu, dostali kawę i nadal rozmawiali.

Maggie odzywała się więcej niż zwykle, nawet uśmiechnęła się kilka razy.

Tak.

David miał powody do zadowolenia.

Dostał swoją Gwiazdkę.

Kiedy upłynęła kolejna godzina, Maggie zaczęła się zbierać do wyjścia i David poczuł na sobie uporczywy wzrok Evy.

Westchnął w duchu, ale powiedział na głos - Odprowadzę cię.

- Nie trzeba - odparła Maggie - Zostań jeszcze.

- Może oboje zostaniecie - zaproponowała Eva.

- Nie, dziękuję - powiedziała Maggie, ale nie dodała żadnej wymówki, czy wyjaśnienia.

David zdziwił się, że nawet nie powiedziała, że musi jechać do mamy.

Może nie musiała, a wiedział, że nie lubiła kłamać bez potrzeby.

Więc wstała, a on wstał z nią.

Przyjacielska przysługa.

Mężczyzna nie pozwala kobiecie chodzić samej.

Cokolwiek.

Musiał z nią iść.

Na szczęście.

W korytarzyku znalazł sią znowu za nią, kiedy pomagał jej włożyć płaszcz i miał okazję musnąć czubkami palców jej skórę na plecach.

Zadrżała.

Rozkosz.

Nie mógł pochylić się i pocałować jej tam.

Tortura.

Gówno.

Wymamrotali oboje swoje pożegnania do wszystkich, uściskali kilka dłoni, wyszli za drzwi i skierowali się w stronę kompleksu.

- Jak się masz, Maggie? - zapytał ją David tak, jakby dopiero na dworze zaczynali właściwą rozmowę.

- Dobrze - szepnęła, ale coś dziwnego zabrzmiało w jej głosie, czego nie mógł wyczuć.

- Tęskniłem - przyznał.

- David - mruknęła, jakby z bólem.

Nic nie mówiła, więc David przyjął to za wskazówkę, że woli z nim pomilczeć.

- Mała - poprosił, bo pragnął chociażby takiej bliskości, która mogła być usprawiedliwiona jego konserwatywnym wychowaniem - …daj mi rękę.

Podała mu dłoń, a on położył ją na swoim przedramieniu, otulając swoją dłonią i prowadził ją tak, nie odzywając się więcej, aż pod jej drzwi.

Kiedy tam dotarli, puścił ją, by mogła wyjąć klucz z torebki.

Otworzyła je, odwróciła się do niego i podniosła głowę.

Tak bardzo chciał ją pocałować.

Oblizał wargi koniuszkiem języka, a ona zrobiła to samo, patrząc półprzymkniętymi oczyma na jego usta.

O, tak, też tego chciała.

Poczekają.

Muszą.

Jeszcze trochę.

- Do widzenia Maggie - powiedział delikatnie.

- Do widzenia David - odpowiedziała.

Odwrócił się i poszedł do schodów, sprawdzając jeszcze przez ramię, czy weszła w swoje drzwi.

Zaczął schodzić, kiedy usłyszał, jak zamykała je na klucz.

Wyciągnął swój telefon.

- Yo - przywitał się - Na miejscu.

- Yo - usłyszał - widzę, jest okej.

Nie żegnając się odsunął telefon od ucha i rozłączył się.

A potem poszedł do swojego SUV’a i pojechał do domu.

Tak cholernie pustego.

 

3 komentarze: