Rozdział 4
Maggie
Tydzień później
Stałam
w ławce szpitalnej kaplicy i patrzyłam na wszystkich mężczyzn stojących przy
ołtarzu, przed urzędnikiem w rzędzie drużbów obok Jimmy’ego.
Ale
widziałam tylko Davida.
Miał
na sobie szarą marynarkę na białej koszuli, którą miał rozpiętą pod szyją,
czarne spodnie i buty.
Był
najprzystojniejszym mężczyzną w tym pomieszczeniu, w całym Salt Lake City, w
całych Stanach, na całym Świecie.
Patrzenie
na niego bolało.
Nawet,
jak byłam przyzwyczajona do bólu.
Bo
nie mógł być mój, a ja nie mogłam być jego.
Nigdy
nie będę mogła.
Żeby
opanować swoje uczucia, w tym chęć podbiegnięcia do niego, rzucenia się mu w
ramiona i szeptania mu do ucha - weź
mnie, jestem twoja, przypominałam
sobie raz po raz to, co zobaczyłam po wejściu do mojej sypialni w dniu, kiedy
odebrałam swojego Jeepa z warsztatu.
W
ciągu tamtego dnia, kiedy byłam w pracy, dostałam SMS’a od mechanika, że samochód
będzie do odbioru po piątej po południu.
Magnus
się pomylił.
Wizytówka
posłużyła mechanikowi wyłącznie w celu poinformowania mnie o zakończonej
naprawie.
Na
szczęście.
Potem,
tuż po czwartej, zadzwonił do mnie David.
Odebrałam
znowu bardzo, bardzo głupio, bo nadal nie wiedziałam co to za numer, bo nie zapisałam
go wcześniej, odmawiając sobie nawet takiego połączenia z Davidem.
Zapytał,
czy wiem co z moim Wranglerem.
Powiedziałam
mu.
Kiedy
się rozłączył (nie mówiąc nic więcej, jakbyśmy już wszystko sobie powiedzieli
wcześniej) zapisałam jego numer do kontaktów, żeby w przyszłości nie mieć
więcej niespodzianki, kiedy by dzwonił.
Najwyraźniej
on miał zapisany mój numer.
Tak.
A
potem…
Kiedy
wychodziłam z pracy, David - ponownie ciemny, trwały niczym skała i milczący - czekał
na krawężniku przy parkingu i znalazł się tuż koło mnie, jak tylko wyszłam za
drzwi.
Pan
D’angelo ponownie wychodził z naszego budynku razem ze mną i był bardzo
widocznie szczęśliwy, że widzi Davida już po raz kolejny odbierającego mnie z
pracy.
Westchnęłam
w duchu.
Pożegnałam
się z nim i poszłam w kierunku Davida.
-
Hej - powiedziałam cicho do niego, kiedy się zbliżyłam i podniosłam wysoko
głowę, by patrzeć w jego ciepłe, brązowe czy.
-
Maggie - mruknął David jako całe powitanie.
Poprowadził
mnie do swojego SUV’a z dłonią na moich plecach, pomógł wsiąść, zamknął moje
drzwi, obszedł maskę i wsiadł na swoje miejsce.
Poczułam,
że lubię to.
Było
to bezpieczne i miłe.
Wszystko.
Kiedy
David po pracy zawiózł mnie do warsztatu, bym odebrała samochód, pożegnałam się
z nim na parkingu przed budynkiem dokładnie tak samo, jak poprzedniego dnia i
wcześniej.
Stojąc
tuż przy nim i zadzierając głowę, by spojrzeć w jego twarz.
To
był ostatni raz, kiedy byłam blisko niego.
Tęskniłam
potem za tym, chociaż wtedy miałam ochotę uciec, odsunąć się lub - przeciwnie -
oprzeć się o niego i dać mu usta do pocałunku.
Postanowiłam
więc uciec.
Poszłam
szybko do warsztatu, znalazłam i porozmawiałam z mechanikiem o tym, co zostało
zrobione (nie znałam go, był inny niż ten, który wziął moją wizytówkę).
Niewiele
umiał mi powiedzieć.
David
stale chodził za mną i nieruchomo stał tam jako milcząca, solidna, wspierająca
asysta.
Poszłam
do biura, gdzie spotkałam kogoś przy komputerze, zapłaciłam, wzięłam rachunek i
dostałam kluczyki.
Cały
czas z Davidem za plecami.
Wyszliśmy
w końcu na parking i wiedziałam, niestety, wiedziałam,
że nadeszła pora, by się pożegnać.
-
Do widzenia, David - wyszeptałam, a on, niestety,
odsunął się, bym mogła pójść po mój samochód.
Odczułam
to, jak brak fundamentów.
Jakbym
się miała przewrócić.
-
Później - odpowiedział cicho.
I
to było tyle.
Miałam
nadzieję, że się nie myli, że tak będzie.
A
jednocześnie bałam się, że tak będzie.
Znalazłam
mojego Jeepa na parkingu między innymi samochodami i, nie oglądając się więcej
na Davida, wsiadłam, odłożyłam torebkę na siedzenie pasażera, dopasowałam do
siebie siedzenie i lusterka, wyjechałam z parkingu i pojechałam do domu.
Zaparkowałam
na moim miejscu parkingowym, wysiadłam, zamknęłam samochód i poczułam to.
Po
raz pierwszy w życiu.
Sama
weszłam do mieszkania.
Sama
zjadłam szybką kolację złożoną z resztek.
Sama
przebrałam się w spodnie, wygodniejsze buty i t-shirt.
I
sama pojechałam prosto do mamy, do hospicjum.
Bardzo
sama.
Mama
była wyjątkowo cicha i grzeczna (może po prostu nadal pod wpływem wizji Magnusa
zabierającego mnie na kolację), prawie wcale mi nie dokuczała, ale też nie
odzywała się do pani Smith.
Pani
Smith za to uśmiechała się do mnie radośnie i miała wielką ochotę na pogawędkę
ze mną.
Ja
nie miałam.
Zbywałam
ją półsłówkami, ale nie chciałam być niegrzeczna, więc coś do niej mówiłam.
Szybko
ogarnęłam to, co było do zrobienia i wyszłam od nich.
Kiedy
wróciłam do kompleksu poczułam się niepewna, jakbym coś straciła, jakbym miała
amputowaną rękę lub nogę.
Ale
musiałam żyć dalej.
Zaparkowałam
na swoim miejscu, wysiadłam i zamknęłam jeepa, a potem poszłam sodami na górę.
Weszłam
do swojego mieszkania, zamknęłam drzwi na klucz, odłożyłam torebkę obok
telewizora, zaczęłam się rozbierać i zbierać rzeczy do prania i przeszłam do
sypialni.
A
wtedy…
Kiedy
tam weszłam, poczułam, jakby krew mi całkiem zamarzła.
Klatka
piersiowa mi się ścisnęła i żołądek się skręcił ze strachu.
Ściany
mojej niewielkiej sypialni były pomalowane na kremowo farbą, którą wybrał i
położył Dominik.
Tu
również, jak w salonie, w oknie powiesiłam grubą, szarą zasłonę, by nie wpadało
żadne światło.
Na
podłodze w kącie na płaskich skrzyniach, które były pomalowane na biało położyłam
pojedynczy materac, na którym miałam pościel.
Moje
spanie.
Białą
kołdrę, poduszki w białych poszewkach i szarą narzutę.
Codziennie
rano ścieliłam je precyzyjnie, układając równo poduszki na złożonej, wygładzonej
kołdrze, przykrytej do połowy narzutą.
Co
mogę powiedzieć, lubiłam porządek.
W
rogu sypialni stała jasna, drewniana, dwudrzwiowa szafa z moimi (rozwieszonymi
starannie) wyprasowanymi ubraniami do pracy i codziennymi, podzielonymi na
sekcje.
Na
ścianie naprzeciwko „łóżka” wisiała duża biała tablica do pisania pisakami
sucho ścieralnymi, z przyczepioną w rogu na magnes małą, czarną gąbeczką.
Kiedy
rano wychodziłam do pracy, cała tablica była pokryta moimi równaniami - rozwiązywaniem
dowodu, którego szukałam.
Już
nie.
Wieczorem
była wytarta starannie do czysta, a widniały na niej jedynie przerażające dla
mnie dwa słowa:
-
Jesteś moja.
Znalazł
mnie.
*****
David
David
stał razem z kumplami w szeregu drużbów Jimmy’ego przy ołtarzu kaplicy
szpitalnej i patrzył na Maggie tylko wtedy, kiedy ona nie patrzyła na niego.
Była
taka piękna.
A
jednocześnie tak daleka.
Miała
na sobie niebieską sukienkę w takim niepokojącym odcieniu, który sprawiał, że
jej wielkie oczy były wszystkim, co widział w jej twarzy.
Smutne
oczy.
Włosy
spięła do tyłu, ale opadały miękkimi falami na jej plecy, co zwiększało
wrażenie jej kruchości.
Potrzeby
ochrony.
Wtedy,
po zostawieniu jej w warsztacie samochodowym, pojechał do Filipa, żeby
powiedzieć mu o swoich przeczuciach.
Mieli
umówione miejsce i hasło na takie spotkania, kiedy nie chcieli być podsłuchani
i jadąc tam zawsze sprawdzali, czy nikt ich nie śledzi.
Nikt
go nie śledził.
Może
miał paranoję?
Kiedy
analizował z kumplem możliwe scenariusze napomknął o wydarzeniach z warsztatu
samochodowego, a Filip od razu podchwycił trop.
Zwłaszcza,
że, skoro David o tym w ogóle wspomniał, to znaczyło, że coś go dręczyło.
A
coś go dręczyło.
David
nie chciał, żeby Filip sprawdzał Maggie, ale kumpel był bardzo dokładny i znał
go.
Byli
razem na tylu akcjach w czasie różnych misji, że David wiedział, że musi mu
zaufać.
Ratowali
sobie wzajemnie tyłki przez lata.
Potem
David próbował się dodzwonić do Maggie, ale ta nie odbierała, ani nie
oddzwoniła.
Pojechał
więc do Jimmy’ego i Evy.
David
poprzedniej nocy pracował jako zmiana z inną jednostką, więc nie widział się z
kumplem.
Również
nie rozmawiali.
Ale
Davidowi nie zależało na rozmowie z Jimmy’m tylko z Evą.
Szli
na nocną zmianę do remizy, więc nic dziwnego, że Eva natychmiast wmusiła w
niego kolację i patrzył, jak krzątała się koło gówna Jimmy’ego, żeby wyszykować
go do pracy.
Kiedy
zagadnął jednym zdaniem o Maggie, nie zbyła go.
Ale
rozwinęła temat dopiero, kiedy Jimmy poszedł się ogolić.
-
David musisz wiedzieć… - zaczęła z wahaniem w głosie - Ja… To jest Maggie, więc
to ona powinna ci to powiedzieć, ale bądź z nią ostrożny, delikatny.
-
Eva… - David zmarszczył brwi i chciał jej wyjaśnić, że nigdy nie skrzywdziłby
Maggie.
-
Ja wiem - przerwała mu - Wiem, że
jesteś dobrym facetem. Po prostu, ona miała wiele złego w swoim życiu. Nie powiem
ci co, bo nie wiem tego dokładnie, ale zaufaj mi. Widzę to po niej. Jej życie
nie było dobre i nadal nie jest.
David
zamyślił się.
Spodziewał
się tego po jej wyglądzie, po jej oczach, ale to, co mówiła Eva nie przybliżało
go do rozwikłania tej zagadki.
-
Zresztą - dodała Eva nieco pogodniej - Maggie jest na pewno jeszcze u mamy w
hospicjum.
No
tak, miała rację.
Jimmy
wyszedł z łazienki wprost do nich i David wiedział, że chcieli mieć chwilę dla
siebie przed dyżurem Jimmy’ego, więc zebrał się wcześniej niż kumpel.
Wychodząc
zastukał do drzwi Maggie, bo wydawało mu się, że coś słyszał, że ktoś tam jest.
Ale
odpowiedziała mu cisza, a potem przekonał się, że na parkingu nie było jej
Jeepa.
Więc
się pomylił.
Przez
kolejne dni Maggie zbywała go milczeniem.
Nie
odbierała.
Odtrącała
jego gesty i prośby o rozmowę.
Więc
na tym szalonym ślubie widzieli się po raz pierwszy prawie od pieprzonego tygodnia.
Miał
cholerną nadzieję, że będą mogli porozmawiać.
*****
Maggie
Kiedy
Jimmy powiedział Soniji, a potem również Alekowi i Samowi o ciężkiej chorobie
Evy, o tym, że była w szpitalu, wszyscy w kompleksie zostali zmobilizowani.
Wiedzieliśmy
doskonale, jak bardzo Eva kochała przebywać między ludźmi, że uważała nas
wszystkich za przyjaciół, więc, jeśli była tak strasznie chora, to chcieliśmy
jej to dać.
Być
z nią.
Zadzwoniłam
do pana Federica D’angelo z samego rana, przed wyjściem do pracy, by poprosić
go o kilka wolnych godzin, a on, ze zrozumieniem i szczodrością, przyznał mi je,
wołając, że obrazi się, jeśli będę chciała to odrobić (co chciałam).
Nie
pozwolił mi również na to, bym poszła na godzinę lub dwie, a później wróciła do
pracy.
Miałam
cały dzień wolny.
Zadzwoniłam
więc do Magnusa i poprosiłam go o pomoc w wyborze stroju lub kupnie jakiejś sukienki,
bo chyba nie miałam ani jednej właściwej na taką uroczystość.
Szczęśliwie
miał dla mnie czas.
Magnus
przyjechał, nie zgodził się na żaden z proponowanych przeze mnie zestawów
strojów i zabrał mnie swoim Tucson’em do centrum.
Po
drodze zapytał mnie, czemu zastanawiam, gdzie kupić sukienkę, skoro moi
sąsiedzi pracują w butiku i to dobrym.
Zdziwiłam
się.
Nie
wiedziałam, skąd o tym wie (nie o butiku, bo sama mu o nim powiedziałam, ale o
tym, że jest dobry).
Po
czym Magnus po prostu mnie tam zawiózł.
Nawet
nie wiedziałam, że znał jego lokalizację.
Ja
nie znałam.
Kiedy
tam wchodziliśmy akurat wychodziła z niego uśmiechnięta Alice, która niosła tak
liczne torby i torebki z zakupami, że chyba kupiła kompletne stroje na kilka
imprez naraz.
Uściskała
mnie z głośnym powitaniem, krzycząc na ulicy (sic!), że to dobrze, że kupuję sukienkę na ślub.
Przedstawiłam
jej Magnusa i zauważyłam dziwne spojrzenia, które rzucała w jego stronę.
A
potem, na szczęście, musiała iść.
-
Maggie, kochanie - zawołał Alek i rzucił się do mnie z rozłożonymi ramionami
ledwo przekroczyliśmy próg.
Nie
było tam nikogo poza nami.
Alek
ucałował powietrze obok jednego i drugiego mojego ucha, trzymając mnie czubkami
palców za ramiona.
-
A to co za przystojniak? - zapytał mnie scenicznym szeptem, pochylając się w
moją stronę, natychmiast po tym, jak mnie puścił.
-
Alek, Magnus, Magnus, Alek - przedstawiłam krótko - Magnus jest moim starym
przyjacielem - dodałam do Aleka.
-
Hej, Maggie - usłyszałam wołanie Sama i odwróciłam się w jego stronę.
Sam
wyszedł z zaplecza i szedł w naszą stronę, wpatrzony w Magnusa.
Co
dziwne, szedł początkowo trochę jakby spięty, ale, kiedy podszedł bliżej,
wydawało mi się, że się rozluźnił.
Hmmm.
-
Cześć - powiedział do Magnusa - Pomagasz wybrać Maggie strój na ślub?
-
Tak… - powiedział Magnus, patrząc na mnie z uśmiechem - sama by tu chyba nie
przyjechała. Stwierdziła, że ma coś w szafie, nawet coś wyciągnęła, ale
przecież nie pójdzie na ślub w jednym ze swoich garniturków do pracy.
-
Magnus - warknęłam ze złością.
Odwróciłam
się do Sama.
-
Chyba sobie stąd pójdę - dodałam do nikogo przewracając oczami.
-
Kochanie… - powiedział Magnus z krzywym uśmiechem - po pierwsze ja cię tu
przywiozłem, więc nie masz czym wrócić, a po drugie, przecież wiesz, że mam
rację.
-
Ale nie musisz tego mówić - ucięłam
się, patrząc wprost na niego.
-
Już dobrze gołąbeczki - Alek zaklaskał w dłonie - Maggie, mam coś idealnego dla ciebie na tę okazję.
Westchnęłam
cicho, pokonana.
-
Idź do przebieralni, rozbierz się trochę - zarządził Alek - A ja ci zaraz to
przyniosę
Poszłam,
zdjęłam tam buty i spodnie i krótko czekałam.
Alek
przyszedł wkrótce z naręczem rzeczy.
-
Masz tu bieliznę, bo musisz mieć do kompletu… - podał mi - …tu jest sukienka, zawołaj,
jak trzeba będzie zapiąć, a tu stawiam buty.
Zakręcił
się, wyszedł i zaciągnął za sobą zasłonę.
Zagapiłam
się.
Krótko.
Słyszałam
ich głosy.
Sukienka
była prześliczna, w przepięknym odcieniu chabrowo niebieskiego, ale miała duży
dekolt.
Bardzo
duży.
Ojej.
-
Alek - zawołałam, starając się nie brzmieć histerycznie.
-
Już się przebrałaś? - zapytał
zaskakująco, skoro od jego wyjścia minęły jakieś trzy sekundy.
-
Alek, chodź tutaj - ponagliłam.
Alek
wetknął głowę za kotarę, a za jego plecami zobaczyłam zaniepokojonego Magnusa.
Zagryzłam
wargi i rzuciłam mu to spojrzenie.
Więc
wiedział, co się dzieje i byłam pewna, że chciał mnie wspierać, ale tym razem
musiałam rozwiązać to sama.
-
Nie założę tego - powiedziałam stłumionym głosem.
-
Maggie, kochanie - zaczął Alek sugestywnym tonem - musisz się wreszcie
przełamać…
Skoro
mnie nie słuchał nie miałam wyjścia.
Westchnęłam.
Złapałam
koszulkę za brzeg w pasie i zaczęłam ją podnosić, cały czas patrząc Magnusowi
prosto w oczy.
-
Maggie - mruknął przestraszony Alek, wszedł do przebieralni i złapał mnie za
rękę, żeby mnie powstrzymać - Po prostu się przebierz.
-
Alek - szepnęłam - musisz zobaczyć,
żeby zrozumieć.
Przeciągnęłam
koszulkę przez głowę, przeczesałam nią włosy, zrzucając ją przez lewe ramię na
stojące tam krzesło i spojrzałam w podłogę.
Gapiłam
się w nią, słysząc gwałtowny wdech, który złapał Alek.
Wiedziałam,
co zobaczył.
Powód
dla którego nigdy, przenigdy nie będę
mogła nosić żadnych bluzek ani sukienek z dekoltem.
Pamiątkę,
którą zostawił mi mój były chłopak, kiedy to
ja próbowałam z nim zerwać.
Coś,
co nazwał lekcją, bo to on miał
zerwać ze mną.
-
Dobrze, kochanie - powiedział Alek bardzo cichym, łagodnym głosem i spojrzałam
wprost na niego - …zaraz przyniosę inną, zmień bieliznę i buty.
I
wyszedł, zabierając ze sobą tamtą sukienkę.
Zaczęłam
się przebierać w bieliznę, którą mi zostawił w całkowitej ciszy wypełniającej
mały butik.
Sukienka,
którą nieco później przyniósł mi Alek miała podobny do tamtej odcień, co powitałam
z radością, bo bardzo mi się podobał.
Nie
miała też dekoltu, a raczej miała, ale taki w łódkę, z układającymi się od
ramion do przodu ślicznymi falami.
Co
powitałam z większą radością.
Włożyłam
ją.
Magnus
pomógł mi ją zapiąć, na koniec wspierająco ściskając dłońmi moje ramiona.
Nie
znałam się na materiałach ani kroju, ale to, jak ta sukienka układała się na
moim biuście, talii i biodrach, to był istny cud.
A
sandałki miały zakryte palce, niezbyt wysoki, ale uroczy obcasik szpileczkę i
ten sam kolor, co sukienka.
A
do tego była idealnie dobrana torebka.
O
Panie!
To
było więcej, niż kiedykolwiek miałam
w życiu.
I
było śliczne.
-
Alek - powiedziałam, kiedy przebrałam się z powrotem, po zatwierdzeniu całości
przez szanowne gremium gejów, kiwających głowami i cmokających z zachwytem nad
moim wyglądem - Ile to kosztuje?
-
Sukienka to prezent na Gwiazdkę ode mnie i Sama - rzucił Alek, nabijając ceny do
kasy.
-
Mhm - rzucił Sam, kiwając głową aprobująco.
Zagapiłam
się.
-
Buty są ode mnie - dorzucił Magnus - …też na Gwiazdkę.
Alek
i Sam uśmiechnęli się szeroko, patrząc na siebie.
-
Nie… ja… wy nie… - zająknęłam się zaskoczona - To jest szalone! Nie możecie! Do Gwiazdki jest jeszcze kilka miesięcy.
-
Mhm - rzucił ponownie Sam.
-
Racja… - absurdalnie zakończył „dyskusję” Alek - Bielizna i torebka
czterdzieści dolarów. Proszę, oto paragon.
-
Alek… - jęknęłam i spojrzałam na Magnusa, żeby zobaczyć, że sięga po swój portfel
i wyszczerza się do mnie.
Znikąd
zrozumienia ani pomocy.
Uch!
Poddałam
się.
Zrezygnowana
zapłaciłam, zaczęłam zbierać torby, ale odwróciłam się jeszcze raz do Aleka.
-
Wiesz, gdybyś mógł… - jąkałam się.
-
Maggie, to twój sekret - powiedział łagodnie Sam - My to rozumiemy.
-
Nie martw się, kochanie - szepnął Alek, podchodząc blisko, by objąć mnie i
uścisnąć.
Oddałam
mu uścisk.
Nie
wiedziałam co zrobić z taką lawiną emocji.
-
Ale, wiesz - dodał Alek nieco innym tonem - David by zrozumiał.
-
Też tak myślę - dorzucił Magnus.
O
Panie!
Skąd
Alek i Sam wiedzieli o Davidzie?
Czyżby
Eva coś mówiła?
To
nie było ważne.
Nie
wiedzieli, że musiałam, po prostu musiałam
chronić Davida przed czymś większym niż brzydki wygląd mojego dekoltu.
A
David zajmował się ochroną mnie w taki sposób, że wiedziałam, że to dla niego
misja i tyle.
Więc
nie potrzebował mnie.
Zagryzłam
wargi, opuściłam głowę i zbierałam się do wyjścia.
-
Magnus - zawołał Alek - tu masz wizytówkę tego salonu. Zawieź ją od razu, to ją
uczeszą i umalują.
Poderwałam
głowę i z przerażeniem zobaczyłam, że chłopaki, doskonale się rozumiejąc,
przekazują sobie numery telefonów i wizytówkę.
O!
Panie!
Pojechaliśmy.
A
ja nie miałam nic do gadania.
Więc
teraz miałam włosy spięte za uszami i zwieszone na plecy, w uszach pogłos
zachwytów fryzjera nad tym, jak gęste i mocne były moje włosy, a oczy miałam pomalowane
po raz pierwszy w życiu i podkreślone eyelinerem.
I…
Nie
czułam nic.
Bo…
David
nie patrzył w moją stronę i to bolało.
Nawet,
jak byłam przyzwyczajona do bólu.
Nawet,
jak wiedziałam, że tak jest lepiej.
Nawet,
jak wiedziałam, że to moja wina, bo odtrącałam go przez kilka dni,
konsekwentnie nie odbierając jego rozmów i tylko wsłuchując się w zostawione
przez niego wiadomości głosowe i SMS-y.
Znałam
je na pamięć.
Wyglądało
na to, że jestem świruską masochistką, bo czytałam je i słuchałam ich
kilkadziesiąt razy.
Nie.
Nie
płakałam.
Nigdy
nie płakałam.
Ja
się nie liczyłam.
Chodziło
wyłącznie o Evę.
Stałam
i patrzyłam.
Eva
przyjechała na wózku inwalidzkim.
Miała
na sobie kremową, dosyć długą, prostą sukienkę i długie, białe skarpety, a w
ręku przepiękny bukiet z czerwonych róż.
Wiedziałam,
że Jimmy codziennie kupował jej jedną czerwoną różę, więc miały one dla nich
specjalne znaczenie.
Na
jej twarzy widziałam zachwyt i wzruszenie tym, że jesteśmy tam wszyscy dla
nich.
Dla
niej.
Urzędnik
usiadł na krześle, by przyjąć ich przysięgi małżeńskie, bo Jimmy nie zgodził
się, żeby wstała nawet na chwilę.
Wyglądała
pięknie nawet z tymi okropnymi plamami na rękach.
Jimmy
patrzył tylko na nią i miał taki
wyraz twarzy…
A
kiedy powiedziała słowa:
Trwać przy tobie,
kiedy będziesz się budził i kiedy będziesz zasypiał, do końca moich dni, nosząc
twoje nazwisko.
O
Panie!
Najpiękniejsza
przysięga małżeńska świata.
Tak
bardzo bym chciała.
Nie.
Byłabym
uhonorowana, gdybym mogła budzić się
i zasypiać przy Davidzie, nosząc jego nazwisko.
Skończyło
się, podpisali, całowali się, a ja nie mogłam przestać wyobrażać sobie jakby to
było…
Nie
wolno mi.
Jesteś moja.
Obraz,
który nosiłam pod powiekami od tych kilku dni, wstrząsnął moją wyobraźnią i
ocknęłam się.
Podeszłam
ze wszystkimi, nieco sztywno złożyłam życzenia i wręczyłam Evie kwiaty, które
kupiłam dla niej przy szpitalu (wszyscy kupiliśmy, bo wszyscy wiedzieli, jak
bardzo lubiła kwiaty).
Potem
przeszliśmy do jej pokoju szpitalnego, bo prawie wszyscy przynieśli coś do
jedzenia.
Kiedy
tam staliśmy, a ja podpierałam ścianę, rozluźniłam się i patrzyłam z lekkim uśmiechem
na Evę siedzącą na łóżku i rozmawiającą z kolejnymi ludźmi, którzy do niej
podchodzili, zadzwonił mój telefon.
Wyjęłam
go z torebki i bezmyślnie odebrałam, przesuwając się lekko w stronę drzwi, żeby
lepiej słyszeć.
-
Halo? - zapytałam.
-
Ładna sukienka, dziwko - zasyczał mi
do ucha nazbyt dobrze znany głos.
Zesztywniałam,
odwróciłam i spojrzałam na Davida.
Patrzył
w moją stronę.
-
Nie myśl, że ci odpuszczę - mówił dalej Curt, mój były chłopak, który po
„lekcji”, jaką dał mi rok temu zniknął i miałam nadzieję go więcej nie spotkać
skoro przeprowadziłam się do innej części miasta, a on powiedział, że wyjeżdża
- Trzymaj dalej tego dupka na dystans, a wszystko będzie dobrze.
Zobaczyłam,
że David czujnie idzie w moją stronę.
-
Jesteś moja! - rzucił Curt i się
rozłączył.
Podeszłam
jeszcze bliżej drzwi, a David przeszedł obok mnie, wysunął się za nie i
wyciągnął mnie za sobą.
-
Co to było - zapytał.
Patrzyłam
na niego przerażona.
Nie
mogłam mu powiedzieć, a nie wiedziałam jak nie
powiedzieć, bo nie lubiłam kłamać.
-
Maggie - warknął David.
-
N-nic takiego… - wydukałam wreszcie - pomyłka.
-
Maggie - mruknął David - Kłamiesz.
-
David - szepnęłam - Proszę cię, nie mogę…
Przerażenie
przeniknęło mnie tak mocno, że zaczęłam się trząść.
Patrzył
na to przez sekundę lub dwie.
-
Maggie… - powiedział nagle innym tonem - …czy jesteś w niebezpieczeństwie? Ktoś
ci grozi?
Zesztywniałam.
Otworzyłam
szeroko oczy i zagryzłam wargi.
O
Panie!
Domyślił
się.
I
wtedy, po zmianie, jaka zaszła na jego twarzy, zorientowałam się, że w ten
właśnie sposób dałam mu znać, że się nie pomylił.
Jaka
ja byłam głupia.
-
Chodźmy - mruknął David, odwracając się w kierunku windy - odwiozę cię do domu.
-
Nie mogę… - zaparłam się - Nie… - nie wiedziałam co zrobić, żeby dał spokój, bo
Curt patrzył - Ja… pojadę z Alice -
rzuciłam wysokim głosem całkiem zdesperowana.
-
Alice jedzie z Eddiem i Bertem - powiedział David patrząc na mnie uważnie.
Och!
Nie
wiedziałam co mam zrobić.
Myślałam
kolejne trzy sekundy.
Wahałam
się.
Ale
David był taki silny, pewien siebie, dający poczucie bezpieczeństwa.
A
jednocześnie sprawiający wrażenie takiego, który był w stanie poradzić sobie z każdym.
Nawet
z szaleńcem.
A
ja byłam taka słaba.
Nie
miałam więcej siły.
Postanowiłam
mu powiedzieć i zrobiłam to patrząc wprost w jego oczy.
-
On patrzy - szepnęłam.
Oczy
Davida natychmiast stały się bardzo, bardzo
skupione, wyprostował się i napiął kark.
-
Kto? - zapytał podchodząc bardzo blisko mnie.
-
Curt - szepnęłam z bólem, prawie niesłyszalnie - Curt Murphy, mój… mój były
chłopak.
-
Maggie - wyszeptał David i jego oczy
zrobiły się takie niesamowicie ciepłe, że mogłabym się w tym cieple wygrzewać
przez wieczność.
Zamrugałam.
-
Dobrze - zdecydował - załatwię coś. Czy musisz dzisiaj jechać do mamy?
-
Nie - mamrotałam zesztywniałymi wargami - …zadzwoniłam wcześniej do syna pani
Smith i powiedziałam, że wyjątkowo dzisiaj proszę o jego obecność w hospicjum.
-
Chciałbym cię zabrać do siebie - mówił David, a mnie ścierpła skóra.
Panie,
co ja narobiłam.
Naraziłam
go na niebezpieczeństwo.
-
Nie! - sapnęłam ze strachem.
-
Maggie, tylko na godzinę - dodał - porozmawiamy, a potem załatwię z kumplem,
żeby cię odwiózł.
Poczułam,
że moje oczy stają się olbrzymie.
-
David - ponownie zatrzęsłam się z przerażenia.
-
Mała, opanuj się - wymruczał David - Byłaś tak długo taka bardzo dzielna. Nie
mogę cię przytulić, jeśli on może patrzeć.
O
jejku!
Chciał
mnie przytulić.
O
Panie!
Miał
rację.
Musiałam
się opanować.
Dla
niego.
Był
taki mądry, rozsądny i zdecydowany.
Wiedział,
co robił.
Powinnam
faktycznie go posłuchać, musiałam to
zrobić: pojechać z nim, żeby spokojnie porozmawiać.
Więc
zebrałam się w garść.
Wzięłam
głębszy wdech, wyprostowałam ramiona i kiwnęłam głową.
-
Dobrze - wymamrotał znowu David - …moja dzielna dziewczynka. Wróć na salę, do
Evy, porozmawiaj z nią, niech zobaczy twój uśmiech, uspokój ją, a potem
pożegnaj się, powiedz, że wrócisz taksówką i zjedź na dół windą. Znajdę cię.
Jego dziewczynka…
-
Okej, David - powiedziałam i popatrzyłam na niego ciągle jeszcze szeroko
otwartymi oczami.
Zobaczyłam,
jak jego twarz łagodnieje, zmienia się w taki cudowny sposób, że miałam ochotę
go pogłaskać po tej wspaniałej brodzie.
Opanowałam
się, odwróciłam do drzwi sali.
Poszłam
do Evy.
I
znalazłam w sobie wystarczająco dużo siły, by normalnie rozmawiać, uśmiechać
się, a potem po prostu pożegnać się i skłamać, że wrócę do domu taksówką.
Nie
chciałam kłamać, ale Jimmy zapytał.
Musiałam.
A
Eva wyglądała na wyczerpaną, więc i tak wszyscy zaczęli wychodzić.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń