sobota, 5 marca 2022

4 - Ślub

 

Rozdział 4

Ślub

Maggie

 

 

 

Tydzień później

Stałam w ławce szpitalnej kaplicy i patrzyłam na wszystkich mężczyzn stojących przy ołtarzu, przed urzędnikiem w rzędzie drużbów obok Jimmy’ego.

Ale widziałam tylko Davida.

Miał na sobie szarą marynarkę na białej koszuli, którą miał rozpiętą pod szyją, czarne spodnie i buty.

Był najprzystojniejszym mężczyzną w tym pomieszczeniu, w całym Salt Lake City, w całych Stanach, na całym Świecie.

Patrzenie na niego bolało.

Nawet, jak byłam przyzwyczajona do bólu.

Bo nie mógł być mój, a ja nie mogłam być jego.

Nigdy nie będę mogła.

Żeby opanować swoje uczucia, w tym chęć podbiegnięcia do niego, rzucenia się mu w ramiona i szeptania mu do ucha - weź mnie, jestem twoja,  przypominałam sobie raz po raz to, co zobaczyłam po wejściu do mojej sypialni w dniu, kiedy odebrałam swojego Jeepa z warsztatu.

W ciągu tamtego dnia, kiedy byłam w pracy, dostałam SMS’a od mechanika, że samochód będzie do odbioru po piątej po południu.

Magnus się pomylił.

Wizytówka posłużyła mechanikowi wyłącznie w celu poinformowania mnie o zakończonej naprawie.

Na szczęście.

Potem, tuż po czwartej, zadzwonił do mnie David.

Odebrałam znowu bardzo, bardzo głupio, bo nadal nie wiedziałam co to za numer, bo nie zapisałam go wcześniej, odmawiając sobie nawet takiego połączenia z Davidem.

Zapytał, czy wiem co z moim Wranglerem.

Powiedziałam mu.

Kiedy się rozłączył (nie mówiąc nic więcej, jakbyśmy już wszystko sobie powiedzieli wcześniej) zapisałam jego numer do kontaktów, żeby w przyszłości nie mieć więcej niespodzianki, kiedy by dzwonił.

Najwyraźniej on miał zapisany mój numer.

Tak.

A potem…

Kiedy wychodziłam z pracy, David - ponownie ciemny, trwały niczym skała i milczący - czekał na krawężniku przy parkingu i znalazł się tuż koło mnie, jak tylko wyszłam za drzwi.

Pan D’angelo ponownie wychodził z naszego budynku razem ze mną i był bardzo widocznie szczęśliwy, że widzi Davida już po raz kolejny odbierającego mnie z pracy.

Westchnęłam w duchu.

Pożegnałam się z nim i poszłam w kierunku Davida.

- Hej - powiedziałam cicho do niego, kiedy się zbliżyłam i podniosłam wysoko głowę, by patrzeć w jego ciepłe, brązowe czy.

- Maggie - mruknął David jako całe powitanie.

Poprowadził mnie do swojego SUV’a z dłonią na moich plecach, pomógł wsiąść, zamknął moje drzwi, obszedł maskę i wsiadł na swoje miejsce.

Poczułam, że lubię to.

Było to bezpieczne i miłe.

Wszystko.

Kiedy David po pracy zawiózł mnie do warsztatu, bym odebrała samochód, pożegnałam się z nim na parkingu przed budynkiem dokładnie tak samo, jak poprzedniego dnia i wcześniej.

Stojąc tuż przy nim i zadzierając głowę, by spojrzeć w jego twarz.

To był ostatni raz, kiedy byłam blisko niego.

Tęskniłam potem za tym, chociaż wtedy miałam ochotę uciec, odsunąć się lub - przeciwnie - oprzeć się o niego i dać mu usta do pocałunku.

Postanowiłam więc uciec.

Poszłam szybko do warsztatu, znalazłam i porozmawiałam z mechanikiem o tym, co zostało zrobione (nie znałam go, był inny niż ten, który wziął moją wizytówkę).

Niewiele umiał mi powiedzieć.

David stale chodził za mną i nieruchomo stał tam jako milcząca, solidna, wspierająca asysta.

Poszłam do biura, gdzie spotkałam kogoś przy komputerze, zapłaciłam, wzięłam rachunek i dostałam kluczyki.

Cały czas z Davidem za plecami.

Wyszliśmy w końcu na parking i wiedziałam, niestety, wiedziałam, że nadeszła pora, by się pożegnać.

- Do widzenia, David - wyszeptałam, a on, niestety, odsunął się, bym mogła pójść po mój samochód.

Odczułam to, jak brak fundamentów.

Jakbym się miała przewrócić.

- Później - odpowiedział cicho.

I to było tyle.

Miałam nadzieję, że się nie myli, że tak będzie.

A jednocześnie bałam się, że tak będzie.

Znalazłam mojego Jeepa na parkingu między innymi samochodami i, nie oglądając się więcej na Davida, wsiadłam, odłożyłam torebkę na siedzenie pasażera, dopasowałam do siebie siedzenie i lusterka, wyjechałam z parkingu i pojechałam do domu.

Zaparkowałam na moim miejscu parkingowym, wysiadłam, zamknęłam samochód i poczułam to.

Po raz pierwszy w życiu.

Sama weszłam do mieszkania.

Sama zjadłam szybką kolację złożoną z resztek.

Sama przebrałam się w spodnie, wygodniejsze buty i t-shirt.

I sama pojechałam prosto do mamy, do hospicjum.

Bardzo sama.

Mama była wyjątkowo cicha i grzeczna (może po prostu nadal pod wpływem wizji Magnusa zabierającego mnie na kolację), prawie wcale mi nie dokuczała, ale też nie odzywała się do pani Smith.

Pani Smith za to uśmiechała się do mnie radośnie i miała wielką ochotę na pogawędkę ze mną.

Ja nie miałam.

Zbywałam ją półsłówkami, ale nie chciałam być niegrzeczna, więc coś do niej mówiłam.

Szybko ogarnęłam to, co było do zrobienia i wyszłam od nich.

Kiedy wróciłam do kompleksu poczułam się niepewna, jakbym coś straciła, jakbym miała amputowaną rękę lub  nogę.

Ale musiałam żyć dalej.

Zaparkowałam na swoim miejscu, wysiadłam i zamknęłam jeepa, a potem poszłam sodami na górę.

Weszłam do swojego mieszkania, zamknęłam drzwi na klucz, odłożyłam torebkę obok telewizora, zaczęłam się rozbierać i zbierać rzeczy do prania i przeszłam do sypialni.

A wtedy…

Kiedy tam weszłam, poczułam, jakby krew mi całkiem zamarzła.

Klatka piersiowa mi się ścisnęła i żołądek się skręcił ze strachu.

Ściany mojej niewielkiej sypialni były pomalowane na kremowo farbą, którą wybrał i położył Dominik.

Tu również, jak w salonie, w oknie powiesiłam grubą, szarą zasłonę, by nie wpadało żadne światło.

Na podłodze w kącie na płaskich skrzyniach, które były pomalowane na biało położyłam pojedynczy materac, na którym miałam pościel.

Moje spanie.

Białą kołdrę, poduszki w białych poszewkach i szarą narzutę.

Codziennie rano ścieliłam je precyzyjnie, układając równo poduszki na złożonej, wygładzonej kołdrze, przykrytej do połowy narzutą.

Co mogę powiedzieć, lubiłam porządek.

W rogu sypialni stała jasna, drewniana, dwudrzwiowa szafa z moimi (rozwieszonymi starannie) wyprasowanymi ubraniami do pracy i codziennymi, podzielonymi na sekcje.

Na ścianie naprzeciwko „łóżka” wisiała duża biała tablica do pisania pisakami sucho ścieralnymi, z przyczepioną w rogu na magnes małą, czarną gąbeczką.

Kiedy rano wychodziłam do pracy, cała tablica była pokryta moimi równaniami - rozwiązywaniem dowodu, którego szukałam.

Już nie.

Wieczorem była wytarta starannie do czysta, a widniały na niej jedynie przerażające dla mnie dwa słowa:

- Jesteś moja.

Znalazł mnie.

*****

David

David stał razem z kumplami w szeregu drużbów Jimmy’ego przy ołtarzu kaplicy szpitalnej i patrzył na Maggie tylko wtedy, kiedy ona nie patrzyła na niego.

Była taka piękna.

A jednocześnie tak daleka.

Miała na sobie niebieską sukienkę w takim niepokojącym odcieniu, który sprawiał, że jej wielkie oczy były wszystkim, co widział w jej twarzy.

Smutne oczy.

Włosy spięła do tyłu, ale opadały miękkimi falami na jej plecy, co zwiększało wrażenie jej kruchości.

Potrzeby ochrony.

Wtedy, po zostawieniu jej w warsztacie samochodowym, pojechał do Filipa, żeby powiedzieć mu o swoich przeczuciach.

Mieli umówione miejsce i hasło na takie spotkania, kiedy nie chcieli być podsłuchani i jadąc tam zawsze sprawdzali, czy nikt ich nie śledzi.

Nikt go nie śledził.

Może miał paranoję?

Kiedy analizował z kumplem możliwe scenariusze napomknął o wydarzeniach z warsztatu samochodowego, a Filip od razu podchwycił trop.

Zwłaszcza, że, skoro David o tym w ogóle wspomniał, to znaczyło, że coś go dręczyło.

A coś go dręczyło.

David nie chciał, żeby Filip sprawdzał Maggie, ale kumpel był bardzo dokładny i znał go.

Byli razem na tylu akcjach w czasie różnych misji, że David wiedział, że musi mu zaufać.

Ratowali sobie wzajemnie tyłki przez lata.

Potem David próbował się dodzwonić do Maggie, ale ta nie odbierała, ani nie oddzwoniła.

Pojechał więc do Jimmy’ego i Evy.

David poprzedniej nocy pracował jako zmiana z inną jednostką, więc nie widział się z kumplem.

Również nie rozmawiali.

Ale Davidowi nie zależało na rozmowie z Jimmy’m tylko z Evą.

Szli na nocną zmianę do remizy, więc nic dziwnego, że Eva natychmiast wmusiła w niego kolację i patrzył, jak krzątała się koło gówna Jimmy’ego, żeby wyszykować go do pracy.

Kiedy zagadnął jednym zdaniem o Maggie, nie zbyła go.

Ale rozwinęła temat dopiero, kiedy Jimmy poszedł się ogolić.

- David musisz wiedzieć… - zaczęła z wahaniem w głosie - Ja… To jest Maggie, więc to ona powinna ci to powiedzieć, ale bądź z nią ostrożny, delikatny.

- Eva… - David zmarszczył brwi i chciał jej wyjaśnić, że nigdy nie skrzywdziłby Maggie.

- Ja wiem - przerwała mu - Wiem, że jesteś dobrym facetem. Po prostu, ona miała wiele złego w swoim życiu. Nie powiem ci co, bo nie wiem tego dokładnie, ale zaufaj mi. Widzę to po niej. Jej życie nie było dobre i nadal nie jest.

David zamyślił się.

Spodziewał się tego po jej wyglądzie, po jej oczach, ale to, co mówiła Eva nie przybliżało go do rozwikłania tej zagadki.

- Zresztą - dodała Eva nieco pogodniej - Maggie jest na pewno jeszcze u mamy w hospicjum.

No tak, miała rację.

Jimmy wyszedł z łazienki wprost do nich i David wiedział, że chcieli mieć chwilę dla siebie przed dyżurem Jimmy’ego, więc zebrał się wcześniej niż kumpel.

Wychodząc zastukał do drzwi Maggie, bo wydawało mu się, że coś słyszał, że ktoś tam jest.

Ale odpowiedziała mu cisza, a potem przekonał się, że na parkingu nie było jej Jeepa.

Więc się pomylił.

Przez kolejne dni Maggie zbywała go milczeniem.

Nie odbierała.

Odtrącała jego gesty i prośby o rozmowę.

Więc na tym szalonym ślubie widzieli się po raz pierwszy prawie od pieprzonego tygodnia.

Miał cholerną nadzieję, że będą mogli porozmawiać.

*****

Maggie

Kiedy Jimmy powiedział Soniji, a potem również Alekowi i Samowi o ciężkiej chorobie Evy, o tym, że była w szpitalu, wszyscy w kompleksie zostali zmobilizowani.

Wiedzieliśmy doskonale, jak bardzo Eva kochała przebywać między ludźmi, że uważała nas wszystkich za przyjaciół, więc, jeśli była tak strasznie chora, to chcieliśmy jej to dać.

Być z nią.

Zadzwoniłam do pana Federica D’angelo z samego rana, przed wyjściem do pracy, by poprosić go o kilka wolnych godzin, a on, ze zrozumieniem i szczodrością, przyznał mi je, wołając, że obrazi się, jeśli będę chciała to odrobić (co chciałam).

Nie pozwolił mi również na to, bym poszła na godzinę lub dwie, a później wróciła do pracy.

Miałam cały dzień wolny.

Zadzwoniłam więc do Magnusa i poprosiłam go o pomoc w wyborze stroju lub kupnie jakiejś sukienki, bo chyba nie miałam ani jednej właściwej na taką uroczystość.

Szczęśliwie miał dla mnie czas.

Magnus przyjechał, nie zgodził się na żaden z proponowanych przeze mnie zestawów strojów i zabrał mnie swoim Tucson’em do centrum.

Po drodze zapytał mnie, czemu zastanawiam, gdzie kupić sukienkę, skoro moi sąsiedzi pracują w butiku i to dobrym.

Zdziwiłam się.

Nie wiedziałam, skąd o tym wie (nie o butiku, bo sama mu o nim powiedziałam, ale o tym, że jest dobry).

Po czym Magnus po prostu mnie tam zawiózł.

Nawet nie wiedziałam, że znał jego lokalizację.

Ja nie znałam.

Kiedy tam wchodziliśmy akurat wychodziła z niego uśmiechnięta Alice, która niosła tak liczne torby i torebki z zakupami, że chyba kupiła kompletne stroje na kilka imprez naraz.

Uściskała mnie z głośnym powitaniem, krzycząc na ulicy (sic!), że to dobrze, że kupuję sukienkę na ślub.

Przedstawiłam jej Magnusa i zauważyłam dziwne spojrzenia, które rzucała w jego stronę.

A potem, na szczęście, musiała iść.

- Maggie, kochanie - zawołał Alek i rzucił się do mnie z rozłożonymi ramionami ledwo przekroczyliśmy próg.

Nie było tam nikogo poza nami.

Alek ucałował powietrze obok jednego i drugiego mojego ucha, trzymając mnie czubkami palców za ramiona.

- A to co za przystojniak? - zapytał mnie scenicznym szeptem, pochylając się w moją stronę, natychmiast po tym, jak mnie puścił.

- Alek, Magnus, Magnus, Alek - przedstawiłam krótko - Magnus jest moim starym przyjacielem - dodałam do Aleka.

- Hej, Maggie - usłyszałam wołanie Sama i odwróciłam się w jego stronę.

Sam wyszedł z zaplecza i szedł w naszą stronę, wpatrzony w Magnusa.

Co dziwne, szedł początkowo trochę jakby spięty, ale, kiedy podszedł bliżej, wydawało mi się, że się rozluźnił.

Hmmm.

- Cześć - powiedział do Magnusa - Pomagasz wybrać Maggie strój na ślub?

- Tak… - powiedział Magnus, patrząc na mnie z uśmiechem - sama by tu chyba nie przyjechała. Stwierdziła, że ma coś w szafie, nawet coś wyciągnęła, ale przecież nie pójdzie na ślub w jednym ze swoich garniturków do pracy.

- Magnus - warknęłam ze złością.

Odwróciłam się do Sama.

- Chyba sobie stąd pójdę - dodałam do nikogo przewracając oczami.

- Kochanie… - powiedział Magnus z krzywym uśmiechem - po pierwsze ja cię tu przywiozłem, więc nie masz czym wrócić, a po drugie, przecież wiesz, że mam rację.

- Ale nie musisz tego mówić - ucięłam się, patrząc wprost na niego.

- Już dobrze gołąbeczki - Alek zaklaskał w dłonie - Maggie, mam coś idealnego dla ciebie na tę okazję.

Westchnęłam cicho, pokonana.

- Idź do przebieralni, rozbierz się trochę - zarządził Alek - A ja ci zaraz to przyniosę

Poszłam, zdjęłam tam buty i spodnie i krótko czekałam.

Alek przyszedł wkrótce z naręczem rzeczy.

- Masz tu bieliznę, bo musisz mieć do kompletu… - podał mi - …tu jest sukienka, zawołaj, jak trzeba będzie zapiąć, a tu stawiam buty.

Zakręcił się, wyszedł i zaciągnął za sobą zasłonę.

Zagapiłam się.

Krótko.

Słyszałam ich głosy.

Sukienka była prześliczna, w przepięknym odcieniu chabrowo niebieskiego, ale miała duży dekolt.

Bardzo duży.

Ojej.

- Alek - zawołałam, starając się nie brzmieć histerycznie.

- Już się przebrałaś? - zapytał zaskakująco, skoro od jego wyjścia minęły jakieś trzy sekundy.

- Alek, chodź tutaj - ponagliłam.

Alek wetknął głowę za kotarę, a za jego plecami zobaczyłam zaniepokojonego Magnusa.

Zagryzłam wargi i rzuciłam mu to spojrzenie.

Więc wiedział, co się dzieje i byłam pewna, że chciał mnie wspierać, ale tym razem musiałam rozwiązać to sama.

- Nie założę tego - powiedziałam stłumionym głosem.

- Maggie, kochanie - zaczął Alek sugestywnym tonem - musisz się wreszcie przełamać…

Skoro mnie nie słuchał nie miałam wyjścia.

Westchnęłam.

Złapałam koszulkę za brzeg w pasie i zaczęłam ją podnosić, cały czas patrząc Magnusowi prosto w oczy.

- Maggie - mruknął przestraszony Alek, wszedł do przebieralni i złapał mnie za rękę, żeby mnie powstrzymać - Po prostu się przebierz.

- Alek - szepnęłam - musisz zobaczyć, żeby zrozumieć.

Przeciągnęłam koszulkę przez głowę, przeczesałam nią włosy, zrzucając ją przez lewe ramię na stojące tam krzesło i spojrzałam w podłogę.

Gapiłam się w nią, słysząc gwałtowny wdech, który złapał Alek.

Wiedziałam, co zobaczył.

Powód dla którego nigdy, przenigdy nie będę mogła nosić żadnych bluzek ani sukienek z dekoltem.

Pamiątkę, którą zostawił mi mój były chłopak, kiedy to ja próbowałam z nim zerwać.

Coś, co nazwał lekcją, bo to on miał zerwać ze mną.

- Dobrze, kochanie - powiedział Alek bardzo cichym, łagodnym głosem i spojrzałam wprost na niego - …zaraz przyniosę inną, zmień bieliznę i buty.

I wyszedł, zabierając ze sobą tamtą sukienkę.

Zaczęłam się przebierać w bieliznę, którą mi zostawił w całkowitej ciszy wypełniającej mały butik.

Sukienka, którą nieco później przyniósł mi Alek miała podobny do tamtej odcień, co powitałam z radością, bo bardzo mi się podobał.

Nie miała też dekoltu, a raczej miała, ale taki w łódkę, z układającymi się od ramion do przodu ślicznymi falami.

Co powitałam z większą radością.

Włożyłam ją.

Magnus pomógł mi ją zapiąć, na koniec wspierająco ściskając dłońmi moje ramiona.

Nie znałam się na materiałach ani kroju, ale to, jak ta sukienka układała się na moim biuście, talii i biodrach, to był istny cud.

A sandałki miały zakryte palce, niezbyt wysoki, ale uroczy obcasik szpileczkę i ten sam kolor, co sukienka.

A do tego była idealnie dobrana torebka.

O Panie!

To było więcej, niż kiedykolwiek miałam w życiu.

I było śliczne.

- Alek - powiedziałam, kiedy przebrałam się z powrotem, po zatwierdzeniu całości przez szanowne gremium gejów, kiwających głowami i cmokających z zachwytem nad moim wyglądem - Ile to kosztuje?

- Sukienka to prezent na Gwiazdkę ode mnie i Sama - rzucił Alek, nabijając ceny do kasy.

- Mhm - rzucił Sam, kiwając głową aprobująco.

Zagapiłam się.

- Buty są ode mnie - dorzucił Magnus - …też na Gwiazdkę.

Alek i Sam uśmiechnęli się szeroko, patrząc na siebie.

- Nie… ja… wy nie… - zająknęłam się zaskoczona - To jest szalone! Nie możecie! Do Gwiazdki jest jeszcze kilka miesięcy.

- Mhm - rzucił ponownie Sam.

- Racja… - absurdalnie zakończył „dyskusję” Alek - Bielizna i torebka czterdzieści dolarów. Proszę, oto paragon.

- Alek… - jęknęłam i spojrzałam na Magnusa, żeby zobaczyć, że sięga po swój portfel i wyszczerza się do mnie.

Znikąd zrozumienia ani pomocy.

Uch!

Poddałam się.

Zrezygnowana zapłaciłam, zaczęłam zbierać torby, ale odwróciłam się jeszcze raz do Aleka.

- Wiesz, gdybyś mógł… - jąkałam się.

- Maggie, to twój sekret - powiedział łagodnie Sam - My to rozumiemy.

- Nie martw się, kochanie - szepnął Alek, podchodząc blisko, by objąć mnie i uścisnąć.

Oddałam mu uścisk.

Nie wiedziałam co zrobić z taką lawiną emocji.

- Ale, wiesz - dodał Alek nieco innym tonem - David by zrozumiał.

- Też tak myślę - dorzucił Magnus.

O Panie!

Skąd Alek i Sam wiedzieli o Davidzie?

Czyżby Eva coś mówiła?

To nie było ważne.

Nie wiedzieli, że musiałam, po prostu musiałam chronić Davida przed czymś większym niż brzydki wygląd mojego dekoltu.

A David zajmował się ochroną mnie w taki sposób, że wiedziałam, że to dla niego misja i tyle.

Więc nie potrzebował mnie.

Zagryzłam wargi, opuściłam głowę i zbierałam się do wyjścia.

- Magnus - zawołał Alek - tu masz wizytówkę tego salonu. Zawieź ją od razu, to ją uczeszą i umalują.

Poderwałam głowę i z przerażeniem zobaczyłam, że chłopaki, doskonale się rozumiejąc, przekazują sobie numery telefonów i wizytówkę.

O!

Panie!

Pojechaliśmy.

A ja nie miałam nic do gadania.

Więc teraz miałam włosy spięte za uszami i zwieszone na plecy, w uszach pogłos zachwytów fryzjera nad tym, jak gęste i mocne były moje włosy, a oczy miałam pomalowane po raz pierwszy w życiu i podkreślone eyelinerem.

I…

Nie czułam nic.

Bo…

David nie patrzył w moją stronę i to bolało.

Nawet, jak byłam przyzwyczajona do bólu.

Nawet, jak wiedziałam, że tak jest lepiej.

Nawet, jak wiedziałam, że to moja wina, bo odtrącałam go przez kilka dni, konsekwentnie nie odbierając jego rozmów i tylko wsłuchując się w zostawione przez niego wiadomości głosowe i SMS-y.

Znałam je na pamięć.

Wyglądało na to, że jestem świruską masochistką, bo czytałam je i słuchałam ich kilkadziesiąt razy.

Nie.

Nie płakałam.

Nigdy nie płakałam.

Ja się nie liczyłam.

Chodziło wyłącznie o Evę.

Stałam i patrzyłam.

Eva przyjechała na wózku inwalidzkim.

Miała na sobie kremową, dosyć długą, prostą sukienkę i długie, białe skarpety, a w ręku przepiękny bukiet z czerwonych róż.

Wiedziałam, że Jimmy codziennie kupował jej jedną czerwoną różę, więc miały one dla nich specjalne znaczenie.

Na jej twarzy widziałam zachwyt i wzruszenie tym, że jesteśmy tam wszyscy dla nich.

Dla niej.

Urzędnik usiadł na krześle, by przyjąć ich przysięgi małżeńskie, bo Jimmy nie zgodził się, żeby wstała nawet na chwilę.

Wyglądała pięknie nawet z tymi okropnymi plamami na rękach.

Jimmy patrzył tylko na nią i miał taki wyraz twarzy…

A kiedy powiedziała słowa:

Trwać przy tobie, kiedy będziesz się budził i kiedy będziesz zasypiał, do końca moich dni, nosząc twoje nazwisko.

O Panie!

Najpiękniejsza przysięga małżeńska świata.

Tak bardzo bym chciała.

Nie.

Byłabym uhonorowana, gdybym mogła budzić się i zasypiać przy Davidzie, nosząc jego nazwisko.

Skończyło się, podpisali, całowali się, a ja nie mogłam przestać wyobrażać sobie jakby to było…

Nie wolno mi.

Jesteś moja.

Obraz, który nosiłam pod powiekami od tych kilku dni, wstrząsnął moją wyobraźnią i ocknęłam się.

Podeszłam ze wszystkimi, nieco sztywno złożyłam życzenia i wręczyłam Evie kwiaty, które kupiłam dla niej przy szpitalu (wszyscy kupiliśmy, bo wszyscy wiedzieli, jak bardzo lubiła kwiaty).

Potem przeszliśmy do jej pokoju szpitalnego, bo prawie wszyscy przynieśli coś do jedzenia.

Kiedy tam staliśmy, a ja podpierałam ścianę, rozluźniłam się i patrzyłam z lekkim uśmiechem na Evę siedzącą na łóżku i rozmawiającą z kolejnymi ludźmi, którzy do niej podchodzili, zadzwonił mój telefon.

Wyjęłam go z torebki i bezmyślnie odebrałam, przesuwając się lekko w stronę drzwi, żeby lepiej słyszeć.

- Halo? - zapytałam.

- Ładna sukienka, dziwko - zasyczał mi do ucha nazbyt dobrze znany głos.

Zesztywniałam, odwróciłam i spojrzałam na Davida.

Patrzył w moją stronę.

- Nie myśl, że ci odpuszczę - mówił dalej Curt, mój były chłopak, który po „lekcji”, jaką dał mi rok temu zniknął i miałam nadzieję go więcej nie spotkać skoro przeprowadziłam się do innej części miasta, a on powiedział, że wyjeżdża - Trzymaj dalej tego dupka na dystans, a wszystko będzie dobrze.

Zobaczyłam, że David czujnie idzie w moją stronę.

- Jesteś moja! - rzucił Curt i się rozłączył.

Podeszłam jeszcze bliżej drzwi, a David przeszedł obok mnie, wysunął się za nie i wyciągnął mnie za sobą.

- Co to było - zapytał.

Patrzyłam na niego przerażona.

Nie mogłam mu powiedzieć, a nie wiedziałam jak nie powiedzieć, bo nie lubiłam kłamać.

- Maggie - warknął David.

- N-nic takiego… - wydukałam wreszcie - pomyłka.

- Maggie - mruknął David - Kłamiesz.

- David - szepnęłam - Proszę cię, nie mogę

Przerażenie przeniknęło mnie tak mocno, że zaczęłam się trząść.

Patrzył na to przez sekundę lub dwie.

- Maggie… - powiedział nagle innym tonem - …czy jesteś w niebezpieczeństwie? Ktoś ci grozi?

Zesztywniałam.

Otworzyłam szeroko oczy i zagryzłam wargi.

O Panie!

Domyślił się.

I wtedy, po zmianie, jaka zaszła na jego twarzy, zorientowałam się, że w ten właśnie sposób dałam mu znać, że się nie pomylił.

Jaka ja byłam głupia.

- Chodźmy - mruknął David, odwracając się w kierunku windy - odwiozę cię do domu.

- Nie mogę… - zaparłam się - Nie… - nie wiedziałam co zrobić, żeby dał spokój, bo Curt patrzył - Ja… pojadę z Alice - rzuciłam wysokim głosem całkiem zdesperowana.

- Alice jedzie z Eddiem i Bertem - powiedział David patrząc na mnie uważnie.

Och!

Nie wiedziałam co mam zrobić.

Myślałam kolejne trzy sekundy.

Wahałam się.

Ale David był taki silny, pewien siebie, dający poczucie bezpieczeństwa.

A jednocześnie sprawiający wrażenie takiego, który był w stanie poradzić sobie z każdym.

Nawet z szaleńcem.

A ja byłam taka słaba.

Nie miałam więcej siły.

Postanowiłam mu powiedzieć i zrobiłam to patrząc wprost w jego oczy.

- On patrzy - szepnęłam.

Oczy Davida natychmiast stały się bardzo, bardzo skupione, wyprostował się i napiął kark.

- Kto? - zapytał podchodząc bardzo blisko mnie.

- Curt - szepnęłam z bólem, prawie niesłyszalnie - Curt Murphy, mój… mój były chłopak.

- Maggie - wyszeptał David i jego oczy zrobiły się takie niesamowicie ciepłe, że mogłabym się w tym cieple wygrzewać przez wieczność.

Zamrugałam.

- Dobrze - zdecydował - załatwię coś. Czy musisz dzisiaj jechać do mamy?

- Nie - mamrotałam zesztywniałymi wargami - …zadzwoniłam wcześniej do syna pani Smith i powiedziałam, że wyjątkowo dzisiaj proszę o jego obecność w hospicjum.

- Chciałbym cię zabrać do siebie - mówił David, a mnie ścierpła skóra.

Panie, co ja narobiłam.

Naraziłam go na niebezpieczeństwo.

- Nie! - sapnęłam ze strachem.

- Maggie, tylko na godzinę - dodał - porozmawiamy, a potem załatwię z kumplem, żeby cię odwiózł.

Poczułam, że moje oczy stają się olbrzymie.

- David - ponownie zatrzęsłam się z przerażenia.

- Mała, opanuj się - wymruczał David - Byłaś tak długo taka bardzo dzielna. Nie mogę cię przytulić, jeśli on może patrzeć.

O jejku!

Chciał mnie przytulić.

O Panie!

Miał rację.

Musiałam się opanować.

Dla niego.

Był taki mądry, rozsądny i zdecydowany.

Wiedział, co robił.

Powinnam faktycznie go posłuchać, musiałam to zrobić: pojechać z nim, żeby spokojnie porozmawiać.

Więc zebrałam się w garść.

Wzięłam głębszy wdech, wyprostowałam ramiona i kiwnęłam głową.

- Dobrze - wymamrotał znowu David - …moja dzielna dziewczynka. Wróć na salę, do Evy, porozmawiaj z nią, niech zobaczy twój uśmiech, uspokój ją, a potem pożegnaj się, powiedz, że wrócisz taksówką i zjedź na dół windą. Znajdę cię.

Jego dziewczynka…

- Okej, David - powiedziałam i popatrzyłam na niego ciągle jeszcze szeroko otwartymi oczami.

Zobaczyłam, jak jego twarz łagodnieje, zmienia się w taki cudowny sposób, że miałam ochotę go pogłaskać po tej wspaniałej brodzie.

Opanowałam się, odwróciłam do drzwi sali.

Poszłam do Evy.

I znalazłam w sobie wystarczająco dużo siły, by normalnie rozmawiać, uśmiechać się, a potem po prostu pożegnać się i skłamać, że wrócę do domu taksówką.

Nie chciałam kłamać, ale Jimmy zapytał.

Musiałam.

A Eva wyglądała na wyczerpaną, więc i tak wszyscy zaczęli wychodzić.

2 komentarze: