Rozdział 18
Maggie
Następnego dnia po
południu
Wychodziłam
z pracy do swojego Wranglera, bo David był w pracy.
I
tak wysłałam mu SMS’a z informacją:
Wychodzę z pracy,
kochanie
I
dostałam odpowiedź:
Do
zobaczenia w domu,
Jedź bezpiecznie
Miałam
plan.
Wydawał
mi się idealny.
Miejsce,
w którym miałabym spotkać się z agentem Tracker’em, było tylko trochę w bok od
trasy, którą zwykle jeździłam z pracy do domu.
Zamierzałam
tam podjechać, zabrać swoją torbę i natychmiast wrócić do domu, więc mogłabym
wysłać SMS’a do Davida, że wróciłam, z zaledwie niewielkim opóźnieniem i nie
zdążyłby się zdenerwować.
Nie
chciałam kłamać.
Zwłaszcza
Davidowi.
Później
powiedziałabym mu prawdę, gdzie byłam.
Nie
miałam w samochodzie nawigacji, ale miałam Internet w telefonie, więc włączyłam
podpowiedzi dojazdu i ruszyłam w drogę.
Telefon
położyłam na siedzeniu pasażera razem z torebką.
Dojechałam
bez problemów, zabrałam torebkę i telefon, wysiadłam i zamknęłam Jeepa.
Znalazłam
odpowiednie wejście, zapukałam i otworzył mi osobiście agent Tracker.
-
Maggie - przywitał się, po czym spojrzał za mnie i zmarszczył brwi - Jest pani
sama?
-
Dzień dobry agencie Tracker - odpowiedziałam mu - Tak, jestem sama.
-
A gdzie David? - spytał marszcząc brwi i patrząc na mnie przenikliwie.
Ojej!
Zdenerwowałam
się.
-
W pracy - szepnęłam, opuściłam głowę i zagryzłam wargi.
-
Dobrze - westchnął w końcu - Niech pani wejdzie.
Odsunął
się od drzwi i wpuścił mnie do środka.
Znaleźliśmy
się w niewielkim, ciemnym pomieszczeniu, które wyglądało na stare, nie używane
biuro.
Okna
były pomalowane białą farbą, na podłodze walały się jakieś papiery, a z mebli
było tylko jedno, zakurzone i poobijane biurko i fotel, który wyglądał na
zużyty, ale czysty.
Moja
torba stała na biurku i była rozpięta.
-
Proszę… - powiedział do mnie agent Tracker - to pani rzeczy. Tu ma pani spis
wszystkiego, co było w torbie… - podał mi jakiś dokument - może pani porównać
ze spisem, który zrobiła pani przed przyniesieniem tego do mnie.
Urwał
i spojrzał na to, jak ponownie zagryzłam wargi, bo nie pomyślałam o tym, żeby
spisać to, co do niego zaniosłam.
Nie
chciałam tego dotykać.
Westchnął,
opuścił rękę z dokumentem, opuścił głowę i pokręcił nią powoli.
Przypominał
mi Filipa.
Czekałam
na to, co miał mi do powiedzenia.
Kilka
sekund.
-
Okej - wreszcie się odezwał - Są tu obrazy. Cenne. Matisse, Renoir, Monet
i inni. Nasi eksperci prawie się popłakali, jak zobaczyli, że były
przechowywane w rulonach przez dziesięciolecia, ale określili je wszystkie jako
mniej znane, ale nadal cenne.
-
Och - westchnęłam i przypomniałam sobie obraz, który zaniosłam dla Evy na
Gwiazdkę.
Ucieszyłam
się, że jej to dałam.
-
Oprócz tego - kontynuował agent Tracker - akcje różnych spółek i obligacje
państwowe na okaziciela. Nie zostały skradzione, a przynajmniej nikt ich nie
poszukuje. Oceniono ich obecną wartość na jakieś sto, może więcej, tysięcy
dolarów.
O
Panie!
Stałam
tam i patrzyłam na niego z otwartymi ustami.
-
No i - ciągnął dalej niezrażony moim brakiem reakcji - oczywiście gotówka. Też
nieco ponad sto tysięcy dolarów.
Poczułam,
że zaczyna mi się od tego kręcić w głowie.
-
Z dokumentów jest tam właściwie tylko list - dodał agent Tracker - spisany na
maszynie, podpisany przez pani dziadka, więc poznaliśmy jego nazwisko. Pisze o
zmianie nazwiska przez pani babcię i przekazuje jej wszystkie aktywa
zgromadzone, jak napisał, na drodze legalnych transakcji przy okazji jego innych
działań.
Wyprostowałam
się i spojrzałam bardziej przytomnie na agenta Tracker’a.
-
Innych działań? - wypchnęłam z siebie prawie bez tchu, bo właśnie tego chciałam
się dowiedzieć.
Musiałam
wiedzieć, czy mój dziadek był przestępcą.
Nie
chciałam, ale musiałam.
-
Maggie - powiedział agent Tracker łagodnie - Jeszcze nie wiem, czym się
zajmował pani dziadek. Minęło wiele lat. Ale obiecuję, że postaram się
dowiedzieć.
-
Dobrze - odparłam.
Nagle
dotarło do mnie, że powinnam już się z nim pożegnać, jeśli chciałam zdążyć do
domu przez Davidem.
-
Jeśli to wszystko… - powiedziałam, sięgając po torbę.
-
Tak - mruknął agent Tracker - Na razie to wszystko. Proszę to zabrać - podał mi
ten dokument, którego do tej pory nie wzięłam z jego ręki.
Złapałam
go i wetknęłam na wierzch rzeczy w torbie, a potem zapięłam ją na suwak.
-
Przepraszam, ale muszę już jechać - powiedziałam facetowi.
-
Tak, oczywiście - powiedział i zabrał torbę z mojej ręki - odprowadzę panią do
samochodu.
Wyszliśmy
razem, agent Tracker wsunął torbę, jak go poprosiłam, na podłogę przed
siedzeniem pasażera, nadal zaciskając zęby, jakby chciał się powstrzymać od
powiedzeniem czegoś na temat mojej mądrości i pożegnałam się z nim.
Wsiadłam
do Wranglera i ruszyłam w drogę powrotną tak, jak poprzednio kierowana
podpowiedziami z Internetu z telefonu.
Wszystko
było dobrze.
Wszystko
się udało.
Odetchnęłam
z ulgą.
Było
ciemno, jechałam nieznaną mi drogą, zerkałam co chwilę na siedzenie pasażera,
gdzie leżał mój telefon, więc nie zauważyłam ostrego zakrętu.
Może,
gdybym się tak nie spieszyła do domu…
Może,
gdybym nie miała tak mało sprawnej ręki, bo bolała mnie klatka piersiowa, bo
nadal nie wzięłam leku…
Może…
Niezależnie
ile „może” bym wymieniła, jedno się nie zmieniało.
Straciłam
panowanie nad kierownicą i mój Wrangler wypadł z drogi, a następnie stoczył się
w dół nasypu.
Ogarnęła
mnie ciemność.
*****
Ocknęłam
się i nie wiedziałam ile czasu upłynęło, ale słyszałam dźwięk dzwonka z mojego
telefonu.
David
się niepokoił.
Wisiałam
zapięta pasem w kabinie mojego Wranglera, który leżał na boku w ciemnym dole
obok drogi, którą nic nie jechało.
Nie
wiedziałam, gdzie był mój telefon.
Nie
widziałam światła z jego ekranu, ale słyszałam go jakby z daleka.
Nie
mogłam się odpiąć z pasów.
Byłam
bezradna i bardzo obolała.
Żeby
nie panikować, zaczęłam powtarzać w myślach tabliczkę mnożenia, która wiele
razy wybawiła mnie z oszołomienia.
Doszłam
do pięciu, kiedy sobie coś przypomniałam.
Filip.
Kiedy
Filip zabierał ode mnie podsłuch i telefon, zostawił mi przenośny GPS z funkcją
przycisku paniki.
Miałam
zapytać Davida, jak to działa i, czy odebrał wtedy mój sygnał, ale nigdy tego
nie zrobiłam.
Jednak
ciągle, automatycznie, przykładałam pudełeczko z kieszeni do kieszeni, więc
miałam je również w płaszczu, który miałam na sobie tego dnia.
Musiałam
sięgnąć do kieszeni.
Zgięłam
lewą rękę i przeniknął mnie taki ból, że aż krzyknęłam.
Zacisnęłam
zęby i spróbowałam jeszcze raz.
Musiałam
się bardzo postarać, żeby wsunąć palce do kieszeni, zaciśniętej częściowo pod
moim tyłkiem, ale w końcu oddało mi się to.
Miałam
to!
Objęłam
palcami pudełeczko, ścisnęłam i… nic.
Wysunęłam
z kieszeni dłoń z pudełeczkiem i podniosłam ją do ust.
Ścisnęłam
jeszcze raz, zaciskając oczy i modląc się w myślach David, proszę, usłysz mnie.
Nie
bałam się o siebie, ale o niego.
Przy
mnie mógł zwalczyć te potwory, które go gnębiły.
Byłam
jedyną, która go chroniła przed złymi myślami.
A
potem mijały kolejne minuty, kompletnie nic się nie działo i zaczęły nachodzić
mnie złe myśli.
Nie
byłam widocznie warta tego, żeby mieć coś dobrego.
Nie
byłam niezastąpiona, więc David w końcu znajdzie sobie kogoś lepszego, przy kim
lepiej pokona potwory i ruszy dalej beze mnie.
Byłam
taka głupia, kiedy sądziłam, że mogę
coś zrobić dobrze, właściwie.
Eva
kiedyś powiedziała, że na złe myśli pomagały jej piosenki.
Nie
miałam szansy na znalezienie tej właściwej, ale postanowiłam dla Davida walczyć
ze złymi myślami i spróbowałam włączyć moje radio samochodowe.
Nawet
go nigdy nie używałam, więc nie wiedziałam, czy jest sprawne.
Wyciągnęłam
palec prawej ręki, wcelowałam, wcisnęłam coś i poczułam się nagle strasznie
słaba.
Opadłam
na oparcie fotela nieco bokiem, wisząc na pasach bezpieczeństwa w moim
Wranglerze i słuchałam dźwięków radia, które jakimś cudem się uruchomiło.
…W ten wspaniały
wieczór, dla wszystkich zakochanych jedna z niewielu. Piosenka o miłości, która
nie mówi o złamanym sercu. Przed państwem niepowtarzalny Jaymes Young w
piosence Infinity[1]…
Wysłuchałam
zapowiedzi i prawie się zaśmiałam na ironię losu.
Nie
powiedziałam Davidowi, że go kocham i nagle Wszechświat mówił mi przez radio,
że piosenka dla zakochanych to piosenka o wieczności.
A
potem słuchałam tej piosenki i już widziałam, że właśnie to chciałam powiedzieć
Davidowi.
Bo
kocham cię na nieskończoność
Kocham cię na
wieczność
O
Panie!
Co
ja bym oddała, żeby móc to powiedzieć Davidowi.
Chociaż
raz w życiu.
Piosenka
się skończyła, prezenter mówił coś, puścił reklamy, a potem zapowiedział
następną piosenkę, kiedy przez dźwięki radia usłyszałam głosy.
Obejrzałam
się i zobaczyłam światło latarek.
-
Tu jestem - krzyknęłam, nagle odzyskując siły.
I
zaczęłam się śmiać.
*****
David
David
skończył pracę i wychodził z remizy, a robił to patrząc ze zmarszczonymi
brwiami na ekran swojego telefonu.
Jimmy
szedł obok niego.
-
Co jest, stary? - Spytał Jimmy kumpla.
-
Maggie powinna już dawno napisać, że jest w domu - mruknął David i zaczął
wybierać jej numer.
-
Przesadzasz - powiedział bez przekonania Jimmy, ale obaj dobrze wiedzieli, że
David miał powody, żeby być przewrażliwionym.
David
słuchał sygnału wybierania jej numeru w swoim telefonie i nie miał szczęśliwej
miny.
Nie
odbierała.
Popatrzył
na Jimmy’ego ponuro i zobaczył, jak Jimmy marszczy brwi.
Zaczął
wybierać jej numer jeszcze raz, a wtedy jego telefon zadźwięczał sygnałem
alarmu, który już raz David słyszał, a którego nie powinien słyszeć.
Ani
wtedy, ani teraz.
Rzucił
się biegiem do swojego Grand Cherokee, kiedy usłyszał, jak Jimmy biegnie za nim
i krzyczy za jego placami - David, co jest?
Ale
David już wybrał numer Filipa.
-
Yo - usłyszał po pierwszym sygnale.
-
Zabrałeś od Maggie ten GPS? - spytał bez wyjaśnień.
-
Nie, miałem ci… - zaczął Filip.
-
Namierz go - rzucił David i przerwał połączenie.
Odwrócił
się do Jimmy’ego, który był tuż za nim.
-
Maggie dostała ode mnie GPS z funkcją przycisku paniki, kiedy miała tamte
problemy - wyjaśnił mu, jednocześnie otwierając tylne drzwi swojego SUV’a,
by wrzucić tam torbę z ubraniami do
prania - …nie oddała go, a teraz ktoś go nacisnął.
-
Okej - rzucił Jimmy - jadę z tobą.
-
Jimmy - David go zatrzymał - Nie możesz nic powiedzieć Evie.
-
Wiem, stary… - rzucił Jimmy i podszedł do swojego czarnego Highlandera -
poradzę sobie.
Obaj
wsiedli i David pierwszy wyjechał na ulicę z ich parkingu, kierując się w
stronę Downtown, gdzie mieściło się biuro Maggie, kiedy zadzwonił jego telefon,
podłączony do komputera samochodowego.
-
Mów - warknął David do Filipa.
-
Jest na 1700 E w okolicy Emerson Ave, ale dokładniej określę, jak będę na
miejscu - powiedział Filip i David wiedział, że kumpel już jedzie.
-
Okej - powiedział David - jestem w drodze i Jimmy jedzie za mną.
-
Dobra - mruknął Filip - Sorki stary, że ci nie powiedziałem.
-
Nawet dobrze się stało - odparł David, wpisując jednocześnie w swojej nawigacji
adres i ciągle mając cholerną nadzieję, że to nie było nic poważnego.
Wolałby
cholerny fałszywy alarm od tego, żeby znowu coś złego przytrafiło się jego Maggie.
Mieli
ostatnio kilka dobrych dni.
Naprawdę
dobrych.
I
David bardzo chciał, żeby tak zostało.
-
Nara - rzucił Filip i rozłączył się.
David
przyspieszył.
Jimmy
trzymał się tuż za nim.
Dojechali
na skrzyżowanie 1700 E i Emerson Ave w ciągu pięciu minut i, kiedy wysiadali, Filip
właśnie tam dojeżdżał.
Kumpel
Davida wyskoczył z tabletem w dłoni i od razu się rozejrzał.
Nie
potrzebowali więcej podpowiedzi.
Nie
było skrzyżowania 1700 E i Emerson Ave, ale był ostry zakręt.
Davidowi
skóra ścierpła na widok niedawno skoszonych krzaków, które nosiły ślady
wypadku.
Jakby
samochód wypadł z drogi.
Wszyscy
trzej mieli w dłoniach telefony, David w drugiej dłoni dodatkową latarkę, ale
kumple włączyli latarki w swoich telefonach i oświetlali zbocze.
W
dole wisiał przechylony na bok Wrangler Maggie.
Kurwa.
Nie
wymienili zbędnych słów, po prostu zeszli ostrożnie, oświetlając sobie nawzajem
drogę latarkami.
-
Tu jestem - David usłyszał głos Maggie.
Dzięki
pieprzonemu Chrystusowi.
Nic
jej się nie stało.
Najwidoczniej
nie mogła się uwolnić i nie mogła sięgnąć do telefonu.
David
podszedł bliżej i usłyszał śmiech Maggie.
Kurwa,
jego kobieta była zrobiona z pieprzonej
stali, żeby śmiać się w takim momencie.
Zbadał
sytuację, stwierdził, że może spokojnie spróbować otworzyć drzwi, bo Jeep nie
wisiał niebezpiecznie i nie spadłby niżej, więc szarpnął za klamkę.
Jimmy
podszedł do niego i przytrzymał drzwi, które musieli otworzyć do góry, bo
samochód leżał na boku.
David
wsadził głowę do środka kabiny.
-
Cześć, kochanie - powiedziała Maggie absurdalnie spokojnie.
-
Cześć - powiedział David oceniając jej stan - Może później zechcesz mi wyjaśnić,
co robiłaś w tej okolicy.
Zobaczył,
że zagryzła wargi tak, jak to często robiła i odwróciła wzrok na stronę fotela
pasażera.
Na
drzwiach od tamtej strony leżała torba, którą przywieźli z Denver.
Była
u Tracker’a.
Kurwa.
David
zacisnął zęby, wychylił się za nią i sięgnął do jej pasa.
-
Złap się mnie - mruknął.
Objęła
jego szyję jakoś niezgrabnie, ale odpiął jej pas, złapał ją natychmiast za
plecy, a drugą ręką w talii i zaczął ciągnąć do siebie.
Usłyszał
jęk bólu.
Kiedy
miał ją poza samochodem stanął i spojrzał na jej twarz.
Zemdlała.
Kurwa,
kurwa, kurwa.
-
Weź tamtą torbę - mruknął do Jimmy’ego.
Filip
szukał czegoś po okolicy i David zauważył, że kumpel wyciąga z trawy telefon
Maggie, a potem grzebie w kabinie.
David
nie patrzył dłużej w jego stronę.
Wyszedł
na drogę z Maggie w ramionach.
*****
Maggie
Ocknęłam
się w szpitalu.
Byłam
w całym moim ubraniu na szpitalnym łóżku lub noszach, na szpitalnym korytarzu,
a David stał obok mnie i na kogoś warczał.
Wściekle.
-
Kurwa, przecież widzi pani, że jest nieprzytomna po wypadku.
-
David - szepnęłam.
Odwrócił
się do mnie gwałtownie.
-
Maggie - powiedział z ulgą w głosie.
Złapał
mnie za rękę i przysunął twarz do mojej.
-
Nic mi nie jest - mówiłam, ale mój głos był słaby i łamał się.
Próbowałam
podnieść drugą rękę, ale była strasznie ciężka.
-
Racja - mruknął David delikatnie odgarniając mi z twarzy włosy, które
najwidoczniej uwolniły się z upięcia w tyle mojej głowy - Ale upewnimy się.
Poczekamy aż zbada cię lekarz i zrobią ci prześwietlenie.
-
Jesteś głodny - szepnęłam - Zmęczony…
-
Maggie - powiedział cicho i musnął wargami moje czoło - …bez ciebie to i tak
nie ma znaczenia.
Beze
mnie?
O
Panie!
Wtedy
przyszedł lekarz i zabrali mnie do jakiejś sali.
Poddałam
się badaniu, do którego potrzebna była pielęgniarka, bo nie mogłam podnieść
ręki, żeby się rozebrać.
Chciałam,
żeby David był ze mną, ale mu nie pozwolili.
Kiedy
lekarz zobaczył moje blizny, zacisnął zęby i uznałam, że to odruch mężczyzn, do
którego muszę się przyzwyczaić.
Skorzystałam
z okazji i powiedziałam mu o leku przeciwbólowym.
Obiecał
wypisać mi receptę, a doraźnie jedną tabletkę przyniosła mi pielęgniarka od
razu.
Natychmiast
ją połknęłam.
Nic
innego mnie nie bolało, a kiedy powiedziałam, że nie uderzyłam się i nie
rozpięły mi się pasy, lekarz dał się uprosić o zrezygnowanie z prześwietlenia,
zalecił mi kontakt „w razie komplikacji” (o rany, zaczynałam się denerwować na
dźwięk tych słów).
Ubrałam
się i wyszłam do Davida na korytarz o własnych siłach.
Siedział
z głową zwieszoną, z rękoma opartymi łokciami o kolana i splecionymi przed nim.
Zerwał
się na mój widok.
-
Już? - zdziwił się - A prześwietlenie, a…
-
Wszystko jest w porządku - zapewniłam go i usłyszałam, że za mną wychodzi
lekarz.
Miałam
nadzieję, że nie powie niczego, co zdenerwowałoby Davida.
-
Dzień dobry - powiedział lekarz do Davida - rozumiem, że jest pan partnerem
pani O’shea.
David
mruknął coś niewyraźnie, co lekarz uznał za potwierdzenie i/lub przywitanie.
-
Pani Magdalene nie jest nawet potłuczona. Omdlenie spowodowane było reakcją
bólową związaną ze starymi bliznami. Zalecam konsultację w tej sprawie i próbę
zmniejszenia bliznowców, bo to może zmniejszyć ból.
David
patrzył na niego, jakby wreszcie znalazł kogoś, z kim warto rozmawiać.
Miałam
ochotę złapać go za rękę i wyciągnąć stamtąd.
-
Ten… bliznowiec… - zaczął David.
-
Cóż - lekarz najwyraźniej się rozkręcał - sam bliznowiec nie powoduje bólu, ale
najwyraźniej u pani blizny są głębokie i sięgają do mięśni i zakończeń
nerwowych, które się tam znajdują. Lub blizna spowodowała tak małą
elastyczność, że ból dotyczy rozciągania skóry. Pracuję również na oddziale Chirurgii
Rekonstrukcyjnej i Leczenia Oparzeń…
-
Nie będziemy panu teraz zabierać czasu - wtrąciłam się - Czy ma pan może
wizytówkę?
Dostaliśmy
wizytówkę, złapałam Davida za rękę i wyciągnęłam go ze szpitala, mamrocząc po
drodze pożegnania i podziękowania.
Dowiedziałam
się, że David wyjął z mojej torebki moją kartę z ubezpieczalni, żeby wypisać
kartę przyjęcia na Izbie Przyjęć.
Najwidoczniej
długo byłam nieprzytomna.
Dlaczego,
Panie, dlaczego nie straciłam przytomności
wtedy, dawno temu, kiedy tak bardzo chciałam
stracić przytomność, żeby nie czuć bólu, a straciłam ją teraz, kiedy
przestraszyłam tym Davida.
David
wsadził mnie do swojego Cherokee, powiedział, że Filip zajął się wyciągnięciem
mojego Wranglera z dołu, a Jimmy, który też był z nimi, pojechał do Evy, żeby
nie musieć jej dużo tłumaczyć.
Miałam
nadzieję, że nic jej nie będzie tłumaczył,
a najlepiej byłoby, gdyby po prostu nic jej nie powiedział.
Kiedy
dojechaliśmy do mojego mieszkania, David wysadził mnie jak zwykle, więc
znalazłam się w jego ramionach.
Nie
odsunął się, tylko objął mnie mocno i przycisnął do siebie.
Staliśmy
tak przez chwilę, a potem odsunął się tylko na tyle, żeby zamknąć za mną drzwi
swojego Cherokee.
Przeszliśmy
razem, bo mnie nie puścił, do tylnych drzwi i z tylnego siedzenia wyciągnął
moją torbę, którą przywiozłam od agenta Tracker’a.
Miałam
na ramieniu torebkę, a całym bokiem ciała byłam przyciśnięta do Davida i w ten
sposób poszliśmy na schody, a potem na górę i do drzwi mojego mieszkania.
David
otworzył swoim kluczem, który sięgnął po drodze z kieszeni i weszliśmy bokiem,
bo nie puścił mnie nawet wtedy, kiedy przechodziliśmy próg.
O
Panie!
Ktoś
tu przejął się tym, co mi się stało o wiele bardziej niż ja sama.
*****
Cztery dni później
Była
sobota i byłam sama w domu Davida.
David
był w pracy.
Po
moim wypadku przekonałam się, że David naprawdę mnie kocha.
Nie,
żebym mu nie wierzyła, ale słyszenie, jak ktoś to mówi, a zobaczenie tego, to
były dwie różne sprawy.
Trzymał
mnie blisko siebie, bardzo blisko, budził
się w nocy, żeby sprawdzić, czy na pewno jestem z nim (i czasami budził przy
tym mnie, więc wiedziałam), pisał do mnie w czasie pracy.
Kontrolował
mnie, ale chodziło mu o kontrolę tego, czy jestem w porządku, a ja nastraszyłam
go, więc się temu poddawałam.
Robiłam
wszystko, żeby go uspokoić.
Kiedy
stał przede mną w kolejce w sklepie, dotykałam jego pleców.
Kiedy
nie mógł mnie zobaczyć, bo byłam w innym pomieszczeniu, starałam się co chwilę
mu coś powiedzieć.
Pisałam
mu SMS-y lub wysyłałam emotikonki.
Dawałam
mu znać, że jestem.
Widziałam
ciągle w jego oczach ten sam strach, który zobaczyłam, kiedy wyciągnął mnie z
mojego Wranglera.
Miałam
nadzieję, że kiedyś zniknie, ale na razie musiałam mu to dać.
Zapewnienie.
Chwilowo
byłam bez samochodu, ale David przyjął do wiadomości, że mam pieniądze i była
nadzieja, że jakiś kupimy.
Najpierw
skierowaliśmy się do tej adwokat, którą poleciła nam Eva.
Była
to rdzenna Amerykanka z przepięknymi, prostymi, czarnymi włosami i pięknie
ukształtowanymi kośćmi policzkowymi.
Bardzo
dobrze mi się z nią rozmawiało, bo mówiła oszczędnie, na temat i umiała mi
doradzić.
Kiedy
opowiedziałam jej o stanie mojej mamy, stwierdziła, że najlepiej z ujawnieniem
testamentu poczekać „do rozwiązania tej sytuacji”.
Była
delikatna, ale nie musiała.
Byłam
świadoma tego, że mama już długo nie pożyje.
Właściwie
nie odzyskiwała przytomności, bo dawki morfiny, którą otrzymywała, były tak
duże, że cały czas ją usypiały.
Inaczej
była nieprzytomna z bólu.
Adwokat
poradziła mi jednak nie włączanie do testamentu gotówki.
Nie
byłam pewna, czy to legalne, ale agent Tracker powiedział mi, że nie ma żadnych
zapisów tego, co otrzymałabym w spadku.
Za
co chyba powinnam mu podziękować.
Oznaczało
to, że mogłam wpisać w masę spadkową obrazy, akcje i obligacje, które były w
testamencie dziadka, zapłacić za nie podatek, a gotówkę, której dziadek nie
wymienił, wydać na swoje potrzeby bez przechodzenia całej procedury.
W
pierwszej kolejności chciałam kupić nowy samochód.
David
był za tym, żebyśmy najpierw poszli do lekarza.
Do
prywatnego lekarza, który pomógłby mi zmniejszyć blizny (czy jakkolwiek to się
nazywało) i na zawsze uniknąć bólu.
To
było tak kuszące, że nie opierałam mu się długo i nie dyskutowałam wiele z nim
o tym.
Byliśmy
wczoraj na pierwszej wizycie, żeby ustalić plan leczenia.
Lubiłam
to.
Leki,
które brałam działały dobrze, ale jednak… musiałam je brać.
Czytałam
o nich, że mogą spowodować uzależnienie, a tego nie chciałam.
A
poza tym, cóż, mogła się znowu
przytrafić taka sytuacja, jak ostatnio, że mogłoby mi ich zabraknąć.
Nie
mówiąc już o tym, że zaczęłam sobie wyobrażać, jakiego pięknego syna mogłabym
mieć z Davidem.
Tak.
Zaczęłam
marzyć.
Na
porę lunchu umówiłam się z Magnusem, że przyjedzie po mnie, pojedziemy coś
zjeść i zawiezie mnie do szpitala.
Powiedziałam
sobie, że, skoro miał dla mnie czas, to ja mu się zrewanżuję opowiadaniem o
wszystkim.
Wszystkim.
Pojechaliśmy
na lunch do baru, gdzie zjedliśmy frytki z chrupiącymi nóżkami kurczaka i
wypiliśmy colę.
Siedzieliśmy
tam godzinę.
Opowiedziałam
Magnusowi o Davidzie, wypadku, o torbie i pani adwokat.
Magnus
patrzył na mnie otwartymi szeroko oczami, a na koniec stwierdził, że moje życie
jest ciekawsze niż niejedna książka.
Nie
uznałam tego za plus.
Chyba
wolałabym mieć nudne, monotonne życie.
A
na pewno David wolałby, żeby moje życie takie było.
Pojechaliśmy
do hospicjum, gdzie Magnus przekonał się, że moja mama faktycznie cały czas śpi
i stała się dla mnie nieszkodliwa, więc zgodził się pojechać do sklepu na czas,
kiedy ją myłam i przebierałam.
A
potem musiał wracać do domu, więc odwiózł mnie do domu Davida, gdzie zajęłam
się różnymi sprawami, żeby nie denerwować się czekaniem.
Zrobiłam
pranie.
Naszykowałam
kolację, to znaczy pokroiłam ziemniaki, pieczarki i warzywa, a potem włożyłam
mięso do marynaty.
Zamierzałam
zrobić pieczeń i ziemniaki duszone z warzywami i pieczarkami.
Przepis
na to dostałam od Eva jakiś czas temu, ale nigdy nie miałam okazji go
wypróbować.
Tego
dnia Eva była na jakimś meczu, bo Matt miał pierwszy raz grać na otwartym,
pełnowymiarowym boisku i go tam zawiozła.
Miała
go dopingować razem z Alice, Bertem i Eddiem, bo Jimmy pracował razem z Davidem
i nie mógł się zamienić, skoro niedawno wrócił z urlopu.
Nawet
przez chwilę żałowałam, że nie pojechałam z nimi, ale musiałabym czekać
później, aż mnie by ktoś odwiózł.
A
poza tym nie lubiłam tłumów.
Więc
zajmowałam się codziennymi domowymi sprawami i byłam całkiem szczęśliwa, że to
mam.
Dom.
Dom
Davida był swojski.
Przytulny,
ciepły i uporządkowany.
Dokładnie
taki, jaki chciałabym kiedyś mieć.
W
kuchni brakowało nowszych sprzętów i zmieniłabym może układ ustawienia wszystkiego
wobec siebie, ale lubiłam się po niej poruszać.
Miałam
na sobie moją niebieską koszulkę i powycierane dżinsy, byłam całkiem boso i z
rozpuszczonymi włosami.
Czułam
się swobodnie.
Kiedy
uporządkowałam kolację, posprzątałam kuchnię i wszystko wymagało już tylko
włączenia kuchenki i piekarnika, przeszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby
przełożyć pranie do suszarki.
Potem
wróciłam do kuchni i wyjęłam telefon, bo David już dawno nie dawał mi żadnego
znaku.
Spojrzałam
na ekran i przekonałam się, że minęła czwarta, więc włączyłam piekarnik i
ustawiłam w telefonie alarm, żeby przestawić grzanie w piekarniku na niższy
poziom za kilkanaście minut.
Ostatniego
SMS’a od Davida miałam już ponad dwie godziny wcześniej, po moim powrocie do
domu z hospicjum i lunchu z Magnusem.
Napisałam
więc do niego:
I
dodałam😋
Zajęłam
się sprzątaniem w salonie, nawet jeśli nie było potrzebne.
Piętnaście
minut później zadzwonił mój alarm i przestawiłam piekarnik, a potem spojrzałam
na wiadomości i zdenerwowałam się.
Nic
od Davida.
Napisałam
więc:
Czy wszystko w
porządku?
I
poszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby wyjąć pranie z suszarki.
Telefon
schowałam do kieszeni na tyłku i cały czas go czułam, bo myślałam tylko o tym,
że David nie napisał.
Byłam
w jego wbudowanej szafie, która właściwie była garderobą, kiedy mój telefon
zaczął dzwonić.
Upuściłam
kosz z praniem, które miałam porozkładać na półki i do szuflad i wyszarpnęłam
telefon z tylnej kieszeni dżinsów.
David!
-
David - westchnęłam z ulgą na powitanie.
-
Mała - przywitał się David i na dźwięk jego głosu ponownie się spięłam.
Nie
brzmiał właściwie.
-
Maggie, mieliśmy wypadek w pracy - mówił mi David, a ja natychmiast ruszyłam w
stronę kuchni.
Nie
wiedziałam sama, co chciałam zrobić.
Nagle
pomyślałam o tym, że nie miałam samochodu, byłam w domu Davida, więc daleko od
znajomych, właściwie bez możliwości ruchu.
Zamknięta.
-
Ze mną wszystko w porządku - powiedział David, jakby wyczuł moje zdenerwowanie,
chociaż nie odezwałam się - Jimmy jest w szpitalu.
Wciągnęłam
gwałtownie powietrze do płuc.
Eva!
-
Jesteśmy w poczekalni z Evą - kontynuował David, który usłyszał mój wdech - Ale
jeszcze nic nie wiemy.
-
Okej - wypchnęłam z trudem.
-
Mała - powiedział David bardziej stanowczo - ze mną jest wszystko w porządku.
Dzwonię, żebyś wiedziała, że spóźnię się na kolację.
-
Okej - wypchnęłam znowu.
-
Maggie - zawołał David i skupiłam się
na nim.
-
Co? - spytałam, kiedy nic nie mówił.
-
Jest w porządku - powtórzył David z
naciskiem i po tym wiedziałam, że oczekuje, żebym była silna i pokazała mu, że
jestem.
-
Tak - szepnęłam - Wiem. Wszystko w porządku.
-
Nie mogę się doczekać tej pieczeni - powiedział David spokojniejszym głosem.
Prawie
żartobliwie.
Tak.
Musiałam
mu to dać.
Uspokojenie.
-
To dobrze - powiedziałam łagodnym głosem - Bo będzie pyszna.
-
Dobrze - mruknął David - Nara, Kruszynko.
-
Do zobaczenia, kochanie - odpowiedziałam mu, a potem słuchałam sygnału, kiedy
się rozłączył.
Nie
powiedziałam mu, że ze mną absolutnie nie
było w porządku.
Ani
odrobinę.
Stałam
przy blacie w kuchni i bardzo, bardzo
starałam się oddychać w miarę spokojnie.
Ale
nie mogłam.
Kiedy
stwierdziłam, że nie dam rady, w miarę przytomnie wyłączyłam piekarnik i
poszłam na górę.
Weszłam
do wbudowanej szafy Davida, gdzie zostawiłam rozrzucone pranie i automatycznie
zaczęłam je porządkować.
Pochowałam
slipy i skarpetki Davida do szuflady, moją bieliznę do drugiej, którą David
wcześniej wskazał mi, żebym zajęła na swoje rzeczy, a potem sięgnęłam po
koszulki.
Garderoba/szafa
Davida była na tyle głęboka, że na tylnej ścianie miała półki pawlaczowe, a pod
nimi drążek na wieszaki.
Na
ścianie po lewej stronie stała wysoka, płytka, prawie pusta komoda z szufladami
a po prawej stronie nie było nic.
Chowając
rzeczy do szuflad opierałam się o tą prawą ścianę.
Kiedy
wzięłam do ręki koszulkę Davida, żeby ją złożyć przed schowaniem, dotarło do
mnie to, co powiedział.
W
ich pracy zdarzały się wypadki.
Czasami
trafiali do szpitala.
Bywali
ranni.
Mogłam
go stracić.
Nie
mogłam stracić Davida.
Kochałam
go.
Nie mogłam go
stracić.
Osunęłam
się plecami po ścianie, przycisnęłam do siebie jego koszulkę przycisnęłam głowę
do kolan, które miałam zgięte przed sobą i zaczęłam się kołysać.
A
potem coś we mnie pękło.
O
Panie!
Powoli
zamieniałam się w fontannę.
Łzy
płynęły po cichu i nieubłaganie wsiąkały w koszulkę Davida, którą przyciskałam
do twarzy, chociaż wiedziałam, że to bez sensu.
Davidowi
nic się nie stało.
Był
w porządku.
Siedziałam
tak i nie byłam zdolna do znalezienia w sobie logicznej myśli.
Po
prostu płakałam.
Przez
długi, bardzo długi czas.
A
potem dotarło do mnie.
Zrozumiałam,
dlaczego David tak zareagował na mój wypadek.
On
też nie chciał mnie stracić.
Należeliśmy
do siebie.
Byłam
jego.
Byłam
jego do kochania, do stworzenia miejsca na Ziemi, do opiekowania się nim.
Byłam
jego, żeby on opiekował się mną.
Więc
wstałam, wyszłam z szafy, poszłam do łazienki, żeby umyć twarz, a potem
wróciłam do porządkowania ubrań w szafie.
Przemoczona
koszulkę Davida zabrałam z powrotem do prania, a kiedy wróciłam na dół,
przeszłam do pomieszczenia gospodarczego, żeby sprawdzić, czy David nie
potrzebuje jeszcze czegoś do wyprania na kolejne dni do pracy.
Potem
poszłam do kuchni, żeby dokończyć robienie kolacji tak, żebym mogła ją tylko
odgrzać, kiedy wróci do domu mój mężczyzna, który będzie zmęczony i zmartwiony
stanem przyjaciela.
*****
Trzy godziny
później
Kiedy
David wrócił wreszcie do domu późnym wieczorem, zjadł kolację i poszliśmy do
łóżka.
Leżeliśmy
przytuleni, ja na nim dokładnie tak, jak to lubiliśmy, kiedy opowiedział mi, co
się stało.
Prawdopodobnie
bez szczegółów, ale i tak się zdenerwowałam.
Starałam
się tego nie okazywać, żeby mój mężczyzna nie martwił się moim zdenerwowaniem,
ale i tak to zauważył.
Uważał
mnie jednak za silną.
Silniejszą
niż byłam w rzeczywistości.
Zapytałam
go wtedy, w jaki sposób poznali się z Jimmy’m i zaprzyjaźnili.
Opowiedział
mi.
-
Byliśmy razem na misji - mówił - Nie mogę ci powiedzieć gdzie, ale było gorąco.
Wracałem jeepem z kolegami z akcji. Byliśmy zadowoleni, bo nikt nie zginął, nie
musiałem strzelać, a złapaliśmy kilku złych, którzy zabijali cywili w okolicy.
Rozdzieliliśmy się, bo część moich pojechała odwieźć tamtych do aresztu, kiedy
natknęliśmy się na pułapkę. Samochód, którym jechałem przewrócił się. Byłem
ranny, bo przycisnęło mnie do wygiętej blachy.
Słuchałam
w milczeniu i bardzo, bardzo starałam
się nie wyobrażać sobie Davida rannego, przyciśniętego przewróconym samochodem
do blachy, która spowodowała jego ranę, przez którą się wykrwawiał.
-
Byliśmy dodatkowo pod ostrzałem - ciągnął dalej David - wtedy przyjechał
samochód medyków. Jimmy był w nim z lekarzem i jeszcze jednym ratownikiem. To
Jimmy był tym, który mnie opatrzył, wyciągnął i zaniósł do karetki. Uratował
mnie.
-
O Panie! - westchnęłam przejęta.
-
Tak - mruknął David.
Zrozumiałam
dlaczego David czuł to wobec Jimmy’ego.
Nie
musiałam wnikać, dlaczego Jimmy czuł to tak wobec Davida.
David
był szczodrym i lojalnym przyjacielem, więc, jak czuł się tak wobec Jimmy’ego,
to na pewno dawał Jimmy’emu wszystko, czego Jimmy potrzebował.
Eva
kiedyś mi powiedziała, że David wielokrotnie ratował ich w czasie ich kryzysów
i wierzyłam, że to robił.
Właśnie
taki był.
Mój
wspaniały mężczyzna.
Po
tym, czego się dowiedziałam, poczułam się jaszcze bardziej wdzięczna.
Dzięki
Jimmy’emu mogłam mieć Davida.
Mogłam
też do niego należeć.
❤️
OdpowiedzUsuń❤
OdpowiedzUsuńŚwietna książka, mam nadzieję, że doczeka się papierowej publikacji ❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń